Połączenie thrillera z horrorem, w którym występują anioły, demony, opętania, egzorcyzmy oraz wszędobylski czarny humor z dodatkiem akcji o zawrotnym tempie – to brzmi jak przepis na sukces. Jeszcze lepiej to wypada, gdy całość zostaje opatrzona lakoniczną polecajką Grahama Mastertona – „Oniemiałem…”. Tylko jedno słowo, a tak przyczyniło się do wzrostu apetytu na przeczytanie wydanej przez Dom Wydawniczy Rebis najnowszej powieści F.G. Haghenbecka pod tytułem „Diablero”.

Pomysł autora jest prosty, chwytliwy i diabolicznie ludzki, bo jak inaczej można określić alternatywną rzeczywistość, w której z obecności istot nadprzyrodzonych stworzono prężnie rozwijający się biznes. Nie chodzi mi tutaj o pokątny handel duszami w zamian za otrzymanie ogromnych majątków, sławy bądź nieśmiertelności. Przede wszystkim to doskonała okazja do polowania na demony, ale nie by ratować biedaków spod wpływu złych mocy, tylko w celu ich łapania i sprzedawania ludziom, którzy organizują walki na śmierć i życie z udziałem tych istot w charakterze gladiatorów.

Elvis Infante swoją karierę w zawodzie diablero (łowcy) rozpoczął dosyć przypadkowo – od werbunku przez amerykańskiego oficera podczas odsiadki w więzieniu. Dla bohatera ta profesja to nie tylko klucz do wolności czy droga na skróty ku ogromnemu bogactwu oraz szczęśliwemu i długiemu życiu. Oj nie, tak łatwo nie jest, ponieważ do cech charakterystycznych tego zawodu należy wysoka śmiertelność. Dla Elvisa te wszystkie minusy jego fachu ani wysokość zarobków nie mają znaczenia, gdyż para się tą robotą z innych pobudek – on tak naprawdę szuka zemsty na demonie, który zabił mu brata.

„Diablero” to dosyć dziwny tytuł. Pierwsza połowa książki robi solidne wrażenie i wygląda tak, jak powinna prezentować się porządna historia o egzorcyzmach, czyli jest mrocznie, tajemniczo i nie brakuje również momentów emanacji złych sił. Później w tej części z pozytywnymi odczuciami bywa różnie. A wszystko z powodu niejednolitej konstrukcji tekstu, gdyż przypomina ona zlepek pojedynczych epizodów z życia Elvisa, które pomimo licznych przeskoków w czasie na przestrzeni wielu lat, tworzą jakiś logiczny ciąg zdarzeń, choć mocno dziurawy. Znacznie lepsze wrażenie zrobiła na mnie druga połowa „Diablero”, ponieważ autor zamiast podrzucać Czytelnikowi drobne fragmenty do samodzielnego poukładania w spójną całość, prezentuje jednolitą, dużą historię z początkiem, rozwinięciem i zakończeniem, czyli tak, jak to powinno wyglądać.

Lubię Elvisa, ponieważ trudno go jednoznacznie określić jako dobrego bądź złego bohatera. Z jednej strony to typowy, chętny do bijatyki macho i cham, którego życie oraz praca nie rozpieszczają. Pomimo tych negatywnych cech Infante umie być uprzejmy, pomocny, a nawet opiekuńczy wobec innych. Dlatego uważam go za całkiem miłego faceta z lekko skrzywioną moralnością. W ogóle autor, opisując postacie, ma tendencję do przerysowywania pewnych ich cech. Tak jakby chciał Czytelnikowi pokazać, którego bohatera należy darzyć sympatią, a kto jest tym złym.

Od pierwszej strony książka Haghenbecka dostarczała mi językowego zgrzytu. Niby tekst jest napisany fajnie, prosto, chwytliwe i z pomysłem, ale nadmiar angielskich i hiszpańskich zwrotów przeszkadza. Zwłaszcza te drugie mogą być problematyczne, gdyż brakuje adnotacji z tłumaczeniem, przez co drobną część tekstu można śmiało uznać za kompletnie niezrozumiałą. Taka mieszanka różnych języków sprawia, że trudno złapać rytm czytania. Stałym elementem opisów oraz dialogów w „Diablero” są wulgaryzmy, a raczej ich zatrzęsienie. Początkowo wszędobylskie bluzganie bohatera nie przeszkadza, a nawet dodaje charakteru i mocniejszego wydźwięku tekstowi. Później jednak wywołuje jedynie znużenie, ponieważ w każdej, nawet najkrótszej wypowiedzi Elvisa występują przekleństwa.

Przy lekturze recenzowanej powieści często towarzyszyło mi wrażenie, że ten tytuł przypomina układankę z niedopasowanymi idealnie do siebie elementami. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale ciągle czuć braki i niespójność, zwłaszcza w prezentowaniu części wydarzeń bez zachowania chronologii. Jeszcze bardziej mnie dziwi zmienianie sposobu narracji. Naprawdę, kilka rozdziałów ma kompletnie odmienny styl opowiadania historii, który jest tak niepodobny do reszty, jakby te fragmenty napisał ktoś inny (a tak nie jest), i pozostaje pytanie – z czego wynika ta zmiana. Dla mnie to niewątpliwy minus przeszkadzający w lekturze.

Miałem ogromne oczekiwania względem „Diablero” i naprawdę spodziewałem się historii, za którą będę mógł wychwalać autora pod niebiosa. Niestety trochę przeliczyłem się z entuzjazmem, ponieważ najlepiej w tej książce wypada sam pomysł. Naprawdę warto bliżej poznać ten koncept Haghenbecka. Jednakże czasem genialna idea to za mało, by otrzymać rewelacyjną historię, i tak jest w tym wypadku. Nie ma książek idealnych i w każdym tytule można znaleźć mniejsze lub większe wady, dlatego istotniejszą kwestią jest przyjemność czytania, a ja miło wspominam lekturę „Diablero”.

  • Autor: F.G. Haghenbeck
  • Tytuł: Diablero
  • Tytuł oryginału: El diablo me obligó
  • Tłumaczenie: Tomasz Pindel
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Wydanie: I
  • ISBN:
    • druk: 978-83-8062-346-0
    • ebook: 978-83-8062-987-5
    • audiobook: 978-83-8062-988-2
  • Format: 135 x 215 mm
  • Oprawa: broszurowa klejona
  • Ilość stron: 208
  • Data wydania:
    • papier: 11 grudnia2018
    • ebook: 12 grudnia 2018
    • audiobook: 12 grudnia 2018