Walka dobra ze złem to jeden z najczęściej wykorzystywanych w literaturze motywów, który ma postraszyć Czytelnika możliwym czarnym scenariuszem losów ludzkich, a jednocześnie, za sprawą szczęśliwego zakończenia, dostarczyć mu nadziei. Przez wieki eksploatacji ten schemat stał się tak oklepany, że aż nudny. A przecież nikt nie chce czytać o wtórnych i mało interesujących rzeczach, dlatego pisarze nieustannie poszukują nowych inspiracji na zaskoczenie odbiorcy. Marcin Podlewski zdecydowanie unika utartych ścieżek i kombinuje na całego, a w swojej najnowszej książce – „Księdze zepsucia” – pisze o złu. Ciekawi Was, jak wypada ta historia dark fantasy?

Gdy poznajemy Malkolma Rudeckiego, zwanego Rudem, ten akurat odsiaduje wyrok za potrójne morderstwo. Niewątpliwie jest to bardzo poważna zbrodnia, ale jednak nie potrafię określić bohatera jako złego, ponieważ doskonale rozumiem motywację, która doprowadziła go do tej ostateczności. Kiedyś wiódł całkiem zwyczajne życie: miał dobrze prosperującą firmę oraz rodzinę, a przynajmniej tak było do momentu, gdy do jego domu wtargnęło kilku zwyrodnialców chcących się zabawić. Poderżnęli gardło ciężarnej żonie Rudeckiego, zgwałcili córkę, a on ich za to ukatrupił. Nie myślał o konsekwencjach, chciał tylko powstrzymać oprawców. Niestety, jeden z degeneratów miał wpływowego ojca, więc Malkolma za obronę rodziny czekało krzesło elektryczne. To jednak nie zakończyło kary Ruda, a dopiero ją rozpoczęło – po śmierci bohater trafia do obcego i jeszcze bardziej niebezpiecznego świata.

Thea jest dziwnym, mrocznym, wręcz emanującym autentycznym brudem średniowiecza światem, w którym zło oraz ciemność wygrały ze słońcem. Nie znajdziecie tutaj przyjaźnie nastawionych ludzi czy miłych, ciepłych i pachnących ziołami domów. Zamiast tego łatwo można tutaj paść ofiarą Pomroku: tajemniczego i złowieszczego bytu zmieniającego żywe istoty w żądne krwi szkaradne bestie. Mieszkańcy tego uniwersum są równie niebezpieczni i dla własnej korzyści nie zawahają się poderżnąć komuś gardła. W tym budzącym grozę oraz trwogę świecie ważną funkcję odgrywają Skrzywieni, gdyż umieją oni wyginać Proste Prawa rządzące Theą. Jednym z takich ludzi jest nasz protagonista.

Polubiłem Malkolma, nawet pomimo tego, że nie uchodzi za wzór prawego człowieka. Drzemie w nim mrok (w dużej mierze to zasługa więziennego piekła, w którym wylądował), ale potrafi swoje demony utrzymać na wodzy. Córka Ruda jest jedynym promyczkiem szczęścia, radości i dobroci, jaki pozostał mu na całym parszywym świecie. Tęskni za nią i dlatego, zamiast próbować ułożyć sobie życie w Thei, chce opuścić tę skażoną złem krainę, pragnąc wrócić na Ziemię do Lidii. Doskonale rozumiem motywację bohatera do podejmowania drastycznych decyzji – w końcu czy jest coś ważniejszego niż stanięcie w obronie bliskiej osoby lub ochrona własnego życia?

Wizja świata wykreowanego przez Podlewskiego jest tak bardzo popierniczona, że wręcz przekracza ludzie pojęcie. „Księga zepsucia” przypomina budzącą grozę bajkę, w której Freddy Krueger czułby się jak w domu. Dla innych, w tym Ruda, Thea to istny dom wariatów z uzbrojonymi po zęby pensjonariuszami latającymi na wolności. Autor stworzył wyjątkowo mroczny miks znanej z książek Lewisa Carrola Krainy Czarów z horrorem „Armia ciemności”. To dziwne połączenie zaskakuje na każdym kroku kolejnymi szalonymi pomysłami, pokracznymi stworami i ogromną kreatywnością plugawych istot w wykorzystywaniu pełnych nieczystości nocników w roli magicznych komunikatorów. Zdecydowanie odradzam lekturę podczas jedzenia. Uniwersum Podlewskiego jest przeżarte złem, smutne, ponure oraz ohydne i to tak kompletnie, do ostatniej drobinki. Jednakże ta mroczna wizja, na swój perfidny sposób, kusi Czytelnika.

Szaleńczo dziwną kreację Thei traktuję jako jedną z największych zalet tytułu. Chociaż ta unikatowa kreacja świata potrafi sporadycznie sprawiać problemy, zwłaszcza gdy trzeba połapać się w pokręconych zasadach rządzących uniwersum. Momentami bywa to naprawdę trudne z powodu nadmiaru informacji, dodatkowo lokalna ludność nie umie wyjaśnić Prostego Prawa i innych kwestii, gdyż dla nich to są oczywistości, które każdy rozumie. Sama historia robi ogromne wrażenie, wręcz makabryczne, ale ogólnie pozytywne. Rewelacyjnie wypadają zwłaszcza początkowe rozdziały powieści, ponieważ Malkom nie ma zielonego pojęcia, gdzie jest i nie rozumie, co się wokół niego dzieje. Akcja, szaleńczy wir wydarzeń, doznań i podjętych przez bohaterów decyzji, nadają „Księdze zepsucia” specyficzny urok, aż chce się dać porwać wyobraźni. Ten chaos idealnie oddaje odczucia Ruda.

Marcin Podlewski niekwestionowanie umie trafić w czuły punkt Czytelnika i nie chodzi mi tutaj o ewentualne problemy gastryczne, które mogą wywołać pewne fragmenty tekstu. Przede wszystkim mam na myśli historię Malkolma i to, co go spotkało za podjęcie jedynej słusznej decyzji. Recenzowana książka dosadnie pokazuje parszywy świat, bez jakiegokolwiek upiększania bądź retuszowania niewygodnych szczegółów. Z tego powodu „Księga zepsucia” wymaga konkretnego rodzaju Czytelnika, takiego lubiącego naprawdę mroczne historie. Ja świetnie bawiłem się podczas lektury recenzowanej powieści i chętnie jeszcze powrócę do Thei.

  • Autor: Marcin Podlewski
  • Tytuł: Księga zepsucia
  • ISBN: 978-83-7964-412-4
  • Format: 13 x 20 cm
  • Oprawa: twarda
  • Ilość stron: 378
  • Data wydania: 24 kwietnia 2019