Za kilka dni swoją premierę będzie mieć “Szczęściarz” Marcina Jamiołkowskiego. Zapraszamy do lektury fragmentu książki. 

Order Virtuti Militari, potężny artefakt chroniący stolicę, został zniszczony, a przez miasto przetacza się fala ataków terrorystycznych. Służby, próbujące opanować sytuację wzywają Herberta Kruka, ale niezupełnie w charakterze pomocnika. Wygląda, że Herbert dobrze zna sprawców zamachów. Albo raczej… to sprawcy dobrze znają jego.

Ułatwia to sprawy i jednocześnie je komplikuje. Nadany mu przez Syrenkę tytuł Obrońcy Miasta jest źródłem mocy, ale i brzemieniem, które musi dźwigać.

Na szczęście Herbert nie jest sam i może liczyć na pomoc przyjaciół.

Kim jest i czego chce Lewiatan? Czy Dwór Złotej Pani upadnie? Czy Herbertowi uda się zaprzyjaźnić z Bazyliszkiem i przekonać do współpracy Istoty Założycielskie?

  • Autor: Marcin Jamiołkowski
  • Tytuł: Szczęściarz
  • Cykl: Herbert Kruk, tom 4
  • ISBN:
    • Druk: 978-83-7995-208-3
    • ePub: 978-83-7995-209-0
    • mobi: 978-83-7995-210-6
    • audiobook online: 978-83-7995-242-7
  • Format: 12,5 x 19,5 cm
  • Oprawa: miękka
  • Ilość stron: 384
  • Data wydania: 14 września 2018
  • Cena:
    • papier: 39,99 zł
    • ePub: 24,99 zł
    • mobi: 24,99 zł
    • audiobook online: 39,99 zł

FRAGMENT:

Zaginiona

– Jaką chcesz kawę? – zapytała Anna, unosząc głowę znad menu. – Bo ja nie mogę się zdecydować.

Oderwałem wzrok od stolika, któremu przypatrywałem się bezmyślnie już od kilku minut, i przeniosłem spojrzenie na przyjaciółkę. Miała nową fryzurę – przycięte w jednej z wariacji pazia włosy opadały z prawej strony długim kosmykiem aż pod brodę, z lewej dla odmiany kończąc się tuż pod uchem. Po namyśle stwierdziłem, że wzmocniła też ich kolor – zwykle jasnobrązowe, teraz przywodziły na myśl świeżo opadły, jesienny kasztan: były ciemne, połyskujące, gładkie. Pasowały idealnie do oczu, które również miały brązowy odcień, Anna nazywała go „butelkowym”, według mnie bardzo niesprawiedliwie. Na moją uwagę, że „butelkowy” to odcień zielonego, odrzekła, że chodziło jej o brązowe butelki. Niech i tak będzie. Z kobietą nie kłóci się o kolory.

Znowu coś powiedziała, ale tym razem, zapatrzony w jej oczy, nie zrozumiałem ani słowa.

– Co? Co? – wymamrotałem niezbyt elokwentnie i od razu przygotowałem się na szpilkę, która w tej sytuacji musiała się pojawić.

Nie pomyliłem się. Anna zmrużyła oczy, osłoniła twarz ręką i obróciła się półprofilem.

– Ach! – rzuciła, udając podekscytowanie. – Twój talent krasomówczy sprawił, że czuję się taka… onieśmielona! Poraziłeś mnie! Obezwładniłeś…

– Daj spokój – mruknąłem niewyraźnie. – Nie obudziłem się jeszcze.

– Dlatego spytałam, co pijesz.

Zajrzałem do karty, ale zamiast wybrać kawę, usiłowałem sobie przypomnieć, po jakie licho umówiłem się z Anną tak wcześnie. Byłem niewyspany. Czułem się jak zombie. Przekląłem w duchu Zezela, którego pośrednio obarczyłem winą za zarwaną noc.

Pojawił się wczoraj wieczorem, w jednym ręku ściskając butelkę wina, w drugiej kilka płyt DVD, które wręczył mi tuż za drzwiami.

„Mam «Firefly»” – powiedział tonem, który zdaje się miał oznaczać, że właśnie przyniósł Świętego Graala kinematografii i właściwie powinienem paść na kolana, a potem zalać się łzami wdzięczności. Oczy błyszczały mu zza okularów jak dwa świetliki, nomen omen. Moje pokrętne wyjaśnienia, że nie oglądam żadnych seriali i nie wiem, czym jest to całe „Firefly”, naturalnie zignorował. „Jeszcze mi podziękujesz” – powiedział tylko.

Zawaliliśmy praktycznie całą noc. A teraz mogłem mu faktycznie podziękować. Zezel, ty łachu! Byłem nieprzytomny!

Po co tak wcześnie umówiłem się z Anią? Ach, no tak! Rano, bo później miała do załatwienia jakieś służbowe sprawy. No to kolejne pytanie – po co w ogóle się umawiałem? Dlaczego w kawiarni, a nie zaprosiłem do domu? Aha, bo dziś jest Dzień Kobiet. I chciałem, żeby było ładnie i formalnie. I miałem jej wręczyć tulipana. Którego oczywiście zapomniałem kupić. Do kawiarni miałem blisko – wyszedłem z domu i poczłapałem do niej jak automat, ledwie przytomny.

– To ja mocną – odezwałem się nagle.

– Co? – Anna drgnęła.

– Pani detektyw mnie poraża – powiedziałem spokojnie – onieśmiela i obezwładnia…

Anna prychnęła, ale kącik jej ust drgnął leciutko.

– I tak ma być. – Nagle obdarzyła mnie pełnym uśmiechem, a moje serce, nie wiedzieć czemu, postanowiło przyspieszyć rytm.

– Wezmę latte macchiato, podwójne. Muszę się obudzić.

– Ja wezmę cappuccino.

– Świetna fryzura.

Anna rzuciła mi powłóczyste spojrzenie.

– Czy ty mi się podlizujesz? Najwyraźniej czegoś chcesz.

– Dasz mi potrzymać swoją spluwę?

– Nie. Musisz się lepiej postarać.

Nabrałem powietrza.

– Świetnie wyglądasz.

– Cieplej, cieplej. – Znowu się uśmiechnęła.

– Nie mogę oderwać wzroku.

– Dobrze ci idzie.

– A teraz dasz mi spluwę?

– Za szybko. Jesteś zbyt niecierpliwy.

Roześmialiśmy się.

– O co chodzi? – zapytała Anna, ale zanim zdążyłem odpowiedzieć, dodała: – Albo może poczekaj, aż wrócę. Pójdę zamówić kawę i wybiorę sobie jakieś ciastko. Chcesz coś?

Pokręciłem przecząco głową. Obserwowałem, jak wstaje i idzie w stronę lady. Kelnerka stojąca do tej pory przy kasie, jak na złość, odwróciła się i zniknęła za kuchennymi drzwiami. Anna przewróciła oczami i pokazała w stronę toalety. Zrobiła gest, jakby pudrowała twarz. Zrobiłem jej dziecięce pa, pa i przymknąłem oczy. W rzeczywistości gapiłem się nią przez całą drogę do łazienki. Jej chód był prawie męski, zdecydowany. W końcu była detektywem. I miała trzech starszych braci. Zamknąłem oczy do końca i trwałem w tym stanie, zawieszony pomiędzy jawą a snem, póki nie usłyszałem dźwięku odsuwanego krzesła. Spojrzałem przed siebie i zdziwiłem się. To nie była Anna. Miejsce naprzeciw mnie zajęła piętnastoletnia na oko dziewczyna.

Jasne włosy zebrane miała w długi, koński ogon, który spływał jej na ramię. Chuda buzia i mały nos upodabniały ją do jakiegoś niewielkiego zwierzaczka. Łasicy? Tchórzofretki? A może to była wina tego uważnego, bacznego spojrzenia. Nie, nie była brzydka, raczej trochę zaniedbana. Trochę za duża granatowa bluza z kapturem nie poprawiała tego wrażenia.

Miałem nadzieję, że to jakaś pomyłka, że przysiadła się przypadkiem.

Rozejrzałem się dyskretnie. Pomimo wczesnej pory kilka stolików było już zajętych, ale mniej więcej tyle samo było wolnych. Westchnąłem w duchu. Na przypadek nie ma co liczyć.

Wolałbym na powrót zapaść w letarg, ale z doświadczenia wiedziałem, że ignorowane problemy nie znikają. „Z problemami jest jak z szambem – powiedział mi kiedyś mój znajomy, porucznik BOR-u – zaniedbane w końcu wybije”.

Trochę powątpiewałem w trafność tego porównania, ale mimo wszystko coś w tym było.

Dziewczyna siedząca przede mną obserwowała mnie czujnie, zmarszczyła czoło w skupieniu i wyglądało na to, że zbiera się do przemówienia. Przestraszyłem się, że zaraz usłyszę pytanie w stylu „kupisz mi dżinsy?” i spadnę z krzesła. Postanowiłem uderzyć pierwszy:

– Sprzedajesz tulipany?

– Słucham? Nie! – Głos miała miły, chociaż lekko piskliwy.

– Szkoda – mruknąłem zawiedziony i mimo wszystko zamknąłem oczy.

– Pan Kruk, prawda? – Usłyszałem.

Nie poruszyłem się, nie odpowiedziałem. Gdzie jest Anna? Na pomoc!

– Proszę nie udawać.

Otworzyłem jedno oko i powiedziałem bezczelnie:

– Dobre wychowanie nakazuje się najpierw przedstawić.

– Dobre wychowanie nakazuje mężczyźnie wstać, kiedy przysiada się kobieta – odcięła się.

– Kobieta? Wcześnie zaczynacie w tych gimnazjach.

Zaczerwieniła się. Zamknąłem oko z powrotem.

– Nazywam się Magda Zielińska. Potrzebuję pomocy, panie Kruk.

Otworzyłem oczy i wyprostowałem się na krześle.

– Skąd wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć?

Zawahała się chwilę.

– Wróble ćwierkają, że często pan tu zagląda. Więc postanowiłam zaczaić się od rana, a tu proszę, od razu trafienie.

– Wypełnij formularz zgłoszeniowy na mojej stronie internetowej.

– Na stronie… – powtórzyła i urwała. – To był żart, prawda?

Uśmiechnąłem się porozumiewawczo, potwierdzając, że to ta chwila, kiedy powinna się śmiać. Oczywiście nie była nawet rozbawiona.

– Naprawdę potrzebuję pana pomocy.

– Obawiam się, że jestem chwilowo niedostępny.

– A mówili, że jest pan miłym człowiekiem…

– To pewnie sierotki. Zawsze odprowadzam do domu zaginione sierotki, dlatego mają o mnie dobre zdanie.

– Zaginęła moja koleżanka…

Dziewczyna nagle, zdecydowanym ruchem, wyciągnęła z kieszeni bluzy zdjęcie i położyła na stole. Przedstawiało młodą brunetkę, ładną, zdecydowanie starszą niż siedząca obok tchórzofretka. Chociaż może się myliłem. Mimo że wyglądała na pełnoletnią, ciągle widać było szczenięcą urodę nastolatki.

Przeniosłem wzrok ze zdjęcia na… jak jej było? Na Magdę.

– Ludzie często znikają, proszę się zgłosić na policję.

– Ale pan…

– Ja nie jestem policjantem – przerwałem jej. – Proszę się do nich zgłosić.

– Pomoże mi pan albo… – Zacisnęła usta.

– Albo co? – zainteresowałem się. To mogło być ciekawe.

– Zacznę krzyczeć, że mnie pan dotykał. A jestem nieletnia.

Spojrzałem w lewo, na siedzącego trzy stoliki dalej biznesmena w garniturku czytającego gazetę. Na kobietę w popielatym żakiecie grzebiącą długą łyżką w swojej latte. Szybko odwróciłem się w prawo, gdzie jakaś para wcinała szarlotkę, obejrzałem się nawet do tyłu na poważną matronę, o włosach upiętych w staromodny kok, napychającą usta sernikiem.

– Tak sobie myślę – zacząłem powoli, zataczając ręką wokół – że zapewne oni wszyscy jakoś tam zwrócą na to uwagę i może się tym zainteresują. Na pewno nie przyjdą mi wręczyć Orderu Uśmiechu, co jest przykre ze względu na to, że lubię dzieci, ale tak, masz rację, na pewno przyjdą ci z pomocą.

Usta Magdy zacisnęły się w wąską kreskę. Nagle jednak wyprostowała się i otworzyła usta do krzyku. Zanim jednak wydała z siebie jakikolwiek głos, uniosłem w górę palec. Dziewczyna obserwowała mnie uważnie, nie wydając na razie żadnego dźwięku.

Wychyliłem się trochę w bok i spojrzałem za jej plecami, tam, gdzie chwilę temu usiadła Anna. Widziałem, jak wracała z toalety, zobaczyła, że mam gościa, i zajęła miejsce przy stoliku za dziewczyną. Przysłuchiwała się rozmowie już od dłuższego czasu. Teraz zaś pani detektyw wyciągnęła dyktafon, przysunęła go w stronę dziewczyny i włączyła odtwarzanie.

„Zacznę krzyczeć, że mnie pan dotykał. A jestem nieletnia”. – Usłyszeliśmy.

Dziewczyna drgnęła wyraźnie zaskoczona i spojrzała do tyłu. Anna posłała jej promienny uśmiech.

– Więc może zróbmy tak, droga Magdo – przerwałem ciszę, która zapadła po tym małym psikusie. – Pójdziesz sobie do jakiegoś innego stolika, a może nawet wyjdziesz z kawiarni, zrobisz krótki spacer i wrócisz, kiedy skończę swoją kawę.

Dziewczyna była czerwona jak tulipan, którego zapomniałem rano nabyć.

– A wtedy, kiedy już wrócę do żywych, będziemy mogli spokojnie porozmawiać. Co ty na to?

Magda pokiwała głową, wstała bez słowa i wyszła na zewnątrz.

Odprowadziliśmy ją wzrokiem. Anna przesiadła się i postawiła na stoliku moje macchiato, swoją kawę i kawałek szarlotki. Ja przyssałem się do kubka, a Anna zaczęła dłubać widelcem w ciastku.

– Co to było? – zapytała w końcu.

– Nie wiem do końca. Pewnie ma kłopoty i potrzebuje pomocy.

– Zrobiłeś się ostatnio bardzo wrażliwy – zakpiła.

– Jakoś tak samo wyszło. – Coś w środku mnie zawstydziło się wcześniejszej opryskliwości w stosunku do dziewczyny. Wzruszyłem ramionami. Kawa płynęła do żołądka i już prawie czułem, jak łączy się z krwiobiegiem. – Nie obudziłem się jeszcze dobrze. Wróci, to się dowiem.

– A o czym chciałeś rozmawiać?

– No… – Skrzywiłem się i w końcu wyplułem z siebie: – Wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Kobiet.

Anna popatrzyła na mnie z mieszaniną zaskoczenia i zaciekawienia.

– Ty jednak jesteś szurnięty. A gdzie masz kwiatek?

– Zapomniałem kupić – przyznałem zbolałym głosem.

– Nie dziwię się, patrząc na ciebie wydaje się, że dopiero zastrzyk z kofeiny bezpośrednio w rdzeń kręgowy postawi cię na nogi.

– Przepraszam…

Przerwała mi ruchem ręki.

– Doceniam jednak, że tu dotarłeś, pomimo zmęczenia i tak wczesnej pory.

Głos miała chłodny i opanowany, ale to były tylko pozory, bo jej oczy śmiały się serdecznie. Butelkowe – pomyślałem nie wiedzieć czemu.

– Ale o czymś jednak zapomniałeś – dodała surowo.

– O czym? – zaniepokoiłem się.

Anna nachyliła się do mnie.

– Buziak, głąbie! Życzenia z okazji Dnia Kobiet bez buziaka nie mają żadnej mocy. Taki mag jak ty powinien o tym wiedzieć!

Zaśmiała się, kiedy cmoknąłem ją w policzek, pokręciła głową i podniosła się.

– Dobra, muszę się zbierać.

Sięgnęła po pieniądze, ale machnąłem ręką, powstrzymując ją.

– Zapłacę. Leć, latawico. Wpadniesz wieczorem na kolację? U mnie znowu zalągł się Zezel, pewnie na dwa tygodnie najmarniej.

Anna pokiwała głową z uśmiechem.

– Dobra, będę. Kup jakieś wino.

– Tak jest, pani detektyw.

– Jezu! Mówiłam, nie nadużywaj tego zwrotu.

– Tak jest… – Resztę słów zmełłem pod nosem.

– Opowiesz potem o tej dziewczynie.

Zakręciła się na pięcie, zdjęła z wieszaka skórzaną kurtkę, założyła na plecy i już jej nie było.

Zamówiłem kolejną kawę i sącząc ją, czekałem, aż pojawi się moja nowa znajoma, nieletnia szantażystka Magda Zielińska.

Nie przyszła.

***

Ponadto na stronie wydawnictwa można posłuchać fragmentu audiobooka: klik.