Ze zbiorami opowiadań różnie bywa. I już nie mówię tylko o możliwie nierównym poziomie tekstów, a co za tym idzie trudnościach w ocenia ich zbiorczego wydania, ale o inspiracjach, jakie przyświecają ich stworzeniu. Ich myśl przewodnia może być różna: począwszy od najprostszych zawierających teksty jednego autora, czy zbierające najlepsze utwory wydane w danym roku, przez tematyczne, w których ilu pisarzy, tyle interpretacji motywu przewodniego, aż po wariacje tak obszerne i rozmaite, że wymykają się wszelkim klasyfikacjom. Ze zbiorem, dla którego inspiracją są dzieła jednego artysty, jeszcze się nie spotkałam. Aż do teraz.

Na sam początek należy zaznaczyć, jak bardzo niesamowicie prezentują się “Inne światy” pod względem wizualnym. W oczy rzuca się twarda, szyta oprawa, której grzbiet stylizowano na starą księgę. Okładkę zdobi praca Jakuba Różalskiego, na której sianokosy zostają przerwane przez pochód parowych mechów. Jednak te żelazne potwory są ledwie zaznaczone, niewyraźnie, widoczne dopiero po drugim spojrzeniu. Wewnątrz, poza opowiadaniami, znajdziemy także reprodukcje prac Różalskiego, mniej lub bardziej ilustrujące poszczególne teksty. Może nie wszystkie są sensownie rozmieszczone, jak chociażby “wieczorny spacer z psem”, którego dwustronny wydruk sprawił, że centralna część pracy (jedyna, na której się coś dzieje) znalazła się na szyciu, co przy tak grubej książce nie sprzyja oglądaniu. A trzeba przyznać, że niemal sześćset stron robi wrażenie. Tym bardziej, że zbiór nie ma formatu, który łatwo i przyjemnie nosi się w torebce (chyba, że tą torebką chcemy kogoś ogłuszyć). Niemniej na półce prezentuje się zacnie.

“Idzie niebo” Jakuba Małeckiego bardzo kojarzy mi się z “Wojną światów” Wellsa, ale to pewnie przez pająkopodobne mechanizmy napadające na wioskę głównego bohatera. Aczkolwiek wydaje mi się, że wszelkie skojarzenia tego typu w przypadku niniejszego zbiorku są jak najbardziej na miejscu. Jeśli zaś chodzi o tę historię, autorowi doskonale udało się zbudować nastrój grozy, który stopniowo wzrastał prowadząc bohaterów na zatracenie. Przyczynowość opisanych zdarzeń wydaje się pozostawać w gąszczu domysłów, co tylko zwiększa tajemniczość klęski, jaka spadła na Bogu ducha winnych wieśniaków. Ale właśnie dzięki temu, mimo swoistej nierealności zagrożenia, naprawdę odczuwałam lęk w trakcie czytania. Z kolei “Zapalny stan udręki” Sylwii Chutnik był dla mnie aż za nadto enigmatyczny. Czytanie tej historii przypominało szaloną jazdę kolejką górską połączoną ze snem wieszcza opiumisty, a co za tym idzie, niemal zupełnie wymykało się zrozumieniu. Tym samym trudno mi powiedzieć, czy się podobało, czy też nie, ponieważ nie mam zielonego pojęcia, o czym ono właściwie było. Mogę jedynie zaznaczyć, że podziwiam wyobraźnię autorki. Moja jest jednak zbyt płytka, by tę opowieść ogarnąć.

Niezależnie od reszty tekstów, “Szpony smoka” Roberta Szmidta najbardziej przypadły mi do gustu (i nie, nie dlatego, że “w tej bajce były smoki”). Historię w zasadzie można podzielić na dwie części. Pierwsza stanowi opowieść japońskiego bajarza, będącą na wpół mistycznym wyjaśnieniem zaistniałej w tekście sytuacji geopolitycznej. Druga zaś zdradza losy głównego bohatera i prezentuje nam wybitnie ciekawą alternatywną historię Europy. W niej Japonia nie ogranicza się do kilku wysp, a z tego co przeczytałam, to i kontynent mógł się okazać dla niej zbyt mały. Poza tym trafił do mnie czarny chichot historii w postaci rozważań bohaterów nad tym, kim mogliby zostać Adolf Hitler czy Winston Churchil, gdyby Japonia nie podbiła Europy. To, w połączeniu z sugestią, że prowadzenie kolejnych pokoleń młodych Polaków na zatracenie było niekoniecznie dobrym pomysłem, dało mi sporo do myślenia, a ja lubię historie, które angażują mnie też po lekturze.

“Korytarz pełnomorski” Remigiusza Mroza wydał mi się tekstem niedopracowanym. Motyw z zapętleniem rzeczywistości może bardzo urozmaicić opowieść, jeśli jest dobrze poprowadzony. Tutaj fabuła kręci się wokół dialogów, które i tak niczego nie tłumaczą, ponieważ główny protagonista niczego by nie rozumiał na swoim obecnym etapie rozwoju. Ogólnie takie rozwiązanie problemu wydaje mi się pójściem na łatwiznę pozostawiającym jedynie mętlik w głowie czytającego. Chyba, że czytelnik przelatuje tekst oczami bez głębszego zastanowienia, wówczas na coś takiego nie zwróci uwagi. Niemniej opowieść czyta się niezwykle szybko i sprawnie, choć sam początek jest nieco chaotyczny. Muszę przyznać, że już na samym wstępie pogubiłam się nieco, kto jest kim, i musiałam zaczynać czytanie od nowa. Choć mogło to też wyniknąć z braku należytego skupienia. Podobny motyw zapętlenia wykorzystuje też “Człowiek, który kochał” Anny Kańtoch. Tekst sobie, a chronologia wydarzeń sobie. Trzeba przyznać, że pierwsze fragmenty opowiadania wywołują niemałą konsternację i, gdyby nie daty umieszczone nad nimi, można by się solidnie pogubić. Jednak wszystko się wyjaśnia, gdy poznajemy naturę wynalazku, nad jakim pracują Polacy. W tle wyłania się także kolejna z alternatywnych historii naszego kraju, bardzo przypadająca mi do gustu. Zrobienie z głównego bohatera idioty (ze stosownymi papierami) również było ciekawym zabiegiem i z pewnością dodało tekstowi humorystycznej lekkości. Dzięki temu zakończenie łatwiej było mi przyjąć z rozbawieniem i pewną dozą zrozumienia.

“Sfora” Łukasza Orbitowskiego również należy do moich ulubionych tekstów tego zbioru. Na pierwszy rzut oka opowiada o losach pewnej skóry wilka i jej kolejnych właścicieli oraz o tym, jaki wpływ miała na ich życie jej moc. Ponadto stanowi także przekrój przez losy Polski, bo wraz z ludźmi zmieniał się także ich kraj z mniejszym lub większym udziałem bohaterów opowiadania. Każda część tekstu, zatytułowana mianem poszczególnych zwierząt, jest historią jednej z postaci. Losy samej skóry są dla czytelnika drugorzędne, ale wpływ, jaki wywiera na życie poszczególnych właścicieli, już nie. Jej moc albo słabnie, albo na każdą osobą działa inaczej, jednak nieodmiennie hipnotyzuje czytelnika. Ponadto Orbitowski nie upiększa przesadnie starych czasów, z uporem godnym lepszej sprawy komentując zarówno wady, jak i zalety poprzednich ustroi, co wbrew mistycznym inspiracjom, dodaje utworowi prawdziwości. Zabieg ten sprawia, że sama akcja, poza fabularnymi atrakcjami, kojarzy się także z niezwykle ciekawą kroniką historyczną, zyskując tym samym moje niesłabnące uznanie.

“Nazwałem go Erzet” Aleksandry Zielińskiej przenosi nas na alternatywny, steampunkowy Śląsk. W jednej z kopalni zdarzyła się tragedia, która stała się apokalipsą dla okolicznych mieszkańców. Klęska maszyn wywołała ich prywatny koniec świata, tworząc postapokaliptyczny mikroklimat z maruderami i religijnymi fanatykami w tle. Wszystko to ukazuje historię chłopca i jego psa w bardzo niezwykłym świetle. Podobało mi się zatarcie granicy pomiędzy tym, co realne, namacalne, inżynieryjno-techniczne, a magiczne, mistyczne. Zupełnie tak, jakby jedno wychodziło z drugiego. Jednak chyba najbardziej przypadł mi do gustu ten ciężki niczym woń kadzidła, klimat, który sprawił, że projekty maszyn nabrały dla mnie bardziej niezwykłego charakteru.

Z kolei “Boży dłużnik” Anety Jadowskiej zauroczył mnie tatarską egzotyką. Z niemałą przyjemnością zanurzyłam się w obrzędy, wierzenia czy sposoby myślenia, które były dla mnie zupełnie obce. Każdy nowy dla mnie rytuał, podanie czy mistycyzm chłonęłam niczym gąbka, próbując zaspokoić moją wewnętrzną potrzebę inności. Sama fabuła wydała mi się jednak cokolwiek enigmatyczna i niewiele wyjaśniająca, co zrzucam na karb przynależności tego tekstu do większej całości (jak informuje autorka, jest to część pierwsza “Tryptyku tatarskiego”). Mamy zatem jedynie zaznaczone najważniejsze elementy akcji, które z pewnością w późniejszych opowiadaniach zostaną lepiej rozwinięte. Ale na obecną chwilę “Boży dłużnik” pozostawia we mnie niedosyt oraz całą masę pytań bez odpowiedzi, a to dlatego, że zaciekawił mnie bardziej, niż mogłabym się tego spodziewać.

Nagrodę za pomysłowość z chęcią wręczyłabym Jakubowi Żulczykowi za “Tyle lat trudu”. Po pierwsze poddał w wątpliwość kwestię istnienia mistycznych stworzeń (jak chociażby krasnoludków, ale bardziej te od sierotki Marysi niż ze Śródziemia). Po drugie spróbował opisać sposoby ich adaptacji do współczesnych realiów z perspektywy dziesięciu centymetrów od ziemi. Po trzecie przełamał ścianę autor-bohater, co w konsekwencji zupełnie zmieniło odbiór utworu. Muszę przyznać, że czytanie tego opowiadania sprawiło mi nie lada frajdę i cofnęło wspomnieniami do pierwszych (dla mnie) seansów filmu “Kingsajz”. Ta nostalgia wymieszana z odpowiednią dozą współczesności i nutą zaczepnego przełamania, stworzyła naprawdę przyjemny, literacki koktajl, który jest dla mnie jedną z perełek “Innych światów”.

Pomijając nieco psychodeliczny “Zapalny stan udręki”, opowiadanie “Imperium chmur” Jacka Dukaja wywołało u mnie sporą konsternację. Pomijam, że tekst zajmuje jedną trzecią antologii, przez co bliżej mu do mikropowieści niż krótszych form prozy, ale do narracji trzecioosobowej z zastosowaniem czasu teraźniejszego trzeba się przyzwyczaić. Całość czyta się tak, jakby zaglądało się Kiyoko – głównej bohaterce – przez ramię, podczas jej pracy, równocześnie obserwując to, co się wokół niej dzieje. Lektura tej historii przypomina wysłuchiwanie na bieżąco relacji, prowadzonej w formie haiku, z którą kojarzy mi się specyficzny język utworu. Wszystko to sprawiło, że koniec tej opowieści musiałam najdłużej przetrawiać, głównie po to, żeby odpowiedzieć sobie na pytanie “Co ja właśnie przeczytałam?”. Bo o czym jest “Imperium chmur”? Najprościej mówiąc to historia metalu lżejszego od powietrza, który posłużył do stworzenia japońskiej floty powietrznej w czasach, kiedy ta zaczęła odchodzić od tradycji samurajów na rzecz zachodniego postępu. Na przestrzeni życia Kiyoko możemy zatem obserwować ewolucję kraju pchniętą niebywale do przodu przez niezwykły wynalazek. Aczkolwiek finał historii delikatnie sugeruje, że tak naprawdę nie chodziło o metal, ale o pismo samo w sobie. Może to być jednak tylko moja wydumana interpretacja. Nie mogę zatem nie zachwycić się pomysłem, motywami zaczerpniętymi z “Lalki”, inspiracjami kreującymi świat niezwykły, bardziej egzotyczny niż rzeczywistość. Naprawdę chciałabym ekscytować się treścią “Imperium chmur” i pewnie był to robiła, gdyby całość nie sprawiała tak dziwnego wrażenia. Tak jakby treść i forma się nieco mijały.

W ogólnym rozrachunku stwierdzam, że byłam niezwykle zadowolona z przeczytania “Innych światów”. Reprodukcje wykorzystane do ilustracji opowiadań z pewnością wyróżniają ten zbiór. W książkach z rzadka umieszcza się grafiki, a jeśli już to nie są one tak bajecznie kolorowe. W tym wypadku stanowią one integralną część wydania, nie tylko wspomagając wizualnie wyobraźnie czytelnika, ale i wprowadzając go w odpowiedni klimat. Co do samych opowiadań, byłam zaskoczona, że taka ich liczba przypadła mi do gustu. Zdecydowana większość to przyjemne, czytliwe historie, które z pewnością umilą letnie wieczory. Choć ja, ze względu wydźwięk niektórych prac, polecałabym je jesienią, by ta deszczowo-chmura aura dodatkowo potęgowałaby nastrój niezwykłości wszystkich historii. Aczkolwiek to moje zdanie. Ze zbiorami opowiadań niestety bywa tak, że różnych czytelnikom podobają się różne teksty. W tym wypadku naprawdę warto sprawdzić, który z autorów trafił w nasze czytelnicze gusta, ale to można uczynić tylko samemu zdobywając “Inne światy”.