Muszę przyznać, że na swój sposób lubię książki debiutantów. Przyjemność sprawia mi ten dreszczyk niepewności, kiedy zastanawiam się, co przyniesie lektura takiego tekstu. Czy udało mi się trafić na coś niezwykłego? Na autora, o którym kiedyś będzie głośno? Czy pierwsze, wnikliwe recenzje jakoś pomogą? Czy też będę wykrwawiać sobie oczy w trakcie czytania, bo pomieszanie z poplątaniem w połączeniu z miałkim stylem dobije mnie dokumentnie? Przyjemnie czyta się swoich ulubionych pisarzy z licznymi tytułami na koncie, jednak to debiutanci dostarczają najwięcej emocji, szczególnie, gdy można zaobserwować ich rozwój. Dlatego też nie mogłam doczekać się trzeciego tomu “Krainy Martwej Ziemi” Jacka Łukawskiego zatytułowanego “Pieśń i krzyk”, a który miałam okazję ostatnio przeczytać.

Po wydarzeniach z poprzednich tomów Arthorn dochodzi do wniosku, że nie jest już nikomu nic winien. Garhard i Mergipp nie żyją, a Azure, na swoje nieszczęście, wdała się w swą nie do końca normalną matkę. W Wondettel nie pozostał nikt, kto byłby mu przychylny czy choćby wdzięczny za lata wiernej służby. Teraz pragnie już tylko wrócić do Valesci i osiąść spokojnie w Asnal Talath, lecz najpierw musi wykaraskać się z “nagrody”, jaką zafundowała mu królowa. Tymczasem dwie pradawne potęgi chcą przeprowadzić własne plany dotyczące Martwicy, która chyba nie jest do końca tym, czym się wszystkim zdawała. Każdy, przekonany o własnej niezależności, poddaje się ich władzy, zmierzając do nieuchronnej konfrontacji. Bo tylko ludzkie życie jest w stanie zaspokoić apetyty bóstw i napełnić mocą pozwalającą wszystko zmienić.

Z początku wydaje się, że powieść nie ma jednego celu. Bohaterowie są rozstawiani przez “Wielkiego Skrybę” niczym pionki na szachownicy i tylko pozornie ich działań nic nie łączy. Mimo początkowego zagubienia i czytelniczej niepewności, wyraźnie czuć napięcie, które niemal niezauważalnie wzrasta z rozdziału na rozdział. Dzieją się drobiazgi. Teoretycznie nieznaczne i nieistotne, ale stopniowo domykające poszczególne wątki. W powietrzu wisi niepokój, jakby miało wydarzyć się coś złego. Autor, niczym pająk tkający swą sieć, zatacza coraz ciaśniejsze kręgi fabularne, w których aż gotuje się od emocji. Tym samym zaskakuje, że brak jednego monumentalnego finału, o jaki można by podejrzewać powieść utrzymaną w duchu high fantasy. Przyznaję, że spodziewałam się homeryckiej bitwy, gdzie wszystko się rozstrzygnie, choć chyba trzeba by się wznieść na wyżyny literackiej przesady, by zebrać najważniejszych bohaterów w jednym miejscu. Koniec pełen mniejszych, ale równie emocjonujących finałów nie wydawał się tak epicki, ale za to bardziej prawdziwy.

Ciekawym zabiegiem było opisywanie niektórych wydarzeń nie wprost, a ustami innych postaci będących świadkami poszczególnych zajść. Zupełnie jakby autor chciał nieco umniejszyć swoją wszechwiedzę, jednocześnie dodając opowieści charakteru zależnego od opowiadacza. To w połączeniu z narracją wędrującą od osoby do osoby sprawia, że trudno jest się znudzić w trakcie czytania, co było zmorą poprzednich tomów, kiedy to pojawiały się fragmenty, które najchętniej bym przekartkowywała. Tu tego problemu nie ma, a całość zyskała na dynamizmie, co jest jak najbardziej pożądanym zabiegiem w przypadku prozy Łukawskiego. Aczkolwiek umiejętność wymaga doszlifowania, żeby zmniejszyć poczucie chaosu, jakie momentami podkopywało przyjemność z czytania.

Dużą zaletą “Pieśni i krzyku” są barwne nawiązania nie tylko do światowej popkultury (“Gra o Tron”, “Baśnie braci Grimm”, “Czerwona Sonia”), ale też do takiej stricte polskiej, choć już pewnie niedocenianej przez młodsze pokolenie. W porównaniu do pierwszego tomu są one zdecydowanie płynniej wprowadzane i często stanowią integralną część fabuły, jak chociażby cała drużyna wozu bojowego Nimira, co już samo w sobie mówi o rozwoju pisarskim autora, bo postępy od czasów “Krwi i stali” Łukawski poczynił naprawdę duże. Jedyne, do czego mogłabym się przyczepić, to fakt, że czytelnik wcześniej poznaje imię bohaterki, która na początku cierpi na nieznaczną amnezję, niż ona sama je sobie przypomina. Oczywiście nim ono padnie, można się domyśleć, z kim mamy do czynienia, aczkolwiek fakt, że pojawia się ono tak z dwie strony za wcześnie, wywołał u mnie mały dysonans. To, że straciłam jedynie kilka akapitów niepewności w sumie niewiele znaczy, ale cóż poradzę. Czepiam się.

Słów kilka chciałabym też wspomnieć o bohaterach, ponieważ ci przeszli fascynującą ewolucję od pierwszego tomu. Arthorn już nie wydaje się taki sprytny, szczwany i wojowniczy, a raczej bardzo, bardzo zmęczony i spragniony normalnego życia. Z kolei Marcas zdradza klasyczne podejście człowieka, który zna się tylko na wojaczce. On już pozostanie żołnierzem do samego końca. Z Azure robi się tak antypatyczna despotka, że niemal marzyłam, żeby przytrafiło się jej coś złego. Najbardziej chyba zaskoczył mnie Auriss, bo wyrósł naprawdę porządny, przejmujący się państwem król. Zachowywał się tak bardzo rozsądnie, szczególnie w porównaniu z niestabilną Azure, że sympatia, jaką zaczęłam go darzyć, aż samą mnie dziwiła. Jednakże w tym tomie to dwie postaci skradły moje serce: dziesiętnik Gradlon i gumennik Węgielek. Pierwszy siłą charakteru, bo zdaję sobie sprawę z tego, jak wiele kosztowało go pragnienie wykonania swej roboty po prostu dobrze, i za te wszystkie niezwykle barwne przekleństwa, którymi obdarzał galerników. Drugi z kolei kwintesencją kociej filozofii. Poza tym koty już dawno rządziłyby światem, gdyby im się chciało.

Trzeba przyznać, że rzadko się zdarza, by ostatnie tomy były fascynującą lekturą. Ciągle porównywane do innowacyjnych tomów pierwszych, nie mają łatwego zadania zakończenia historii, co, swoją drogą, do prostych misji również nie należy. W przypadku “Pieśni i krzyku” sztuka domknięcia wszystkich wątków udała się pierwszorzędnie. Co prawda niektóre rzeczy zostały ledwie zarysowane, tak jak prawdziwa istota Nyz’gam, pozostawiając czytelnikom pole do domysłów, ale nie psuje to wrażenia skończoności serii. Przygodę z “Krainą Martwej Ziemi” uważam za bardzo udaną i z niecierpliwością będę wyglądać kolejnych książek autora, trzymając kciuki za dalszy fantastyczny rozwój warsztatu pisarskiego.