Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem książki “Magia i stal” Nika Pierumowa.

 

Pierwszy raz zrobiło się o nim głośno, kiedy ponad dwadzieścia lat temu wydał „Pierścień mroku”, kontrowersyjną kontynuację „Władcy Pierścieni” J.R.R. Tolkiena. „Magia i stal”, Nika Pierumowa, najlepszego rosyjskiego pisarza fantasy.

W wyniku kataklizmu świat zostaje podzielony na dwie krainy: Królestwo, gdzie rządzą prawa fizyki i racjonalizm oraz ziemię tajemniczych Rooskies – dziką i nieskażoną krainę magów. W Królestwie magia budzi przerażenie. Departament Specjalny gorliwie śledzi wszelkie jej przejawy i skutecznie izoluje ludzi dotkniętych tą przypadłością. Nikt nie wie, co się z nimi dzieje, dokąd się ich zabiera, co ich czeka. O ile mieszkańcy Rooskies zadowalają się tym, co zostało im dane, o tyle Królestwo potrzebuje nowych ziem, lasów, zasobów naturalnych – tego wszystkiego, w co obfituje kraj Rooskies. Zaczyna podbijać barbarzyńskie tereny i usuwać tych, którzy stoją na drodze postępu.

Molly Blackwater mieszka w Królestwie, ma dwanaście lat i pochodzi z zamożnej rodziny. Pewnego dnia dzieje się coś, czego nie umie racjonalnie wyjaśnić – w jej umyśle pojawia się obraz, w którym widzi starcie pociągu pancernego „Herkules” z oddziałami Rooskies, walkę, w której barbarzyńcy użyli… magii? Dziewczynka nie wie, czy to był sen czy naprawdę zobaczyła fragment odległej rzeczywistości. Jej świat, dotąd tak prosty, zaczyna się komplikować, zakrada się do niego strach i panika. Czy właśnie doświadczyła potężnej siły magii? Czy to możliwe, że sama posiada czarodziejskie zdolności?

Molly szybko zostaje namierzona przez patrol Departamentu Specjalnego i oskarżona o praktykowanie magii. Z pomocą wziętego do niewoli, niewiele starszego od siebie Wsiesława z Rooskies, udaje jej się uciec. Trafia do tajemniczej krainy, gdzie zaczyna się jej prawdziwy kontakt z magicznymi siłami. Okazuje się, że Molly jest brakującym i najważniejszym ogniwem, którego Rooskies szukali od bardzo dawna.

Nik Pierumow, pisarz znany z nieprawdopodobnej dbałości o szczegóły tworzonych światów i tym razem nie zawodzi fanów wielowątkowych opowieści. „Magia i stal”, pierwszy tom z serii „Molly Blackwater” to misternie skonstruowana historia łącząca elementy fantasy, cyberpunku i steampunku, która zachwyci i pobudzi wyobraźnię nawet najwytrawniejszych fanów Fantastyki.

  • Autor: Nik Pierumow
  • Tytuł: Magia i stal
  • Tytuł oryginału: Prikluczenija Molly Blackwate. Za kraiem mira
  • Tłumaczenie: Ewa Skórska
  • Cykl: Blackwater, tom 1
  • ISBN: 978-83-287-1016-0
  • Format: 13 x 20,5 cm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 448
  • Data wydania: 21 listopada 2018
  • Cena: 39,90 zł

FRAGMENT

– Patrz, Molly, „Dauntless”! Wypłynął „Dauntless”!

– No coś ty! – prychnęła Molly. – „Dauntless” ma tylko jedno działo, dziobowe. To „Daring”, widzisz działo na rufie? Dwanaście funtów, niedawno zamontowane!

– Bo ty zawsze musisz wszystko wiedzieć najlepiej – zasapał urażony rudzielec z odstającymi uszami. On i Molly siedzieli na gzymsie starej latarni morskiej, wznoszącej się wysoko nad portem. Latarnia od dawna nie działała, zbudowano nową, wysuniętą daleko w morze.

– Nie śpij, Sammy, to też będziesz wiedział. „Daunt­less”, „Daring” i „Defensive” to statki siostrzane. Dopiero co przypłynęły z północy, z kanonierką „Warrior”.

– Ech, żeby tak chociaż jednym okiem popatrzeć – westchnął Sammy – jak one tam, za górami, walą w brzeg…

Tak… Pasmo Karn Dred było północną granicą Królestwa, za nim ciągnęły się bezkresne lasy – jak daleko, nie wiedział żaden imperialny kartograf. Dawno, dawno temu kraj Molly był wyspą, Briatanią, ale od czasów Kataklizmu, który wydarzył się wiele lat temu, wyspa stała się półwyspem. Zjawiły się drogi, zaczęły wić rzeki, jeziora otworzyły ciekawskie oczy. A tam, za ostrymi szczytami Karn Dredu, pojawili się nieznani wcześniej mieszkańcy o trudnej do wymówienia nazwie Rooskies.

Molly westchnęła, poprawiając na głowie autentyczny kask maszynisty. Dostała go od taty, a on od mechanika, któremu uratował nogę, przebitą okrągłą kulą z przedpotopowego muszkietu Rooskies.

Podmuch wiatru cisnął im w twarz drobinki twardego śniegu zmieszanego z sadzą. Rudy Sam kichnął, Molly zakasłała, zamrugała i szybko opuściła na oczy wielkie okulary ochronne. Okulary też dostała od taty; używają ich pracownicy torowi na dalekich liniach, dochodzących do odległych kamieniołomów i tartaków.

Sammy zerknął na przyjaciółkę z jawną zazdrością. No tak, Molly miała na sobie ciepłą skórzaną kurtkę, na futerku, z mnóstwem zamków błyskawicznych, skórzane spodnie z licznymi kieszeniami i wysokie buty ze sprzączkami. W szkole musiała nosić przepisowy mundurek, ale chodząc po mieście, mogła nosić, co chciała, zwłaszcza teraz, w czasie tej zgniłej zimy.

A Sammy trząsł się w cienkim paletku, na łokciach przetartym do dziur. Buty lada chwila stracą podeszwę, kraciaste spodnie miały łatę na łacie.

Sam mieszkał za torami, za Gearshift Street. Biegła tam estakada, wyglądająca jak zardzewiały szkielet nieznanego zwierzęcia, po której do portu, fabryk i na dworzec jeździł szybki parowóz. Na Gearshift kończyła się „porządna dzielnica” (jak zwykła mawiać mama) i zaczynały się „dzielnice pechowców”, jak nazywał je tata. „Ale – dodawał niezmiennie – leczyć trzeba wszystkich. To obowiązek lekarza, pamiętaj, Molly”.

Państwo Blackwater na pewno nie ucieszyliby się, że ich córka zadaje się z chłopcem „z tamtej strony”. Jednak Molly zdążyła się już nauczyć nie opowiadać o wszystkim nawet rodzicom. Zwłaszcza rodzicom.

– A mojego tatę wysłali dzisiaj – rzucił Sammy, odprowadzając wzrokiem „Dauntlessa”, który tak naprawdę nazywał się „Daring” – będzie kładł nową linię przez wąwóz Kuhir.

– Kuhir?! – zdumiała się Molly. – Ale przecież… ale to przecież po tamtej stronie!

– Aha. – Sammy pociągnął nosem. – A tam są ci… Roo­s­kies.

No tak, pomyślała Molly. A Rooskies bardzo nie lubią, gdy na ich ziemiach rąbie się lasy, zasypuje parowy, buduje mosty przez górskie rzeki albo drąży tunele.…

– Wysłali „Herkulesa”, by ich bronił. – Sammy wynalazł jednak jakieś pocieszenie.

– „Herkulesa”?! To super! – ucieszyła się szczerze Molly. – Szkoda, że nie widziałam…

– Wyjeżdżali w nocy – odparł Sam pobłażliwie. – Wy jeszcze śpicie o tej porze. Tylko my, fabryczni, wstajemy o świcie.

– „Hektora” też wysłali?

– Nie, „Hektor” ciągle w remoncie. – Sammy z ważną miną potarł nos. – Jeszcze go nie naprawili. „Herkules” wyjechał sam.

„Herkules” był największym, najpotężniejszym pociągiem pancernym Nord Jorku. Dwa dwukotłowe parowozy, najsilniejsze, jakie zdołały wyprodukować fabryki Królestwa, sześć bojowych wagonów pancernych, dwa wagony koszarowe, wagon ze sztabem i oddziałem medycznym… Molly bez zająknienia wyliczyłaby liczbę i kaliber wszystkich dział i mitraliez[1], którymi najeżony był pancerny kolos, pomalowany w szare i brudnobiałe pasy.

„Herkulesowi” towarzyszyły zawsze mały pociąg pancerny z dźwigiem i zapasowymi torami na wypadek, gdyby zostały uszkodzone tory. Zwykle w ten sposób ubezpieczał giganta stary, wysłużony „Hektor”. Puszczano go przodem, więc nic dziwnego, że często gęsto obrywał.

Ale skoro „Herkules” ruszył sam, to znaczy, że sprawa była pilna…

W porcie rozległy się sygnały: dwa holowniki ostrożnie podciągnęły do cumowiska wielkiego „Kanoniera” – ciężkiego monitora obrony brzegowej. Wypłynął z zatoki cztery dni temu i, jak mówił tata przy kolacji, nie spodziewano się go wcześniej niż za dwa tygodnie.

Musiało wydarzyć się coś nadzwyczajnego.

– Molly, patrz! – krzyknął Sammy zdławionym głosem.

Słońce skrywały niskie chmury i smog, wiecznie obecny w Nord Jorku, padał śnieg, ale Molly i tak widziała, że monitor zanurzony jest aż po pokład, znacznie głębiej niż normalnie. Zobaczyła ślady spalenizny na szarych bokach nadbudówki i bojowej wieżyczki z gardzielami czternastocalowych dział. Zniszczone poręcze mostka, brak steng i lin, przy kominie zniknęły wygięte wloty powietrza, bez śladu przepadły dwa kutry parowe. Nie było też dwóch dział szybkostrzelnych prawej burty („QF działa Mk II kalibru cztery i pięć ósmych cala, długość lufy czterdzieści kalibrów, ciężar pocisku czterdzieści pięć funtów”, rozległ się głos w głowie Molly) – zostały z nich wygięte, poskręcane pasy metalu, jakby jakiś zwierz darł pazurami korę drzewa.

Co się stało?! Dlaczego? Przecież Rooskies nie mają ciężkich dział! Zresztą, po starciu artyleryjskim monitor wyglądałby inaczej! Nie odrywali wzroku od przepływającego powoli giganta. A to co znowu?!

– To… to zęby? Czy dziób? – Oczy Sammy’ego rozszerzyły się.

Chłopiec miał rację. Nadbudówkę na rufie na skos coś przecięło, jakby wielki topór, na jej dachu widniały dziwne ślady, jakby próbowano abordażować monitor, zarzucając na pokład mnóstwo lin, zakończonych masywnymi, ostrymi hakami.

– Molly, co to jest?

– Pewnie… odłamki – powiedziała niepewnie dziewczynka. – Mogła wybuchnąć mina w aparacie minowym, na przykład, na niszczycielu obok i odłamki poleciały. A gdyby do tego maszt upadł nieszczęśliwie…

– Nie, Molly. – Sammy zaszczękał zębami ze strachu. – To czary, mówię ci, że to czary!

– Cicho! – zgromiła go dziewczynka. – Nawet tak nie mów!

Magia to straszna rzecz. Magia to strach i przekleństwo Nord Jorku, całego Królestwa. Magia przyszła po Kataklizmie, jak, skąd, dlaczego – tego nie wiedział nikt. A jeśli nawet ktoś wiedział, to dzieciom z porządnych rodzin, takich jak Molly, nic się nie mówiło.

Magia nie podlega kontroli, nie da się nią kierować. Nie można jej nanieść na szkic, nie da się jej wyliczyć ani na linijce logarytmicznej, ani nawet na wielkim parowym arytmometrze. Magia przychodzi, władczo bierze poddanego Jej Wysokości królowej za gardło i…

I wtedy kończy się wszystko.

[1]  Wielolufowy system szybkostrzelny, często z blokiem obracających się luf, wykorzystujący naboje kalibru karabinowego; prototyp współczesnych karabinów maszynowych (przyp. aut.).

 

 

About Sophie

Wybredne, czepliwe kocisko z awersją do nieścisłości i głupoty. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie