Od bardzo dawna jestem miłośniczką steampunku. Wiek pary w połączeniu z subtelną magią stanowi, jak dla mnie, doskonałe podłoże do tworzenia najróżniejszych powieści przygodowych. O ileż ciekawsze jest spojrzenie na świat z perspektywy „co by było gdyby?” i oparcie fabuły książki na tym eksperymencie myślowym. Dlatego też, gdy przeczytałam, iż najnowsza powieść Nika Pierumowa Magia i stal ma łączyć w sobie elementy steampunku i wszechobecnej magii, niemal się na nią rzuciłam. Niemal, ponieważ pewien podskórny niepokój dość dobrze chłodził wszelkie zapędy. A co jeśli książka okaże się kiepska? No cóż. Trzeba się było o tym przekonać na własnej skórze.

Świat przedstawiony w książce Nika Pierumowa to nasza bliżej nieokreślona przyszłość. Tajemniczy Kataklizm zmienił oblicze planety, nie tylko przestawiając kontynenty czy pozbawiając ludzi elektroniki, ale i budząc niezwykłe siły, zaskakujące potwory i niszczycielską moc, czyli „największe zagrożenia” dla ostoi cywilizacji. Główna bohaterka – Molly Blackwater – jest mieszkanką Królestwa, mocarstwa, w którym dominuje nauka, technika i stal. Jak każde społeczeństwo opierające swój rozwój na wydobyciu cennych surowców, ekspansywnie poszukuje nowych złóż i nowych terenów pod fabryki. Bo postęp wiąże się nie tylko z bieżącą wodą, ale i dymem, smogiem oraz lękiem przed nieznanym (tu reprezentowanym przez magię), czyli zupełnie inaczej niż u dzikich Rooskies (nie, wcale nie domyślamy się, o kogo chodzi). Ci „barbarzyńcy” żyją w zgodzie z naturą i z mocą, która jest równie powszechna jak u nas rudy kolor włosów. Ich wioski sprawiałyby wrażenie niemal bajkowych, gdyby nie widmo okrutnej wojny, jaką niosą ze sobą najeźdźcy z Królestwa.

Przede wszystkim należy zaznaczyć, że Magia i stal jest tytułem przeznaczonym dla młodszego czytelnika. Prostota języka, barwność opisów i wyraźny podział na antagonistów i protagonistów mają przyciągnąć spragnione przygód umysły. A trzeba przyznać, że akcja toczy się naprawdę szybko, bez zbędnych dywagacji, jakby bohaterami kierowała zasada „Nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem”. Są rzeczy, które po prostu muszą zostać zrobione, niezależnie od tego w jak dużym dołku znajduje się postać. I to naprawdę mi się podoba. Kiedy Molly musi uciekać, to po prostu działa. Rzadko zdarza się, że to inni kierują jej losem. Co prawda porwanie przez zmiennokształtnego niedźwiedzia tak średnio wpisuje się w tę niezależność, ale było konsekwencją użycia przez dziewczynkę dość potężnej magii. Co nie zmienia faktu, że to jej decyzje zaważają na rozwoju fabuły. Molly nie jest bezwolną kukiełką podążającą za wydarzeniami i wykorzystywaną przez przeciwstawne sobie frakcje. Pod koniec lektury towarzyszyło mi nieustanne wrażenie, że wyrośnie ona na trzecią siłę, która stanie pomiędzy Rooskies i Królestwem.

Jak też łatwo się domyśleć, główna bohaterka dysponuje szczególnie wysokim potencjałem magicznym. I to samo w sobie jest już klasyką klasyki i żelazną zasadą książek dla młodzieży. Podobnie tryb szkolenia Molly przypomina mi lekcje karate u mistrza Myagi połączone z próbami opanowania żywiołów przez Avatara Aanga, okraszone towarzystwem wymagającego i surowego, acz w głębi duszy dobrodusznego mentora. Doświadczonego czytelnika w zasadzie nic nie jest w stanie zdziwić, może poza faktem, że panna Blackwater nie potrzebuje siedmiu tomów sagi, by dorosnąć. Autor nie zapomniał uwzględnić faktu, że dziecko rzucone w zawieruchę wojenną musi błyskawicznie uruchomić wszystkie pokłady dojrzałości, sprytu i pomyślunku aby przetrwać. Ponadto Molly ma też własne przemyślenia o walce i moralności, co czyni z niej bardzo przyjemną w odbiorze bohaterkę.

Magia i stal jest pełna mniej lub bardziej subtelnych nawiązań do świata i popkultury. Oczywiście te delikatniejsze i przemyślane, jak chociażby trzy siostry wiedźmy, momentalnie kojarzące się z czarownicami z „Makbeta”, są dla wyrobionego czytelnika jednoznaczne i łatwe do wykrycia. Z kolei te mniej finezyjne, jak chociażby postać jednonogiego kucharza o imieniu John, przypominają walnięcie obuchem w łeb z komiksowym dymkiem „Zauważ mnie!”. Ta ostentacja momentami naprawdę irytuje, ale wówczas trzeba sobie przypomnieć, że docelową wiekową są dzieci w przedziale 10-14 lat, które prędzej czytały „Wyspę skarbów” niż dramaty Shakespeare’a. Choć śmiem twierdzić, że współczesne nastolatki prędzej zrozumieją „dowcip” z Kate Middleton niż z Silverem, co nie zmienia faktu, iż autor starał się, by jego książka była atrakcyjna dla różnych czytelników, a to zawsze się chwali.

Choć fabuła Magii i stali jest prosta i momentami diablo oczywista, nadrabia tempem, przyjemnym, lekkim językiem i naprawdę fajną, główną bohaterką. Bez wątpienia będzie stanowić wartościową pozycję w biblioteczkach wszystkich młodych miłośników literatury i oni będą mieli z tej lektury największą frajdę. Niemniej jednak ja również dobrze bawiłam się podczas czytania. Lekki i niewymagający, acz na swój sposób mądry przerywnik jest doskonałą odskocznią od poważniejszych i bardziej mrocznych tekstów, a tym jest dla mnie Magia i stal Nika Pierumowa, i całkiem nieźle z tym wypada.