Zwrotnik Węży – Marie Brennan – recenzja

Uwielbiam historie o smokach. Z chęcią zaczytywałabym się w nich, choćby tylko po to, by poszerzyć swoją smokologiczną wiedzę. Co oczywiście prowadzi to zaskakującego paradoksu. Znajomi zwykli uważać, że gdy zobaczę słowo “smok” w tytule, z automatu wyłącza mi się krytycko-recenzencka część mojej duszy, a ja bez zastanowienia przyjmuje taki tekst za literackie cudo. A może zwyczajnie szkoda mi czasu na złe historie? W każdym razie, kiedy w zeszłym roku wychodziła “Historia naturalna smoków” autorstwa Marie Brennan, stanowiąca początek cyklu opisującego przygody pewnej badaczki smoków, byłam niezwykle optymistycznie nastawiona do serii. I przyznaję się bez bicia, że przymknęłam wówczas oko na pewien dość istotny fakt, tłumacząc to sobie początkowym etapem rozwoju historii bohaterki. W tym roku z nadzieją sięgnęłam po Zwrotnik Węży – kontynuację Pamiętników Lady Trent – ale dostałam coś, czego nie do końca oczekiwałam.

Lady Izabela wyrusza na kolejną wyprawę badawczą. Tym razem jej celem jest nieprzebyta dżungla zwana Zielonym Piekłem wraz z legendarnymi Bagiennymi Żmijami. Jednak nim się tam na dobre rozgości, musi zmierzyć się myśliwymi, wojną, obcymi tradycjami, polityką i własną matką. Tym samym książka pełna jest intryg, plotek, walk i, w końcu, nieprzebytej dżungli, które raz po raz są pokonywane przez upór i ego głównej bohaterki. Zdaję sobie sprawę, że gdyby była mniej asertywna, nie zaszłaby tak daleko, ale przedziwnym wydaje mi się fakt, iż osoba tak szanująca odmienne zwyczaje kraju, w jakim przyszło jej prowadzić badania, z gracją słonia w składzie porcelany obchodzi się z tradycjami własnej ojczyzny. Ale widać na tym polega wybiórczy bunt badaczki.

Pierwszym i chyba najpoważniejszym argumentem na niekorzyść tej książki jest niemal absolutny brak smoków. Fakt, faktem, w trakcie fabuły zostały wspomniane ze trzy (prawdopodobnie) odmienne gatunki, ale poświęcono im diablo mniej miejsca niż aktualnej sytuacji politycznej i zawiłością dziedziczenia tronu w Bayembe. Naprawdę nie miałabym nic przeciwko wtrąceniom opisującym krajowe niepokoje, gdyby nie fakt, że książka jest dedykowana miłośnikom smoków. Sama bohaterka jedynie głośno manifestuje swoją miłość do tych wielkich gadów. W sprawozdaniach z jej badań brak tej pierwotnej fascynacji, jaką znajdowałam w opisach iskrzyków z poprzedniego tomu. W zasadzie nigdzie nie można znaleźć rozwinięcia tego uczucia. Lady Trent kocha smoki, bo tak. Gdybym tylko na podstawie jej pamiętników miała rozbudzić w sobie zamiłowanie do smoków, pewnie bym sobie darowała. Zdaje sobie sprawę z tego, że kilka stron zachwytów nad gadzimi przymiotami mogłoby nie być fabularnie aż tak interesujące, ale z pewnością satysfakcjonowałoby każdego smokofana. Brak tego typu informacji boli tym bardziej, że w momencie kiedy zaczęło się robić ciekawie, kiedy zaczęłam wierzyć, że dowiem się czegoś więcej o Bagiennych Żmijach, książka się skończyła. Jako miłośniczka tych skrzydlatych gadów, czułam się bardziej niż zawiedziona.Ale przemilczmy już to, na co tylko smokolodzy i smokoznawcy z zamiłowania i pasji zwrócą uwagę.

Skupmy się na aspekcie przygodowym, ponieważ trzeba przyznać, że to z kolei największa zaleta Zwrotnika Węży. Dla mnie zetknięcie się z każdą obcą kulturą, zwyczajami ludzi, ich wierzeniami, jest fascynujące, więc z przyjemnością wyłuskiwałam w fabule te fragmenty, które choć fikcyjne, pozwalały poznać miejsce, w jakim znalazła się bohaterka. Fascynowała mnie podróż na sawannę, a potem w ostępy Zielonego Piekła, więc czytałam z zapartym tchem, chcąc poczuć i przeżyć to, co narratorka. Pomijając smoczą irytację, lektura tej książki była całkiem przyjemna i wciągająca, a za pomysłowość należą się autorce gratulacje, aczkolwiek zastanawiam się, dlaczego postanowiła się wcielić w tak denerwującą bohaterkę.

Lady Trent ma wiele zalet. Z pewnością jest inteligentną, silną i niezależną młodą kobietą, która z godnym pozazdroszczenia uporem walczy o swoje. O swoją niszę, swoje marzenia i swoją wolność. Tylko dlaczego kosztem wszystkich dookoła? Pamiętniki są pisane z perspektywy starszej i bardziej dojrzałej Izabeli, która zdaje się znać doskonale wady i przywary swojej młodszej wersji i w żaden sposób ich nie wybiela, ale też nie potępia. W tej postaci nie ma za grosz empatii, a przekonanie o własnej wiedzy i wyjątkowości niemal bije po oczach czytelnika, a co gorsza, wcale nie zmienia się z wiekiem. Powoduje to, że trudno mi odbierać Izabelę inaczej jak zbuntowaną nastolatkę. Paradoksalnie, jej młodsza towarzyszka, zakochana w inżynierii Natalie, zachowuje się dojrzalej niż ona. Tym samym Lady Izabela przypomina mi o “Zakonie Feniksa”, w którym Harry, jako jedyny z bohaterów, dość gwałtownie przechodził okres dojrzewania, przez co zachowywał się jak skończony dupek. Ale on miał naście lat. Główna bohaterka Zwrotnika Węży ma dwadzieścia trzy (lub dwadzieścia cztery, bo dość długo siedziała w dżungli) i jest wdową z dzieckiem, która prowadzi poważne naukowe badania. Chciałabym zatem, żeby w końcu się ogarnęła.

Traktując Zwrotnik Węży jako lekkie, przygodowe czytadło można się całkiem dobrze bawić. Historia wciąga, w trakcie lektury angażuje czytelnika, a po jej zakończeniu nie czuje się fabularnego niedosytu. Ot kolejny tytuł, który można odhaczyć w czytelniczym wyzwaniu i przejść do następnego. Ale jeśli sięgnie po nią skuszony reklamą miłośnik smoków, srogo się zawiedzie, ponieważ w swoim egoizmie Lady Trent zapomina o opisaniu swej największej miłości. Za to będzie musiał się zmierzyć z coraz bardziej denerwującą bohaterką. Niestety do sięgnięcia po następny tom motywuje mnie tylko nadzieja, że może to w kolejnej książce pojawią się smoki.