Pytanie na dziś: Kto pamięta lata dwutysięczne? Kiedy ktoś rzuca hasło “rok 2000”, moją pierwszą myślą jest: “to nie było tak dawno, pamiętam ten okres całkiem dobrze”. Po chwili uświadamiam sobie, że minęło 18 lat. A dziś, robiąc research do tej recenzji, uświadomiłam sobie jeszcze kilka innych rzeczy.

W roku 2000 nie było smartfonów. Pierwszy iPhone pojawił się dopiero siedem lat później. Obłęd, dziś ciężko mi uwierzyć, że żyłam tyle lat w czasach, kiedy nie było iPhone’a. Co więcej, dopiero w 2008 roku pojawiły się pierwsze smartfony z Androidem. Obecnie system jest tak powszechny, że trudno sobie w ogóle wyobrazić, że nie istniał. W roku 2000 nie było YouTube’a. Szok i niedowierzanie. Platforma tak wgryzła się w naszą codzienność, w naszą świadomość, że nie do pojęcia jest, że egzystowało się w czasach, gdy to MTV było głównym źródłem muzycznych teledysków. Tak, na MTV kiedyś faktycznie grali muzykę. W 2000 nie było Facebooka – dopiero w 2006 roku przybrał formę dostępną dla wszystkich. W 2000 pojawiły się pierwsze pendrive’y i miały śmieszną pojemność 8 MB, a technologie takie jak Wi-Fi czy Bluetooth dopiero raczkowały w naszym codziennym życiu.

To tylko wierzchołek technologicznej góry lodowej o nazwie “Rzeczy, których wtedy nie było”. Kopiąc głębiej w temacie rozwoju technologii, dogrzebałam się do informacji, że większość z tych wynalazków, które wymieniłam wyżej, były już omawiane w latach 70 i 80. Ludzie mieli ich wizję, ale często brakowało im odpowiednich narzędzi i systemów, by wcielić ją w życie. Pierwsze kroki w testowaniu nowych technologii zwykle należały do wojska – ze względu na wagę przedsięwzięć militarnych oraz na państwowe fundusze, jakimi dysponowało. Ostatecznie jednak każda nowinka wreszcie trafiała w ręce zwykłego obywatela. Średnio od wizji do realizacji i produkcji/użycia na masową skalę mijało jakieś 20 lat. Około kolejnych 5-10 lat potrzebowaliśmy na doprowadzenie danej technologii do formy doskonałej, tylko po to, aby w nagłym skoku znaleźć nowe rozwiązanie, które odeśle dotychczasowy produkt do lamusa w niecałe 2-3 lata. Widzicie tu pewną prawidłowość? Wiele czasu zajmuje nam znalezienie wyjścia, ale kiedy wreszcie je mamy, budujemy przez nie autostradę, żeby za chwilę zdać sobie sprawę, że ta autostrada stanie się dla nas pasem startowym do przesiadki w samolot. Wystarczy jedna nowość na rynku technologicznym, a zaczyna nam otwierać tak wiele drzwi. Jedno rozwiązanie rodzi drugie i kolejne.

Po co w ogóle o tym wszystkim piszę? Potrzeba reserchu oraz myśli o tempie technologicznej ewolucji ludzkości zalały moją głowę po lekturze książki Martyny Raduchowskiej “Łzy Mai”. Na pierwszy rzut oka – cyberpunk, jakich wiele. Techniczne ulepszenia, androidy, elektroniczne gadżety, wirtualne rzeczywistości, gadające maszyny, bla, bla, bla… jednak po kilkunastu stronach tej książki zdałam sobie sprawę, że to nie jest czysta abstrakcja. To nie jest jakaś odległa przyszłość, której nie dożyjemy. Akcja książki rozgrywa się w roku 2037. Za 19 lat. Wiecie już skąd wziął się ten przydługi wstęp? Niepokojące jest też to, że świat wykreowany w “Łzach Mai” nie wydaje się obcy, choć to fikcyjne miasto, w fikcyjnym miejscu na Ziemi. New Horizon nie ma swojego odpowiednika, ale jako czytelnik czuję, że to nie do końca tylko oderwane od rzeczywistości bajanie autorki o przyszłości. Wręcz przeciwnie – ja, czytając “Łzy Mai”, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto przyszłość dzieje się na naszych oczach; że taka metropolia ma szanse powstać za 20 lat przy naszym pędzie technologicznym. Martyna, malując swoje uniwersum na kartach swojej powieści, dołożyła wszelkich starań, aby odbiorca poczuł, że przedstawia się tu fakty. Czytam o wszczepach domózgowych i dostaję informację, gdzie są zlokalizowane, jak działają i na co oddziałują. Poznaję inteligentne androidy, praktycznie nie do odróżnienia od zwykłych ludzi, i jest dla ich funkcjonowania wiarygodne uzasadnienie – z czego są zrobione, co sprawia, że są tak doskonałymi replikami ludzkimi. I choć niekiedy terminologia brzmi wymyślnie, to nie są zmyślone na poczekaniu nazwy i rozwiązania. Nie mogłam pozbyć się wrażenia, że to wszystko jest w zasięgu naszych rąk, tylko jeszcze brakuje nam narzędzi. To fascynujące i przerażające jednocześnie.

Przerażające, bo New Horizon jest jak spełnienie orwellowskiego koszmaru. Kamery są wszędzie. Drony są wszędzie. Filmują obywateli miasta, gdy tylko przekraczają próg domu, i niewiele jest miejsc, gdzie można się przed nimi ukryć, a jeśli już zawędruje się w taki rejon, okazuje się, że można nie wrócić stamtąd żywym. Przerażające jest to, że wszechobecne roboty i programy komputerowe potrafią wyczytać z wyrazu twarzy ich intencje i zareagować, zanim zrobią coś uważanego powszechnie za niebezpieczne. Równie mocno niepokojący jest fakt, że komputer w głowie, ułatwiający nawiązywanie nowych znajomości, czy podpowiadający, jak poprowadzić prezentację w pracy, jest traktowany jak coś naturalnego. Ludzie w New Horizon bez wszechobecnej inwigilacji i ingerencji maszyn czują się zagubieni. I choć brzmi to strasznie, przykra prawda jest taka, że to dzieje się już teraz. Może jeszcze nie na taką skalę, nie z takim oczywistym rozmachem, ale każdy z nas posiada jakieś urządzenie – czy to smartfon, tablet, czy komputer – które oprócz zapewnienia nam kontaktu ze światem, także skanuje naszą historię wyszukiwania i przeglądania, aby przekazać zebrane dane do dalszej analizy. Czy to firmom, które chcą nam podsunąć pod nos odpowiednią reklamę, czy też rządowi, który chce wiedzieć, co też obywatele knują po godzinach. Zatem mnie naprawdę nie jest trudno uwierzyć w New Horizon, kiedy zaczynam porównywać realia jego mieszkańców do naszych.

Mamy więc świat przedstawiony, futurystyczną metropolię, która wygląda jak wróżba dla naszego pokolenia. A co z ludźmi?

Z głównym bohaterem również powinniśmy się móc łatwo utożsamić. Choć Jared Quinn to policjant (a nie każdy z nas może pochwalić się tą profesją) po przejściach (bardzo traumatycznych, a to też nie jest statystyczną normą), to jednak jest coś, co sprawia, że staje się nam bliski. Jared średnio nadąża za nowinkami technicznymi, a nawet jeśli nadąża, to nie jest im zbyt przychylny. Licząc w przybliżeniu, protagonista przyszedł na świat na początku lat dwutysięcznych, więc pamięta czasy, gdy technologia nie była aż tak zaawansowana. Czasy, które są naszą rzeczywistością, za którymi ewidentnie tęskni. Po tym, jak doznaje niemal śmiertelnych obrażeń po gwałtownych zamieszkach w New Horizon, zostaje wprowadzany w śpiączkę farmakologiczną i przez blisko 3 lata jest odcięty od świata. Te 3 lata wystarczają, aby przegapił kolejny skok technologiczny. Objawia się to głównie w jego pracy, gdzie we wszystkim wyręczają ludzi roboty i komputery, a sprawy o morderstwo, dzięki wszechobecnym kamerom, są rozwiązywane w przeciągu 48 godzin. W pewnym momencie złapałam się na tym, iż dostrzegam podobieństwo w reakcjach własnych i bohatera na to, co zastał po przebudzeniu. Z jednej strony Jared jest częścią tego systemu, sam nie potrafi wyobrazić sobie życia bez pewnych urządzeń, jednak świat przyszłości, który obserwowałam jego oczami, zarówno dla mnie, jak i dla niego jest przytłaczający. Rozumiem uzależnienie od techniki, jednak tu otrząsam się z niedowierzaniem i przestrachem, jak bardzo jest wszechobecna, jak bardzo zawładnęła życiem setek tysięcy ludzi. Jared jest głosem czytelnika w tej opowieści. Oczywiście po tym, co przeszedł, to głos bardzo radykalny, ale jestem w stanie go aż za dobrze zrozumieć. Skoki technologiczne skokami technologicznymi, ale tu sprawy zachodzą zbyt daleko. Głównie dlatego, że zaciera się granica między człowiekiem a maszyną. Z jednej strony ludzie-cyborgi, naszpikowani elektroniką i robotycznymi protezami, z drugiej roboty, które można pomylić z ludźmi. W ten sposób dochodzimy do mojej ulubionej kwestii w tej książce – androidy i ich człowieczeństwo.

Kiedy słyszycie słowo android, to idę o zakład, że myślicie sobie o tworze podobnym do terminatora wykreowanym przez Arnolda Schwarzeneggera. Metalowy szkielet pokryty gumą przypominającą skórę; płaski, beznamiętny głos oraz twarz w sztywny i niezbyt przekonujący sposób naśladująca ludzkie emocje. Do tego prosta, zimna AI, która działa według programu i ma wciąż zbyt ograniczone pojmowanie świata. Coś takiego tylko na pierwszy rzut oka można pomylić z człowiekiem. Wystarczy kilka minut, żeby zorientować się, że twór jest sztuczny. Jednak androidy Raduchowskiej (te najnowszej generacji, bo w powieści są też i starsze modele, bliżej “spokrewnione” z terminatorem) do złudzenia przypominają ludzi. Jednak nie w tym tkwi problem. Kwestia rozbija się o to, w jaki sposób powstają. Aby replikanci (jak potocznie nazywa się androidy najnowszej generacji) mogli być tak bardzo ludzcy, ich ciała oraz mózgi są bioniczne. Choć sztucznie wyhodowane, noszą cechy żywego organizmu. Odczuwają ból, krwawią, zapuszczają włosy i ronią łzy. Mają swój odpowiednik DNA, zatem to nie jest masowa produkcja. Każdy android jest inny, podobnie jak odmienni od siebie są ludzie. Każdy ma swój charakter oraz styl bycia i, choć nie mają emocji, to perfekcyjnie udają i pragną ze wszystkich sił móc je prawdziwie odczuwać. Te sztuczne twory tęsknią za człowieczeństwem, ich bioniczne mózgi działają nie gorzej od ludzkich (w niektórych aspektach dużo lepiej), wiedzą, czym jest przywiązanie i lojalność, choć w to ludzie akurat nie do końca wierzą. Nie mają programu, który by je określał. Raczej są to uwarunkowania odpowiadające za posłuszeństwo, lecz każdy system ma swoją lukę.

Kiedy czytałam do czego zdolne są te istoty i że istnieje w tym świecie lek, który pozwala im prawdziwie czuć, pomyślałam sobie, że granica znika. Te androidy zadają pytania o sens swojego istnienia, o to czym są i dokąd zmierzają. Poza tym uderzyła mnie jeszcze jedna kwestia. W książce mimochodem zostało wspomniane, że zanim obywatel zażyje pewien nowy ryzykowny lek, powinien wyhodować sobie klona celem testów i sprawdzenia, jak jego organizm zareaguje na medykamenty. Jest to rzucone ot tak, jakby praktyka była powszechna wśród tych, których na to stać. Jakby ten klon to kawał mięsa bez uczuć. I można by przyjąć założenie, że hoduje się takie ciało, blokując rozwój mózgu, ale sęk w tym, że to lek zwiększający zdolności umysłowe. Zatem również klon musi być sprawny umysłowo, aby testy były miarodajne. Z technicznego punktu widzenia jest człowiekiem. Ma ludzkie DNA, ludzki umysł, ludzkie organy. Zakładam więc, że również myśli i czuje. Ale traktuje się go jak rzecz, coś, co sobie hodujesz, żeby przeprowadzać na tym eksperymenty. Nikt nie myśli o moralnej stronie przedsięwzięcia, przynajmniej nikt taki nie jest nam przedstawiony w książce.

Podobnie jest z replikantami. Choć odczuwają ból, mają swoją własną etyczną autonomię, upodobania, zwyczaje – nikt nie traktuje ich jak żywe istoty. Najprostszy przykład, aby wydobyć sedno problemu:
Wyobraźcie sobie, że człowiek zaczyna torturować replikanta. Sami sobie wymyślcie, jakie są najgorsze Waszym zdaniem tortury. Obdzieranie ze skóry, wyłupanie oczu, naprawdę nie chcę wchodzić w szczegóły. Potem, dajmy na to, oprawca kończy (nie)żywot androida obcinając mu głowę. Kompletna makabra, jakby nie patrzeć. Klasyfikacja takiego czynu? Niszczenie mienia. Choć replikant odczuwał ból, krzyczał i krwawił, jedyne co się wydarzyło, to niszczenie mienia. Kara? Grzywna. Gdyby coś takiego zrobiono człowiekowi, ba, gdyby coś takiego zrobiono zwierzęciu, zbrodniarz zostałby uznany za bestię, za zwyrodnialca, skazano by go na dożywocie (w przypadku człowieka) lub skierowano na leczenie psychiatryczne (w przypadku zwierzęcia). W przypadku androida nic złego się nie stało.

Choć w książce jest wiele zwrotów akcji oraz niewiadomych względem toczącego się tam śledztwa, czy rozterek bohatera odnośnie jego traumy i tego, jak zachować zdrowe zmysły, nie bez powodu nie wspomniałam o tym w tej recenzji. To świetne motywy tej powieści, doskonale rozpisane, wciągające i zajmujące, ale to nie one sprawiły, że wciąż wracam myślami do “Łez Mai”. O akcji i bohaterach przeczytacie sobie w niejednej (zasłużenie) pochlebnej recenzji, jaka jest w sieci. Ja natomiast chciałam zwrócić Waszą uwagę na te trudne pytania bez odpowiedzi, jakie pojawiają się w tej historii. Na pytania o człowieczeństwo i moralność. Czy kiedy odrzucimy wszelkie hamulce i zaczniemy bawić się w bogów, tworzyć nowe życie na swój obraz i podobieństwo, ale nie będąc gotowymi na to, aby te twory zyskały wolną wolę i swoje prawa… dokąd nas to zaprowadzi? To nie jest tylko fikcja, my to wiemy. Od lat wyciągamy ręce po sztuczną inteligencję. Od lat snujemy wizje, jak świadome maszyny stają się naszą zagładą, a jednak wciąż i wciąż wracamy do tematu. Co chcemy tym osiągnąć, jaki cel temu przyświeca? Czy to ostateczny punkt do od haczenia na liście pod tytułem “Oto, do czego jesteśmy zdolni”? “Łzy Mai” burzą również wizję tego, że maszyny zwrócą się przeciwko nam. Naszą porażką może być fakt, że to my zwrócimy się przeciwko nim, kiedy staną się niemożliwe do odróżnienia. Kiedy obie strony zapragną podkreślić swoje ja i wybuchnie wojna, nie jestem do końca pewna, czy możemy za to winić świadome maszyny. W końcu będą tylko tym, co stworzyliśmy na swój obraz i podobieństwo. Zatem jaki mają inny wybór?

  • Autor: Martyna Raduchowska
  • Tytuł: Łzy Mai
  • Tytuł oryginału: Łzy Mai
  • ISBN: 978-83-280-5459-2
  • Oprawa: miękka
  • Ilość stron: 416
  • Data wydania: 4 lipca 2018
  • Cena detaliczna: 39,99 zl
 

About Kometa

W sieci znana też jako Koralina Jones. Redaktor naczelna Gavran.pl, główny administrator Forum Gavran ( http://forum.fan-dom.pl ), administruje także Thornem - oficjalną stroną Anety Jadowskiej ( http://anetajadowska.fan-dom.pl ). Współzałożycielka Grupy Fan-dom.pl . W wolnych chwilach recenzentka i blogerka.

View all posts by Kometa