Po ponownej lekturze Rzeźni numer pięć nadszedł czas na Kocią kołyskę, czyli kolejną powieść Kurta Vonneguta, którą wznowiło wydawnictwo Zysk i S-ka. Nowe wydanie zdaje się być konkretną przygodą w porównaniu do Rzeźni… – całość liczy trzysta pięćdziesiąt stron podzielonych na ponad sto dwadzieścia rozdziałów. To wrażenie jest dosyć mylące, ponieważ w środku czeka na czytelnika duży font oraz tak – aż sto dwadzieścia siedem rozdziałów – ale niemal każdy podzielony na stronę czy dwie.

Wszystko to sprawia, że powieść czyta się w rekordowym tempie. Ja skończyłam Kocią kołyskę już drugiego dnia. I zaczęłam fragmentami przekartkowywać ją od nowa. Niełatwo bowiem już za pierwszym razem wyłapać wszystkie smaczki, a jestem prawie pewna, że i za drugim razem niekoniecznie mi to wyszło. Nie przeszkodzi mi to jednak w podzieleniu się z Wami moim zachwytem nad Kocią kołyską. Powieść ta spodobała mi się chyba jeszcze bardziej niż poprzednia. Niezmiernie zachwyca mnie sposób, w jaki autor operuje słowem – używa satyry, ironii oraz sarkazmu niczym oręża. Tworzy przed oczami czytelnika najznakomitsze, wręcz niemożliwe połączenia; od początku do końca trzyma w niepewności, jak cała ta surrealistyczna podróż się zakończy oraz jaka będzie jej puenta.

Główny bohater książki wyznacza sobie za cel napisanie powieści na temat życia doktora Feliksa Hoenikera, który odpowiedzialny jest za stworzenie pierwszej bomby atomowej. Podczas zbierania faktów na temat naukowca, narrator wchodzi jednak w kontakt z jego współpracownikami, znajomymi oraz trójką ekscentrycznych dzieci; poznaje sekrety ich całej rodziny oraz wiele anegdot z życia Hoenikera, które malują go w całkiem innym świetle. Bohater podróżuje również na wyspę San Lorenzo, gdzie poznaje nową, zakazaną tam religię, jaką jest bokononizm. To wyimaginowane wyznanie poznajemy już na pierwszych stronach Kociej kołyski, kiedy to narrator uprzedza nas, że wyznawcy Bokonona powinni kierować się nieszkodliwym łgarstwem, ponieważ pomaga to odróżnić prawdę od kłamstwa, dlatego też: nic, co jest zawarte w książce, nie jest prawdą.

Kurt Vonnegut tworzy świat niebezpiecznie podobny do naszego; alternatywną rzeczywistość sprawnie komentującą tę naszą burą i czasem aż bolesną. Jak mówiłam wcześniej, główny bohater zaczyna swoją przygodę od planów napisania powieści o naukowcu, który stworzył broń masowego rażenia, ale z każdą stroną coraz bardziej widoczny jest fakt, że Kocia kołyska będzie czymś więcej. Oprócz wątku wyznania Bokonona, niezwykle interesujące były dla mnie historie z życia dzieci Hoenikera. Amerykański pisarz przytacza w swojej książce nie tylko anegdoty z czasów, kiedy mieszkali z ojcem, lecz również dalsze losy i perypetie bohaterów. Jaki wpływ miało na nich bycie dziećmi Felixa? Czy ostatecznie był dobrym człowiekiem? Co zostawił im po sobie w spadku? Okazuje się, że aż za dużo.

Podczas moich pierwszych poszukiwań, kiedy jeszcze nie znałam twórczości Kurta Vonneguta i szukałam informacji na ten temat, przeczytałam gdzieś, że Kocia kołyska to tak naprawdę powieść antropologiczna. Po lekturze tej książki trudno mi się z tym nie zgodzić. Do dzisiaj nie natknęłam się jeszcze na żadną inną historię, która z taką wprawą komentowałaby naturę ludzką i nasze działania. To przewrotna, zaskakująca praktycznie na każdym kroku opowieść, którą koniecznie powinniście poznać.

tytuł: Kocia kołyska
tłumaczenie: Lech Jęczmyk
wydawnictwo: Zysk i S-ka
tytuł oryginału: Cat’s Cradle
data wydania: 28 stycznia 2019
ISBN: 9788381165440
liczba stron: 360
kategoria: literatura piękna
język: polski

 

About Blair

Pełnoetatowa książkoholiczka i filmomaniaczka. Recenzentka - amatorka, szpanująca swoim talentem pisarskim i nie rozumiejąca, dlaczego nikt nie chce podziwiać blasku jej intelektu, który przecież razi wszystkich po oczach. Czasami o skłonnościach masochistycznych, wiecznie niewyspana. Niepoprawna romantyczka, marząca o naprawianiu świata. Ponoć mówią, że nocą staje się Nocnym Cieniem i szuka nowych, szeleszcząco - papierowych ofiar...

View all posts by Blair