Sztylet ślubny. Trylogia Sztylet rodowy. Tom 2 – Aleksandra Ruda – recenzja

Dla wszystkich, którzy z niecierpliwością oczekiwali na dalszy ciąg historii Mili Kotowienko oraz jej niezapomnianych towarzyszy, dobra nowina. Oto jest! Już sam tytuł prowokuje do wyższej kombinatoryki, budząc w człowieku niechlubne cechy: wścibstwo i niecierpliwość. Nic to, zawsze wiedziałam, że nie dane mi być obrazem cnót wszelakich, czego i Wam życzę. ;-)

Ale pozwólcie, że zacznę od końca, albowiem wartka krew słowiańska bulgocze mi w żyłach, powodując nagły wyrzut ciśnienia. Muszę się zatem ustosunkować, żeby zadbać o swój dobrostan, a jednocześnie Wam dać do myślenia. Uwaga, daję upust emocjom: Ale że co?! No, jak to tak?! W takiej chwili?! Jak Ona (w sensie twórczyni tegoż dzieła, czyli Aleksandra Ruda we własnej osobie) mogła?!

A wracając do początku. Jeśli pamiętacie, drużyna królewskich głosów w ostatniej odsłonie Sztyletu rodowego, stanowiącego pierwszy tom trylogii,  została zaatakowana przez niezliczoną ilość hołoty. Walka była zażarta, acz przeważające siły wroga systematycznie zdobywały przewagę nad naszymi bohaterami. Sytuację uratował oczywiście niezłomny dowódca. Po tym, jak kapitan raczył rąbnąć zaklęciem we wraże siły i ewakuować swoją drużynę na bezpieczną odległość, zapadł w głęboki sen, niczym Śpiąca Królewna, a jego podwładni radośnie podążali w siną dal… Dobra, żartowałam, z przygnębieniem, zmęczeni i poranieni jechali i jechali, nie znając drogi ani miejsca. Jedynie elf czerpał satysfakcję garściami, dostając od losu ogrom powodów do jątrzenia, rozgrzebywania cudzych ran, narzekania, dogryzania i grzęźnięcia w defetyzmie, oczywiście z nieustającym urokiem i nie zapominając o podkreślaniu wyższości elfickiej rasy nad resztą świata. Daezael niezmiennie pozostaje mym faworytem. Poziom jego bezczelności, sarkazmu i egocentryzmu (w znacznej mierze wyrachowanego) wprawia mnie w zachwyt wręcz nieziemski. Maestria.

Drugi tom trylogii wprowadza mroczniejszy klimat, a widmo nieszczęścia krąży nie tylko nad ekipą królewskich głosów, a zaczyna zataczać coraz wyraźniejsze kręgi nad całym królestwem. Niebezpieczeństwo, o wciąż niezidentyfikowanym źródle, coraz silniejszym piętnem odbija się na losach naszych bohaterów. Nie pozostaje też bez wpływu na ich wzajemne relacje. Z niektórych wychodzić zaczyna to, co najlepsze, z innych to, co najgorsze, a jeszcze innym zaczynają puszczać nerwy… Z jednej strony nie ma się co dziwić, wszak sytuacje ekstremalne bezsprzecznie mają taki wpływ na ludzi (wychodzi na to, że i na nieludzi). Z drugiej powoduje to coraz wyraźniejszą polaryzację sympatii wobec poszczególnych postaci. Na główny plan wybijają się Mila, Dranisz, Jaromir i Dazael. Ale pojawiają się też inne osoby, które wprowadzają zamieszanie i prowokują wiele nieoczekiwanych zdarzeń. Mila dojrzewa do przejęcia odpowiedzialności za siebie i innych, wybijając przy okazji raz po raz szlachetnego kapitana z jego arystokratycznego stoicyzmu (a efekty bywają zaiste spektakularne), troll cierpi, Tisa cierpi, Persik cierpi, a elf się napawa całokształtem. Tempo akcji jest iście szaleńcze, a wyzwania, jakie stawia przed drużyną los, mogą zaważyć na szali ich całego życia, a nawet królestwa. I kiedy wszystko zdaje się zmierzać ku jakiemuś rozwiązaniu, autorka wprowadza takie zakończenie, że nic tylko wyć z rozpaczy, że się pa ruski sczytiwanije już nie udaje, bo skleroza galopująca człowieka dopadła.

Normalnie zastanawiam się, czy zostawianie czytelnika na kolejne miesiące (albo i dłużej) z takim zakończeniem nie powinno być zakwalifikowane jako znęcanie psychiczne. Tylko kogo, w razie czego (np. uszczerbku psychicznego), pociągnąć do odpowiedzialności? Autorkę, tłumaczkę czy wydawnictwo? Albowiem śpieszę Wam donieść, że trzecia część została już napisana i nawet wydana w języku ojczystym pisarki. Ciekawe, ile zatem przyjdzie nam czekać na polską wersję…

Z drugiej strony (pozwólcie, że postaram się zachować pewien obiektywizm) zdolność zaskoczenia przeciwnika, tzn. odbiorcy, szczególnie przy tak lekkiej gatunkowo historii, wydaje mi się być prawdziwą sztuką. Przyznaję, wiele rzeczy, spraw, wątków i niuansów było dla mnie oczywistych lub domyślałam się w znacznym stopniu ich rozwiązania. Nie wpłynęło to jednocześnie negatywnie na odbiór całości, albowiem sam urok tej historii nie tkwi w innowacyjności, a w lekkości pióra Aleksandry Rudej, jej poczuciu humoru, które w ironiczny sposób zabarwia relacje postaci, koloryzuje wydarzenia, rozbawia i przyciąga. To nie jest lektura wybitna, choć ja akurat jestem zdania, że umiejętność wprawiania ludzi w dobry nastrój, dawania im wytchnienia i napełniania optymizmem, to olbrzymi dar. To typowa opowieść drogi, której akcja w zasadzie toczy się zgodnie ze schematem. I to jest naprawdę w porządku. Nie sądzę, że pisarz każdorazowo musi nas zaskoczyć i powalić na kolana niezwykłymi, nowatorskimi i odkrywczymi pomysłami. Zresztą w literaturze w zasadzie większość rozwiązań już gdzieś się pojawiła – w takiej czy innej formie. Myślę natomiast, że talentem jest opowiedzieć swoją bajkę tak, aby mimo wszystko zaciekawiła, urzekła, wciągnęła w świat wyobraźni, związała czytelnika ze sobą. A Aleksandra Ruda zdecydowanie potrafi to robić, czego najlepszym dowodem jest właśnie Sztylet ślubny.