„Marzyciel” Laini Taylor mnie zaskoczył – okazał się książką bajeczną, w różnych znaczeniach tego słowa. Powieść posiada nieprzeciętny klimat – przywodzący na myśl senne marzenie, trochę niedookreślony, nieco magiczny. Od razu wiedziałam, że sięgnę po kontynuację. „Muza koszmarów”, podobnie jak poprzedni tom, powitała mnie śliczną oprawą – wydana jest bowiem z dbałością o szczegóły, poczynając od elementów okładki, kończąc na zdobieniach przy kolejnych rozdziałach. Nie powiem, jestem trochę okładkową sroką, więc automatycznie moje oczekiwania co do zakończenia dylogii „Strange the Dreamer” wzrosły.

„Muza koszmarów” przenosi nas dokładnie do tego samego momentu, w którym opuściliśmy „Marzyciela”. Lazlo nadal jest w szoku po odkryciu, co się w nim czai, powoli bada swoje nowe zdolności, sondując ich granice, a także poznając mieszkańców mesarthimowej cytadeli. Sarai z kolei przyzwyczaja się do swojego zmienionego stanu skupienia oraz faktu, że nie jest już całkowicie niezależnym bytem i podlega kaprysom kipiącej nienawiścią do ludzi Minyi. Mieszkańcy Szlochu natomiast starają się dojść do siebie po tym, jak z nieba spadła niebieskoskóra dziewczyna, oczekując w niepokoju na reakcję mieszkających nad ich głowami istot.

Obok bohaterów znanych już z „Marzyciela” pojawiają się nowe postacie – przede wszystkim wybijają się tu siostry Kora i Nova. Ich historia oderwana jest od znanych nam wydarzeń – przybliża zupełnie inne miejsce i inne czasy, jednocześnie odkrywając tajemnice świata stworzonego przez Laini Taylor. Uzupełnia nam obraz tego uniwersum, wprowadzając nowe informacje, pozwalając dostrzec odmienną perspektywę i spojrzeć na przedstawione wydarzenia w kontekście większej całości. I podobnie jak wcześniej bohaterowie są interesujący, posiadają swoje indywidualne cechy i uczucia, dzięki czemu opowieść staje się żywa i wciąga czytelnika.

Z całą pewnością najważniejszą cechą tej książki i kwestią, która najbardziej zapadła mi w pamięć po lekturze, jest klimat powieści. „Muza koszmarów” kontynuuje atmosferę zapoczątkowaną w pierwszym tomie – jest baśniowo, ulotnie, tajemniczo i niejednokrotnie zaskakująco, a to wszystko dlatego, że pisarka nie trzyma się sztywno ustalonych zasad. Osobiście mnie takie podejście w większości przypadków irytuje i nie przepadam za tym, by autorzy porzucali ustanowione reguły, gdyż mam wrażenie, że idą wtedy na łatwiznę, nie pozwalając fabule płynąć i logicznie się rozbudowywać. Tutaj jednak… autorka pokazała, że potrafi dobrze ograć taki zabieg – głównie, moim zdaniem, dzieje się tak za sprawą „sennej” konwencji. Powieść w pewien sposób wymyka się wielu schematom, przez co więcej uchodzi jej na sucho, a nawet przemienia to w zalety. Dylogia „Strange the Dreamer” jest nietypowa i to ostatecznie daje jej przewagę.

Oczywiście nie samym klimatem czytelnik żyje. „Muza koszmarów” może pochwalić się również interesującą, wciągającą i zaskakującą fabułą. Autorka ponadto przeplata w tle element niepokoju i wyczekiwania. Bohaterowie odczuwają trwogę i radość, strach i nadzieję. W ich życiu zmieniło się w krótkim okresie bardzo wiele, co pisarka wykorzystuje, by podsycać w nich niepewność, a tym samym zachęcić czytelników do wypatrywania ciągu dalszego. Laini Taylor w ciekawy sposób wykorzystuje również narrację, przeskakując niekiedy w czasie z prezentowaniem wydarzeń – a to wyprzedza, a to cofa się nieco – prowadząc fabułę lekko i zwinnie, a z drugiej dorzucając niekiedy mocniejsze akcenty.

Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Gavran (@gavran.pl)

Napotkałam również pewne szczegóły, które zaskakująco pozytywnie wpłynęły u mnie na odbiór powieści. W „Muzie koszmarów” moją uwagę zwróciło szczególnie zaprojektowanie rozdziałów. Są one stosunkowo krótkie, dzięki czemu książkę czyta się błyskawicznie, a jednocześnie odbiera całość jako bardziej dynamiczną i płynną. Ponadto dochodzi do tego kwestia tytułów kolejnych fragmentów – są one różnorodne, w większości niesztampowe, tajemnicze i zaskakujące. W moim przypadku przyczyniło się do tego, że mój wzrok automatycznie uciekał do początku strony, by sprawdzić, na co trafię tym razem. Jest to o tyle dla mnie nietypowe, że generalnie nie należę do osób przywiązujących wagę do nazw rozdziałów i czasem w ogóle ich nie czytam, nierzadko w obawie przed spoilerami. Tutaj jednak mimo tego, że słowa pochodzą z następnych stron (jako że stanowią wyrwane z kontekstu fragmenty zdań znajdujących się w danych scenach), to stają się czytelne dopiero po fakcie. Okazuje się, że taki mały, acz ciekawy szczegół, a jednak naprawdę sporo daje. 😊

Seria „Strange the Dreamer” jest bajeczna pod różnymi względami – klimatu, kreacji postaci, jak i przedstawionej opowieści. Sama historia wydaje się już nietypowa – w końcu występują w niej niebieskie dzieci – a jest to dodatkowo potęgowane przez zabiegi narratora, powodujące, że powieść sprawia wrażenie sennej mary. Książka jest też po prostu interesująca i wciągająca, także dzięki odrobinie szybkiej i zaskakującej akcji, czasem zupełnie nieprzewidywalnej. Trochę żałuję, że to już koniec i mam nadzieję, że niebawem pojawi się na rynku coś, co w podobny sposób zwróci moją uwagę. Na zakończenie nie pozostaje mi nic innego, jak po prostu polecić Wam sięgnięcie po tę dylogię Laini Taylor. 

Fragment książki można przeczytać tutaj.

Autor: Laini Taylor
Tytuł oryginału: The Muse of Nightmares (Strange the Dreamer 2)
Tłumaczenie: Bartosz Czartoryski
Data wydania: 27 luty 2019
Cena okładkowa: 36,99 zł
Format: 135 x 210 mm
Liczba stron: 512 tekst
ISBN: 978-83-8129-395-2

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie