Kroniki Belorskie tom 6 – Olga Gromyko – recenzja

Dla wszystkich fanów Wolhy Rednej, a więc dla wszystkich ludzi i nieludzi pozytywnie zakręconych i przejawiających wysoką podatność na sarkastyczne poczucie humoru, lubujących się w ironicznym spoglądaniu na świat, kolejny tom opowieści z Belorii stanie się inspirującym uzupełnieniem serii. Oby tylko niektórych nie natchnął za bardzo, albowiem postacie Olgi Gromyko mają nieokiełznaną potrzebę przygód, przejawiają niezwykle często zachowania opozycyjno-buntownicze wobec władzy, norm, zasad i przyzwoitości (szczególnie tej dulskiej), co skutkuje zazwyczaj mniejszą bądź większą awanturą, a żeby rzec parlamentarnie: ostrą wymianą zdań przesyconych inwektywami, rękoczynami, pulsarami i innymi ciosami magicznymi.

Ostatni tom “Kronik Belorskich” zawiera dziesięć opowiadań, które toczą się w bardzo różnym czasie, a nawet przestrzeni. Początek stanowi króciutka, acz barwna, historia o zaletach astrologii i wadach bezmyślnej wiary w przeznaczenie. Aż mi się twarz cieszy na wspomnienie szlachetnego rycerza i jego niezachwianej oraz niezłomnej postawy wobec napotykanych przeciwieństw, a także gotowości do czynów matrymonialnych w okolicznościach z lekka ekstremalnych, aczkolwiek rycerzom zwyczajnych. Swoją drogą, jak już byłam nie całkiem młoda (bo jak byłam całkiem młoda, to wtedy nie), zadziwiało mnie niezmiennie i nadal zadziwia, jak to tak można szast-prast pannę uratować (nieważne od czego), po czym niezwłocznie się z nią ożenić. Ja rozumiem adrenalinę. Wyobrażam sobie, że poziom endorfin po pokonaniu strasznego potwora zalewa gałki oczne i zdrowy rozsądek – w związku z powyższym każda ocalona dziewoja zdaje się być ósmym cudem świata (sam se ją w końcu ówże bohater wybawił, a skoro tyle wysiłku musiał włożyć, znaczy – na bank było warto). Ale do tego weseliska to jakiś czas, niechby i niedługi, musi minąć. I co, żaden nie ochłonął? Pół królestwa jakoś do mnie bardziej przemawia, zwłaszcza jak pomyśleć, że wypadki chodzą po ludziach… Jeśli zatem szukacie romantyzmu – to nie tu.

Potem zaś możecie dowiedzieć się czemu, albo dzięki komu, Wielki Mistrz Magii Ksander nie posiada potomstwa i jak kształtowały się jego kontakty z wampirami z Dogewy. To niezwykle pouczająca opowieść o tolerancji i szacunku międzyrasowym oraz nieokiełznanym żywiole, jakim jest każdy niemowlak, niezależnie od gatunku pochodzenia. W tym wypadku w roli fatum występuje Len. :-D O, i już wiadomo, że przeczytacie.

Co więcej, w jednym z opowiadań, niejako w tle, przewija się również Wolha, która co prawda nie odgrywa żadnej istotnej dla akcji roli, jednak dzięki swej wrodzonej układności (yhy…), nienagannym (khe, khe) manierom oraz niezłomnemu (któż by śmiał zaprzeczyć) przestrzeganiu zasad i etykiety dodaje swoistego kolorytu wydarzeniom. Jest to zresztą jedno z ciekawszych dla mnie opowiadań, może dlatego, że preferuję dłuższe historie Olgi Gromyko – istnieje opcja, że ze zwyczajnej zachłanności. Niemniej, szczerze polecam tę historię. Odkryjecie w niej porządnie zarysowaną fabułę, pełnokrwistych bohaterów (polecam szczególnie zwrócić uwagę na Dara, znajdziecie tu również potomka Szeleny i Weresa), przeżywających niezwykłe przygody, a wszystko to okraszone charakterystycznym poczuciem humoru autorki. Nie to, żeby w innych opowiastkach czegoś brakowało, po prostu objętość nie zawsze pozwala na pełne wykorzystanie potencjału autorki.

Dla fanów “Wiernych wrogów” również jest prezencik – “Wnyki na nekromantę”, czyli opowieść o polowaniu na złoczyńcę przy wykorzystaniu ekstraordynaryjnych metod połowu „na wilkołaka”. Niektórzy, z tego co wiem, są rozczarowani wewnętrzną przemianą Szeleny – ja nie. Uważam, że dziecinadą byłaby dalsza ustawiczna walka z facetem, którego wybrało się na ojca swojego dziecka i partnera życiowego. Tym bardziej, że suma summarum Szel nadal pozostaje sobą, co wybitnie widać w jej relacjach z innymi postaciami i surrealistycznych pomysłach, całkiem nieprzystających wiekowej pomroce.

Spotkacie tu jeszcze Wirrę i Katissę, Ważka, Temara oraz kilka całkiem nowych, acz równie interesujących osobowości. Całość utrzymana jest w znanym z poprzednich książek lekkim, ironicznym tonie. Olga Gromyko, z właściwym sobie urokiem, prowadzi nas przez meandry ludzkich cnót, przywar i głupich pomysłów (te są najciekawsze, sam by człowiek nie wymyślił), a wszystko to w klimacie niekończącej się przygody, okraszonej i grozą, i euforią, a nade wszystko poczuciem humoru. Autorka co i rusz puszcza do czytelnika przysłowiowe oko, obnażając ludzkie słabości.

Szósty tom “Kronik Belorskich” niejako domyka historie głównych bohaterów “Zawodu wiedźma” i “Wiernych wrogów”. Pozwala ze spokojem odłożyć na półkę (oczywiście do następnego czytania) książki, z którymi tak bardzo się zżyliśmy, łagodząc nieco nostalgię i osładzając rozstanie. Ta pozycja wywołuje uśmiech nie tylko na twarzy, ale również w sercu. Pozwala na złapanie dystansu do świata i do siebie. Z pewnością powrócę do niej w ramach dbałości o higienę psychiczną i obrony przed chandrą.