Uwielbiam książki Marty Kisiel. Każdy, kto choć raz był na moim blogu i czytał pełne zachwytów recenzje, doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Jestem fanką, która od pierwszych stron zakochała się w „Dożywociu” i jego romantyczno-literackich aluzjach, wymieszanych z domowym ciepłem tak bardzo, że istniało prawdopodobieństwo, iż zatraciłam swój obiektywizm. Przyznaję, że nieco bałam się pisać o Pierwszym słowie – najnowszej antologii autorki – właśnie ze względu na brak odpowiedniego dystansu. Bo jakże to tak negatywnie wypowiadać się o swojej ulubionej pisarce. Chciałabym stwierdzić, iż zostałam wybawiona od tego problemu dzięki doskonałości wspomnianej pozycji, ale nic bardziej mylnego. Pierwsze słowo jest zbiorem dobrym i wciągającym, choć daleko mu do bycia tak ekscytującym jak chociażby „Siła niższa”.

We wstępie „ałtorka” (błąd zamierzony) wyjawia czytelnikowi, że nie potrafi pisać opowiadań, ale skoro w szufladzie nazbierało się ich tyle, to można coś z tym zrobić. Oczywiście w tym miejscu wypadałoby się wdać w mniejszą lub większą polemikę z tym twierdzeniem, ja zaś chciałabym je nieco przekształcić i zaznaczyć, że jeśli autorka czegoś nie potrafi, to jest to pisanie zakończeń, a i to nie zawsze.

Najlepszym tego przykładem jest tekst „Miasto motyli i mgły”. To niesamowicie ciężka i mroczna w odbiorze historia, ale niezwykle wciągająca. W trakcie czytania niemal czuje się istnienie niewypowiedzianego zagrożenia, unoszącego się gdzieś tam w pobliżu, choć bardzo ulotnego, niemal eterycznego. Na sam koniec już prawie zostaje ono ujawnione, już znajdujemy wyjaśnienie, ale ostatecznie finał jeszcze bardziej gmatwa fabułę i to mnie irytuje. Nie zrozumcie mnie źle, ja lubię niedopowiedzenia w tekstach, ponieważ pozwalają nieco wyostrzyć pomyślunek, ale co za dużo, to niezdrowo. Tu pozostajemy w koszmarnym zawieszaniu dotyczącym istoty opisanych zjawisk i celowości jednej z ostatnich scen.

Podobnie, choć nieco lepiej, ma się sytuacja w przypadku opowiadania „Jadeit”. Fabuła opiera się na cudnej, kryminalnej zagadce owianej mgłą wiktoriańskiej Anglii. Klimat w sam raz dla mnie. Całość czytałam z niemałymi wypiekami na twarzy, na własną rękę próbując rozwiązać tajemnicę zabójstwa, i oczywiście doszłam do tego kto, ale historia nagle się skończyła. I to w momencie kiedy, moim zdaniem, dopiero zaczynała się rozkręcać. Czytelnik może się domyśleć, kto zabił, ale finały pozostałych wątków są zbyt niepewne, by nad nim gdybać, tym bardziej, że każda z odpowiedzi generuje nowe pytania. Na ten przykład detektyw może posłuchać sugestii i zakończyć śledztwo, ale wówczas, kto przejmie się losem jego młodszego partnera? Czy taką sprawę można zamieść pod dywan? Czy da się w ogóle ująć sprawcę, a jeśli tak to jak? Dla mnie „Jadeit” stanowi jedynie wstęp do właściwej historii, aperitif mający zaostrzyć apetyt.

Z kolei inne trzy teksty rozbroiły mnie zaskakująco smutnym i niepokojącym wydźwiękiem. Mowa tu między innymi o „Katábasis”, wzorującym się na micie o Korze i Demeter, gdzie zatarta została granica pomiędzy opowieścią a chorobą. Mimo całej tragedii matki, pierwowzór ma dość pozytywne (jak na starożytną Grecję) zakończenie, jednak to, stworzone przez Martę Kisiel, każe nam jeszcze raz zastanowić się nad samą historią, a wnioski, jakie się wysuwa, są dużo bardziej przygnębiające niż można się tego spodziewać. Natomiast „Cały świat Dawida” skupia się głównie na żałości i beznadziejności dnia codziennego oraz na próbach odmiany losu. Jednak najbardziej nieprzyjemne wrażenie zostawia fakt dotyczący tego, jak wiele moglibyśmy poświęcić, by wyrwać się z marazmu. Aczkolwiek najbardziej krypnym tekstem jest tytułowe Pierwsze słowo, bo to, do czego doprowadza pozornie tylko przemyślane życzenie, jest jakąś wymyślną i okrutną torturą. Zorientowanie się, do jakiego finału zmierza fabuła, przeraża bardziej niż niejeden horror, szczególnie, iż rzecz dotyczy matki i jej dziecka. Opowiadań tych w żadnym miejscu nie mogę nazwać kiepskimi, marnymi czy źle napisanymi. Zaskakują, trzymają w napięciu, wciągają czytelnika, tylko wywołują ten dreszcz niepokoju podszyty grozą, za którym ja akurat nie przepadam. Co nie znaczy, że nie zasługują na uznanie.

Jednak tym, za co najbardziej lubię twórczość Marty Kisiel, jest jej poczucie humoru. Dlatego też tak cudnie czytało mi się „W zamku tej nocy”, gdzie autorka ze swadą rozprawia się z „Kordianem” Słowackiego i jemu podobnymi romantykami. Moment, kiedy dwóch spiskowców kłóci się, czy Polska jest Winkelriedem czy Wallernrodem narodów, a do głosu dochodzi trzeci, nieco wstawiony zamachowiec, jest po prostu cudny. Podobnie jak cała scena w lochu, ale to już musicie przeczytać sami. Nie mniejszy zachwyt odczuwałam zagłębiając się w „Nawiedziny”. Sam pomysł zamtuza nawiedzanego przez upierdliwego ducha cnotki jest tak zacnie niedorzeczny, że musiał wygenerować całą masę przezabawnych sytuacji. W trakcie lektury tego tekstu śmiałam się do rozpuku zupełnie jak przy pierwszym czytaniu „Dożywocia”.

Tym samym dotarliśmy do mojego ulubionego tekstu z tej antologii. „Szaławiła”, za którą Marta Kisiel w tym roku odebrała nagrodę im. Janusza Zajdla, znów zabiera nas do Lichotki, ale tym razem, by przedstawić nam nowych jej nowych lokatorów. Czytanie tej historii było dla mnie jak wizyta starego przyjaciela. Nie widzieliśmy się tyle, ale rozmowa wciąż się kleiła, a on zachwycał barwnymi opowieściami. Bohaterowie „Szaławiły” są cudni, mięsiści i nietuzinkowi jak to przystało na mieszkańców Lichotki. Ich przygody opierają się na barwnie opisanym życiu codziennym i zwyczajnych-niezwyczajnych problemach własnych, jakie posiada każdy z nas. Nadprzyrodzone elementy dodają historii tylko cudownego posmaku niesamowitości sprawiając, że jeszcze bardziej oczarowuje czytelnika.

Pierwsze słowo jest antologią przebogatą, różnorodną i pod wieloma względami zaskakująco ponurą, choć przedsmak pewnej mroczności autorki mogliśmy już odczuwać w powieści „Toń”. Ponieważ nie spodziewałam się tylu zwyczajnie smutnych i przejmujących tekstów, nie nastawiłam na odbiór takowych, co wywołało we mnie masę mieszanych uczuć. Bo z jednej strony widzę, że opowiadania są naprawdę dobre i wciągająco napisane i po prostu ciekawe, ale z drugiej to tak strasznie mało jest tych pozytywnie radosnych historii, pełnych dowcipu i ciepła, za które tak uwielbiam twórczość Marty Kisiel. Niemniej Pierwsze słowo jest antologią interesującą, choć nie wolną od mankamentów. Może trochę mija się z moim gustem, ale nie poczytuję jej tego za wadę, wszak różnorodność jest cechą jak najbardziej wskazaną. Aczkolwiek po lekturze tego konkretnego tytułu czuję pewien niedosyt, który pewnie trzeba będzie zaspokoić „Małym Lichem”.