Na początku grudnia Marcin Zwierzchowski opublikował na swojej stronie felieton pełen rad dla początkujących pisarzy. Jedną z nich jest dwudziestoprocentowe skrócenie tekstu w celu zwiększenia jego treściwości. Innymi słowy lejącym wodę debiutantom mówimy stanowcze nie. Rada świetna, gdyż trzymanie się limitu znaków pozwala skupiać się na rzeczach najważniejszych. Jednakże sama z chęcią rozszerzyłabym zbiór pisarzy podległych tej poradzie, ponieważ nadmierne rozpisywanie się nie jest wadą wyłącznie początkujących autorów. Czasami mam wrażenie, że i doświadczeni pisarze zapominają o podstawach i dają się ponieść twórczemu melanżowi. Wówczas gargantuiczna liczba stron powieści należy do jej najmniejszych problemów. I obawiam się, że właśnie coś takiego przydarzyło się trzeciej części Bram Światłości Mai Lidii Kossakowskiej.

Kiedy przyszła do mnie trzecia część, grubością niemal dorównującą dwóm poprzednim, zwyczajnie się wystraszyłam. Tam nie zostało tyle fabuły, żeby ją tak rozdmuchać. Wyprawa miała się już ku końcowi, Asmodeusz niemal doganiał Lucka, a piekielna esbecja brała na cel Raziela. Jakby nie patrzyć finał powinien gonić finał, trzymając czytelnika w satysfakcjonującym napięciu. Zamiast tego fabuła ciągnie się jak guma przyklejona do trampka, miejscami mniej emocjonująca niż prognoza pogody na nadchodzące święta. Na domiar złego wyprawa Seredy dociera do miejsc odpowiadających wierzeniom z początków czasu, więc nawiązań do mitów jest tam naprawdę niewiele. Niestety tym samym książka straciła, jak dla mnie, na atrakcyjności w stosunku do swoich poprzedniczek. Odnajdywanie znajomych religii, uzupełnianie wiedzy o nich i zapoznawanie się z mitologią najbarwniejszych rejonów świata było elementem, który naprawdę lubiłam w tych książkach.

Akcja tak naprawdę zaczyna się gdzieś w okolicy czterechsetnej strony, ponieważ działania Nergala – szefa Kongregacji Kary, Kaźni i Wiecznej Miłości – zmuszają Raziela do podjęcia ryzykownych kroków. Czyli musiałam przebrnąć przez 2/3 tomu (nie licząc dwóch poprzednich), żeby piekielna intryga się zagęściła, a fragmentu z Pałacu Pandemonium zaczęły mnie interesować. Aczkolwiek brakowało mi w nich czasowego odniesienia do wyprawy Seredy, więc zwyczajnie założyłam, że wydarzenia miały miejsce w takiej kolejności, jak zostały opisane. Jednak to spowodowało, iż w trakcie czytania miałam wrażenie, że anioły muszą jeszcze wrócić do Hajot Hakados i to prawdopodobnie tą samą drogą (która, dla przypomnienia, zajmuje im już ponad dwa tomy). No, ale dobrze. Docieramy do tego miejsca. Akcja w Pałacu Pandemoniom się zagęszcza. Wszędzie może zapanować totalny chaos. Ale czy byłam tym zaskoczona? Zdziwiona? Zszokowana? Nie, ponieważ niemal przy każdej możliwej scenie z Razjelem czy z Aspaniaszem autorka podkreśla, że wkrótce coś spektakularnie pójdzie nie tak. I to po dwa, trzy razy w rozdziale. Bo naprawdę ciężko się domyśleć, iż jeśli nadepnęło się na odcisk takiemu złodupcowi jak Nergal, zastępowanie Lucyfera na tronie piekła będzie spacerkiem przez łąkę.

Ale co działo się przez wspomniane przeze mnie 2/3 powieści, skoro fabuła posuwała się tak diablo leniwie? Z pewnością nie działo się na tyle, żeby zapełnić czterysta stron powieści, ale za to autorka zapewniła nam całą masę depresyjnych przemyśleń Daimona. Bo to taki straszny anioł jest. Niszczyciel Światów. Abbadon. Dzierżyciel Gwiazdy Zagłady. Tańczący na Zgliszczach. Główny bohater zawsze gotowy postawić na szali swoje życie… Niestety robi to tak często, że staje się to strasznie nudne. Niemal co rozdział Daimon żegna się z życiem w długi i przejmujący sposób, ale za którymś razem ma się tego serdecznie dość. Napięcia nie ma w tym za grosz, bo czy ktokolwiek z nas wierzy, że anioł stawiający czoła Antykreatorowi da się wykończyć przed wielkim finałem? Tak, to byłby jakiś zwrot akcji, choć pewnie byłby poprzedzony kilkustronicowym monologiem o umęczonym życiu Abbadona. Sytuację pogarsza fakt, że Frey i Sereda, nominalni przywódcy wyprawy i wysocy rangą Świetliści, mający służyć za ostoję rozsądku, siły i wsparcia dla jej uczestników, zaczynają się do siebie odnosić jak urażone nastolatki ze złamanymi sercami i przerostem ego. Foch goni focha, a jedyną odpowiedzią na logiczne argumenty jest „Bo ja tak mówię”.

Doszłam do momentu, w którym miałam serdecznie dość Seredy, Daimona, Lucka, Sigila, a już najbardziej tego idioty Aspaniasza. Ja wiem, że bez tego durnego karierowicza cała misja w piekle nie mogła się tak epicko pokomplikować, ale bardziej łopatologicznie nie dało się wskazać czytelnikowi najsłabszego ogniwa. Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak bardzo zaczęło mi brakować Piołuna. Mam wrażenie, że całą swą sympatię przeniosłam na Nefera – chowańca Asmodeusza – posługującego się żelazną, kocią logiką i tak po kociemu uroczego. Naprawdę wkurzałam się, kiedy Razjel nie chciał posłuchać jego dobrych rad, bo co też taki starożytny duch kota może wiedzieć. Może więc wszyscy zasłużyli na to, co się stało.

Tak po prawdzie, pisząc tę recenzję, czuję się jak wiecznie niezadowolony Grich, ale nie mogę z ręką na sercu powiedzieć, że to dobra książka. Jest męcząca, za długa i mam wrażenie, że nie do końca przemyślana. A co do satysfakcjonującego finału… Zwyczajnie do niego nie dotarłam. Nie dałam rady. Któregoś dnia zamknęłam Bramy Światłości i nie byłam w stanie do nich wrócić, mimo że tak naprawdę przebrnęłam już przez najgorsze. Teraz powinno być coraz lepiej, ale nie potrafię się przemóc. Może wrócę do niej za dwa, trzy miesiące, kiedy oczyszczę sobie umysł innymi fabułami i wówczas należycie ją docenię, ale póki co jestem nią porządnie zmęczona. Tak bardzo zmęczona…