Data wydania: 30 września 2019

Wydawnictwo: Genius Creations

Nowemu Ereburgowi grozi całkowite zniszczenie i bynajmniej nie chodzi o oblegającą go od miesięcy armię rebeliantów czy o siejące zamęt na ulicach Dzieci Czarnego Wilka. Prosty lud, zwiedziony manifestami myślicieli z Nichtael, zamęcza władze swoimi ordynarnymi postulatami. Domaga się równego traktowania, godziwych warunków pracy, a nawet powszechnego dostępu do edukacji, zupełnie jakby wysiadywanie w szkołach i pobieranie nauk stanowiło jakiś przywilej. Uświęcony tradycją porządek społeczny zaczyna chwiać się w posadach.

Te trudne czasy wymagają prawdziwego bohatera, ale z braku lepszych opcji mieszkańcy Caellarh będą musieli zadowolić się przeciętnie kompetentnym, patologicznie leniwym i doszczętnie skorumpowanym porucznikiem, który zrobi, co w jego mocy, by zwalić robotę na innych. Isevdrir Norgaard raz jeszcze zanurza się w kłębowisko spisków i intryg, walcząc o przetrwanie, zdradzając swoich mocodawców i zastanawiając się, po co do to wszystko robi.

“Taniec Marionetek” był znakomitym debiutem jednak “Porozumieniem Trzech” Niziński udowadnia, iż w zaledwie dwie książki stał się jednym z najważniejszych, polskich autorów fantasy ostatnich lat. Skomplikowane intrygi, mroczny klimat, świetnie zarysowane postacie oraz… humor! Autor z tych składników przygotował prawdziwą literacką ucztę, która zasmakuje każdemu czytelnikowi, wygłodniałemu doskonałej, polskiej fantasy.

Arkady Saulski, autor cyklu Kroniki Czerwonej Kompanii i powieści Serce lodu

  • Autor: Tomasz Niziński
  • Tytuł: Porozumienie Trzech
  • ISBN:
    • Druk: 978-83-7995-301-1
    • ePub: 978-83-7995-303-5
    • mobi: 978-83-7995-303-5
    • audiobook: 978-83-7995-399-8
  • Format: 12,5 x 19,5 cm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 300
  • Data wydania: 30 września 2019
  • Cena:
    • Papier: 34,99 ZŁ
    • ePub: 29,99 ZŁ
    • mobi: 29,99 ZŁ
    • audiobook: 34,99 ZŁ

FRAGMENT

Rozdział 1

Z pozoru mogłoby się wydawać, że trzy miesiące oblężenia w żaden sposób nie zmieniły Nowego Ereburga. Pożary wybuchały tylko z nieznacznie większą częstotliwością, a ich główną przyczynę nadal stanowił wysoki odsetek ludności z dostępem do krzemienia pośród niemal wyłącznie drewnianej zabudowy. Ci, którzy opływali w dostatek podczas pokoju, nadal mieli się dobrze, a ci, którym wcześniej przychodziło głodować, wciąż nie dojadali. Kto posiadał solidny, kamienny dom w dobrej dzielnicy, nie musiał się obawiać, że go straci. A ten, kto kilka miesięcy wcześniej odbudował swoją drewnianą chatę po zamieszkach w dzielnicy biedaków, nie mógł liczyć, że długo pozostanie ona nietknięta.

Tymczasem jednak, gdzieś głęboko pod powierzchnią, po raz pierwszy od setek lat zaczęły płynąć prądy mające zmącić spokojne wody prowincji. Świat, dotąd wygodnie podzielony na swoich i obcych, zaczął się nagle komplikować, a przekazywane z dziada pradziada klasyfikacje przestawały pasować do nowej rzeczywistości. Zbudowane na wiekach tradycji światopoglądy legły w gruzach, a w ich miejsce, pośród bolesnych wahań, dyskusji i dylematów, rodziły się nowe.

Zaczęło się od tego, że na mapie prowincji opanowanej przez rebeliantów, oprócz ciągle niezdobytego Nowego Ereburga i znajdującego się tuż za granicą obozu szykującej się do odsieczy armii hrabiego de Verdego, wyznaczono trzeci punkt – Nichtael, tłumaczone zazwyczaj z irytującym patosem jako „Wspólny Dach” albo „Schronienie Wspólnoty”. Najpierw próbowano zrozumieć istnienie tego miejsca w kontekście trwającego buntu. Rozłam w rebelii? Wewnętrzne konflikty między powstańcami? Potem jednak do Nowego Ereburga zaczęli napływać ludzie z Nichtael i legendy zaczęły się rozprzestrzeniać.

Mówiono o mieście, gdzieś daleko na wschodzie prowincji, które wypisało się z odwiecznego konfliktu Erei i Caellarh. Które odrzuciło istnienie wszechwładnych monarchów i fanatycznych wojowników. W którym nie było miejsca dla urodzonych w dostatku arystokratów i chciwych kupców. Którego nie podzielono na biedne i bogate dzielnice. W którym każdy chętnie pracował na rzecz wspólnego dobra i w którym wszyscy byli szczęśliwi.

Wkrótce potem po Nowym Ereburgu zaczęły krążyć pamflety Leytona Dettre, a ja za każdym razem, gdy czytałem te teksty, miałem wrażenie, że słyszę w głowie głos Arai.

Mówiły one o nierównościach społecznych, krytykując zarówno erejską arystokrację ziemską, jak i bogatych kupców z Caellarh. Potępiały wojny rozpętywane przez wodzów, a toczone przez zwykłych ludzi. Zjadliwość autora utworów w równym stopniu kierowana była pod adresem erejskiej monarchii, co przywódców powstania. Wzywał do zniesienia szlacheckich przywilejów, dziedzicznej władzy króla i rozdzielenia majątków wśród ludu. Domagał się powszechnego dostępu do edukacji i równouprawnienia dla nisko urodzonych. Oraz, co wydawało się całkiem niedorzeczne, krytykował religię.

Bez porównania najbardziej rozpowszechnione dzieło tego okresu stanowił traktat Leytona Dettre, potępiający zarówno wiarę voranistyczną, nawołującą do lojalności wobec Erei, jak i duranistyczną, wzywającą do buntu przeciw królestwu, jako propagandowe narzędzia politycznej manipulacji. Pamflet domagał się odrzucenia wszelkiej religii jako skorumpowanej powiązaniami z władzą i służącej do wymuszania posłuszeństwa prostego ludu przez straszenie niepokornych karą w zaświatach. Nawet najbogatsi kupcy Nowego Ereburga, z oczywistych względów negatywnie nastawieni do poglądów Dettre’go, pogrążyli się w dyskusjach nad tym tekstem, choćby dlatego, że na własne oczy musieli się przekonać, by uwierzyć w istnienie ideologii politycznej, która nie wykorzystuje religii w takiej czy innej formie jako sposobu na legitymizację swoich tez.

Nie znaczy to, że koncepcje tarystów z Nichtael nie spotykały się ze sprzeciwem. Krytykowano je i wyśmiewano bezlitośnie. Przeklinano i przestrzegano przed nimi jako najwyższymi oznakami degeneracji myśli politycznej. Nikt jednak nie był gotów, by bronić status quo. Uświęcone idee, raz zakwestionowane, stały się nagle przedmiotem debaty. To, co wcześniej uznawano za prawdę absolutną, nagle wymagało uzasadnienia. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów świat stał się dla mieszkańców Caellarh niezrozumiały. Nagle zdali sobie sprawę, że nie wiedzą, co myśleć.

Na szczęście znaleźli się inni, gotowi robić to za nich.

Erejska propaganda sięgnęła po wszystkie sprawdzone metody, od opłacanych agitatorów i heroldów, przez „działania edukacyjne”, po represyjne aresztowania (co nie znaczy, że nie prowadzono ich wcześniej w odniesieniu do „podejrzanych” o sympatyzowanie z buntownikami – po prostu rozszerzono grupę docelową). Kupcy i przedsiębiorcy Nowego Ereburga również opłacili najemnych myślicieli mających obalać tezy Leytona Dettre (ale tylko te dotyczące likwidowania różnic majątkowych). A wrogie sobie kościoły – duranistyczny i voranistyczny – zawarły tymczasowy sojusz wobec wspólnego wroga i grzmiały w swoich świątyniach na temat moralnego zepsucia panującego w Nichtael. Szybko jednak okazało się, że straszenie wiernych swobodą seksualną przyniosło skutek odwrotny do zamierzonego, napędzając zwiększoną emigrację do Schronienia Wspólnoty. W efekcie duraniści czym prędzej obwinili za porażkę voranistów, którzy z kolei odpowiedzieli tym samym, i tak święci mężowie wrócili do swojej zwykłej praktyki obrzucania się nawzajem uświęconym błotem.

Kontrowersyjne idee wygłaszano nie tylko w zacisznych miejscach, z dala od uszu królewskich urzędników, żołnierzy i szpiclów, lecz także wykrzykiwano je podczas publicznych wieców, a nawet w drodze na szafot, wzywając świadków egzekucji, by dalej ponieśli ideologiczną pochodnię. Pracownicy manufaktur, narzekając na swoją dolę, nie sarkali już na wrednego przełożonego, lecz na „klasę posiadającą” i „opresyjny system wyzysku”. Do zarządzającej miastem Rady Administracyjnej składano wnioski o wprowadzenie niektórych tarystycznych postulatów, które kontrolowani przez erejską armię i miejskich kupców członkowie Rady natychmiast zamiatali pod dywan.

Regularnie widywano na murach nie tylko powstańcze hasła w rodzaju: „Czarny Wilk nadchodzi” czy „Wodzu, prowadź na Vorain!”, lecz także: „Ludu pracy! Zrzucaj okowy i zmierzaj do Nichtael” oraz „Grzyby są odpowiedzią na każde pytanie dotyczące teodycei” (to ostatnie dziwnym trafem tylko w okolicach uczęszczanych przez Szalonego Yorlana).

Wszystko to działo się pomimo faktu, że nie było żadnych dowodów pozwalających potwierdzić, że ludzie głoszący chwałę Nichtael rzeczywiście kiedykolwiek postawili w nim stopę i że życie tam faktycznie stanowi raj na ziemi. Nigdy nie zostało też jasno powiedziane, z czego właściwie utrzymuje się tamtejsza społeczność i jakie czynności mają na myśli agitatorzy mówiący o „pracy” na rzecz wspólnego dobra. Leytona Dettre, jak się zapewne domyślacie, nikt nigdy nie widział na oczy.

Nie było też przy tym do końca zrozumiałe, co rebelianci myśleli o ludziach z Nichtael, choć najczęściej powtarzana w mieście teoria głosiła, że buntownicy nie myśleli wcale. Wszystko wskazywało jednak na to, że zamiarem tarystów było zachowanie neutralności w trwającym konflikcie. Jeśli jednak powstańcy zdawali się tę postawę szanować, to nikt nie miał wątpliwości, że zmierzająca do Caellarh armia hrabiego de Verdego będzie wieszać powstańców i tarystów na tych samych stryczkach.

A gdzie w tym wszystkim byłem ja? Dokładnie tam, gdzie zawiodło mnie lekkomyślnie wypowiedziane życzenie. W samym środku całego tego bałaganu.

* * *

Wiedziałem, że należy spodziewać się najgorszego, gdy Yorlan szybko zerknął na boki, by upewnić się, że pozostali wartownicy są poza zasięgiem głosu, po czym zagadnął stojącego obok nas strażnika:

– Kolego, wyglądasz na diabelnie znudzonego.

Stojący na szczycie miejskich murów Erejczyk, którego twarz zastygła w masce niewyobrażalnego wręcz znużenia, wykończony nocną wartą i oślepiony promieniami wschodzącego nad Nowym Ereburgiem słońca, nie zareagował w żaden sposób. Obok mnie Ouanga ziewnął szeroko, jeszcze nie do końca przebudzony, i uniósł rękę, by osłonić oczy przed błyskami światła odbijającego się od broni i pancerzy formującej się na przedpolu armii.

– Widzę, że jesteś całkiem wykończony – kontynuował alchemik. – Do tego stopnia, że nie masz nawet siły odpędzać tych wszystkich gołębi, które obsrywają każdy skrawek muru wokół ciebie. A gdybyś tak mógł do nich przemówić w ich własnym języku, przekonać je, by dały ci spokój, a może nawet skłonić do grupowego nasrania na głowę twojego kolegi?

Zamglone, do połowy przykryte ciężkimi powiekami oczy wartownika nagle rozbłysły blaskiem wątłego zainteresowania, choć nadal pozostawały skierowane na wypełzających ze swoich namiotów buntowników. Spojrzałem pytająco na Ouangę. To był ostatni moment, żeby powstrzymać to, co Yorlan zamierzał zrobić, lub (ze znacznie większą szansą powodzenia) rzucić się do panicznej ucieczki. Ciekawość jednak zwyciężyła. Alchemik mówił dalej kuszącym, przyciszonym głosem.

– Mam tu flakonik unikalnego eliksiru, który pozwala ludziom rozmawiać ze zwierzętami. Co ty na to? Chcesz sobie urozmaicić długie godziny na warcie? Pomyśl tylko o możliwościach. Mógłbyś nasłać szczury i ptaki na nielubianych kolegów lub wrogów. Użyć ich jako szpiegów, by pozyskać sekrety przeciwnika i zabłysnąć przed swoimi dowódcami. Albo po prostu zebrać najlepsze plotki w mieście…

Erejczyk przebudził się nagle ze swojego stuporu i wyrwał Yorlanowi naczynie z ręki, po czym bez wahania wypił zawartość co do kropli. Niemal natychmiast zwrócił się w stronę kilkunastu gołębi, które rozsiadły się na blankach nieopodal, i wydał z siebie serię nieludzkich dźwięków, które przypominały gruchanie na tyle, na ile to tylko było możliwe dla ludzkich narządów mowy.

Nastąpiła po tym długa chwila absolutnej ciszy, podczas której ja, wartownik i gołębie wymienialiśmy między sobą pełne niedowierzania spojrzenia, próbując jakoś przyswoić sobie to niewyobrażalne zdarzenie, którego właśnie byliśmy świadkami. Strażnik wydawał się być jeszcze bardziej zdziwiony swoim wyczynem niż my, ale ptaki sprawiały wrażenie najbardziej zszokowanych z nas wszystkich. Wszystkie jednocześnie wbiły swoje cyklopie spojrzenia w Erejczyka, a potem przeniosły je kolejno na mnie, Ouangę i Yorlana, jakby domagały się od nas wyjaśnienia jego postępowania. Alchemik, sprawca całego zamieszania, nie zdradzał rzecz jasna nawet śladu zaskoczenia.

Cisza została przerwana całkowicie nagle i bez ostrzeżenia, gdy wszystkie gołębie na murach podniosły jednoczesny i niepohamowany jazgot, hałasując tak głośno, jak tylko pozwalały im ich drobne ciała, a każdy wrzask wydawał się być skierowany pod adresem Erejczyka. Ten, nasłuchując, pochylił się w ich kierunku. Sprawiał wrażenie, jakby całym ciałem chłonął tę kakofonię, a na jego twarzy malował się jednocześnie niepohamowany zachwyt i skrajne przerażenie. Po krótkiej chwili mina wartownika zaczęła się jednak zmieniać i raz po raz szaleńcze grymasy wykrzywiały jego oblicze, zupełnie jakby mięśnie twarzy wyrwały się spod kontroli i zostały opanowane przez jakąś demoniczną siłę. Gołębi wrzask nie tylko nie osłabł, ale jeszcze się nasilił, gdy kolejne ptaki przywołane hałasem zleciały się i obsiadły mury dookoła nas, dołączając swoje głosy do szaleńczego koncertu. Strażnik, który tymczasem upuścił swoją broń i miotał się gwałtownie w różnych kierunkach, zaciskając dłonie na uszach, wydał z siebie przeciągły, świdrujący krzyk. Nagle, jakby dostrzegł wyjście z mrocznego więzienia, cisnął się do przodu, wskoczył na fragment muru pomiędzy blankami i rzucił w dół, a potężne grzmotnięcie ciężkiej zbroi o grunt posłużyło jako puenta dla jego opadającego wrzasku. Ptaki zamilkły jak na komendę i po chwili zerwały się do lotu.

– Wiedziałem, że tak będzie – mruknął Yorlan. – Komunikacja ze zwierzętami to kretyński pomysł.

– Co?! – wrzasnąłem, wraz z Ouangą wyglądając między blankami na zmaltretowane ciało spoczywające u stóp muru.

– Ano tak. Zwierzęta to bezwzględne skurwiele. Właśnie dotarło do niego, że jego bóg nie istnieje, a świat przenika aksjologiczna pustka. Ptaki wiedzą, jak dobrać się do twojego słabego punktu, potrafią naprawdę zranić uczucia.

– O czym ty mówisz? Co naprawdę się stało?

Yorlan westchnął.

– To chyba oczywiste… Nasze umysły, w porównaniu do zwierzęcych, funkcjonują w skrajnie inny sposób, bariera językowa to tylko początek drogi. Nie wiem, co się dzieje w ptasich móżdżkach, ale na pewno jest niestrawne dla ludzi. Jak powiedział mój znajomy, hrabia Witt Genstein: „Gdyby lew umiał mówić, nie potrafilibyśmy go zrozumieć”.

Wartownicy stojący w regulaminowych odstępach po naszej prawej i lewej stronie wpatrywali się w nas z niedowierzaniem na twarzach, ale zgodnie z procedurą żaden z nich nie zszedł z posterunku, czekając, aż na mury dotrze sierżant dowodzący wartą. Ten zresztą już po chwili wdrapał się po schodach na najwyższy poziom umocnień, zasapany i wyraźnie bardziej przejęty wysiłkiem wspinaczki, niż stratą jednego z podwładnych.

Rzucił kilka pospiesznych pytaniach, na co Yorlan z kamienną twarzą opowiedział historię o nieszczęsnym wartowniku, który najwyraźniej stracił zmysły po szczególnie wyczerpującej warcie i nabrał przekonania, że gołębie do niego przemawiają, po czym ogarnięty szaleństwem skoczył w przepaść. Sierżant wysłuchał, po czym machnął ręką na dalsze dochodzenie.

Nie ulegało wątpliwości, że nie uwierzył w ani jedno słowo, ale o naszym alchemiku krążyło w królewskiej armii wiele opowieści. Żadna z nich nie sugerowała, że dłuższe przebywanie w pobliżu Yorlana stanowiło dobry pomysł.

Dowódca warty postawił nowego żołnierza na posterunku i przeklinając schody, po których kroczył, jak i wszelkie strome powierzchnie w ogóle, wrócił na swoje stanowisko.

Nowy strażnik, ewidentnie wyciągnięty z łóżka, by sprawować wartę poza kolejką, bez wątpienia obwiniał nas za swoje położenie i tylko szukał pretekstu, żeby wyładować na kimś swój gniew. Jego oczy zwęziły się na widok czarnej skóry Ouangi i jego usta ułożyły się tak, jakby zamierzał splunąć mu pod nogi, ale na widok prowokującego, niemal zachęcającego uśmiechu porucznika zmienił zdanie. Niechętnie zajął swoje miejsce, a ja czym prędzej odciągnąłem od niego Yorlana.

Przeszliśmy kawałek po murze do miejsca, gdzie zasiedli czekający na nas Liczydło i Chi. Wyglądający na obrażonego kwatermistrz bez słowa podał alchemikowi ciężką sakiewkę wypełnioną monetami, a ten natychmiast cisnął ją ponad blankami na przedpole, by udowodnić, że doprowadził przypadkowego człowieka do szaleństwa nie dla pieniędzy, ale w imię idei. Yorlan kierował się w życiu wyłącznie jedną zasadą, która zmieniała się codziennie i dzisiaj brzmiała: „Wszelkie okazje do zirytowania Liczydła należy bezwzględnie wykorzystywać”. Poczułem się zobowiązany odegrać rolę dobrego przyjaciela dla rudego kwatermistrza.

– Jesteś idiotą – poinformowałem go tonem pełnym współczucia.

Liczydło nawet na mnie nie spojrzał, spod przymrużonych oczu obserwując buntowników rozwijających szyk na przedpolu.

– Nie zamierzam przyjmować krytyki od kogoś, kto usłyszawszy wołanie o pomoc dochodzące z ciemnej uliczki…

– Raz w życiu miałem altruistyczny odruch!

– …wygłaszane przez podejrzanie zwiewną, ale bardzo ładną kobietę…

– Skąd mogłem wiedzieć, że to miraż?

– …dał się wciągnąć w najbardziej oczywistą pułapkę kiedykolwiek skonstruowaną…

– Jej geniusz tkwił w jej prostocie!

– …i dostałby wpierdol od naćpanej bandy Dzieci Czarnego Wilka, gdyby nie trzeźwiej myślący koledzy, którzy jak zwykle uratowali mu tyłek.

– Nie zamierzam pozwolić, by ta nieuzasadniona dygresja odwróciła uwagę od najważniejszego faktu. Kiedy Yorlan zadał ci pytanie: „Zakład, że zdołam sprawić, żeby tamten wartownik dobrowolnie rzucił się z murów?”, ty wdałeś się z nim w negocjacje na temat stawki, zamiast, jak każdy rozsądny człowiek, rzucić się do ucieczki.

– Koniec gadania, ostatnia okazja, żeby obstawiać. Yorlan, zostajesz na bombardowanie?

Alchemik zastanowił się przez chwilę, po czym pokręcił głową.

– Widziałem gdzieś po drodze Erejczyków gaszących pożar koszar Ósmego Kawaleryjskiego. Pójdę lepiej dołożyć do ognia.

Yorlan zniknął gdzieś na niższym poziomie murów, a Ouanga tymczasem skierował naszą uwagę na buntowników.

– Wygląda na to, że skończyli karmić Tłustą Hildę.

Wychyliłem się ponad blankami, żeby lepiej widzieć, i faktycznie, ładowanie gigantycznego trebusza zostało właśnie zakończone, a mrowisko zgromadzonych wokół niego ludzi zaczęło się rozbiegać, zostawiając tylko niezbędną załogę czekającą na sygnał do strzału. Nieopodal można było dostrzec grupę kolorowo ubranych konnych ze sztandarami dumnie powiewającymi nad ich głowami. Zgodnie z przewidywaniami najwyższe dowództwo rebeliantów zebrało się, by być świadkami pierwszego strzału Tłustej Hildy.

– Daję jeszcze trzy dychy na Hildę, to pewniak – oświadczył Ouanga i przesunął po blanku stos monet, które Liczydło dodał do puli.

Całe to gadanie przypomniało mi o jedzeniu i wgryzłem się w resztkę zimnego mięsa niewiadomego pochodzenia, które zabrałem ze sobą na tę specjalną okazję. Rozglądając się dokoła, przypadkiem napotkałem spojrzenie jednego z wartowników w królewskich barwach, który wpatrywał się w mój posiłek wygłodniałym wzrokiem. No tak, nocna warta. Prawdopodobnie nie jadł nic od dziesięciu godzin. Jeśli się nad tym zastanowić, to nasz pomysł, by zjeść śniadanie na murach, tuż przed zmianą wyczerpanej, zaspanej i wygłodniałej załogi nocnego posterunku, musiał być w oczach strażników szczytem sadyzmu. Oczywiście musielibyśmy być potworami, by nie współczuć tym biedakom, dlatego przeszło nam przez myśl, żeby wykazać choć elementarną przyzwoitość i nie jeść bezczelnie na ich oczach. Ale właśnie zaczynało się bombardowanie, a my porobiliśmy zakłady, więc przyzwoitość musiała zejść na dalszy plan. Skończyłem mięso i przyjąłem piwo, które podsunął mi Liczydło, zwędzone wcześniej z pobliskiej oberży. Pociągnąłem głęboki łyk, czując na sobie przedłużające się spojrzenie wartownika. Nie miałem wątpliwości, że w tej chwili nienawidzi mnie bardziej, niż kogokolwiek z wrogiej armii zgromadzonej pod murami.

– Liczydło, dodaj moją wygraną z poprzedniego zakładu do puli – dobiegł mnie głos Chi. – Stawiam wszystko przeciwko Hildzie.

– Ha! – wykrzyknął czarnoskóry porucznik. – Prosto w paszczę lwa.

– Ouanga, jeśli się nie mylę, jeszcze w zeszłym tygodniu potrzebowałeś dokładnych instrukcji co do tego, którym końcem należy ładować pocisk do balisty. Jeśli stawiasz pieniądze na sprzęt oblężniczy, chcę być po drugiej stronie tego zakładu.

Też postawiłem sporo przeciw Hildzie, więc uniosłem rękę do góry i pogratulowaliśmy sobie wzajemnie z Chi, która będąc za niska, by wyglądać nad blankami, wspięła się na górę i teraz siedziała na szczycie muru, machając nogami nad przepaścią.

– Zaraz, zaraz – odezwał się Liczydło, zagłuszając protesty Ouangi. – Jaką wygraną? Z jakiego poprzedniego zakładu?

Chi w odpowiedzi wskazała słup dymu bijący z biednej dzielnicy na południu miasta.

– Obstawiałam przecież, że pierwszy pożar tej nocy wybuchnie w Chodakach.

– Doprawdy? Wydawało mi się, że dałaś coś na dzielnicę kupiecką.

– Stawiałam na obie. Dywersyfikacja ryzyka.

– Cisza – rzuciłem. – Zaczynają.

Na potwierdzenie moich słów właśnie w tym momencie rozległo się dudnienie bębnów, którym oblegający każdego poranka obwieszczali rozpoczęcie kolejnego dnia ostrzału. W założeniu monotonny, złowieszczy rytm, wybijany do wtóru pracy machin oblężniczych, miał osłabić morale obrońców. Zamiast tego służył jako podkład do ułożonej przez wartowników piosenki, która dosadnie opisywała szczególnie kreatywne akty seksualne i której refren zawsze kończył się frazą: „Wy bębniące skurwysyny!”

Zazwyczaj bębny biły przez dłuższą chwilę, po czym wszystkie katapulty i trebusze wystrzeliwały potężną, jednoczesną salwę, po której następował strumień nieustannego, wolnego ognia, który przez cały dzień bombardował miasto. Tym razem jednak pierwszy strzał najwyraźniej miał być solowym występem Tłustej Hildy, potężnego trebusza znacznie przewyższającego rozmiarem wszystkie inne. Ekipy ładujące pozostałe machiny stały bez ruchu, obserwując uwijającą się jak w ukropie obsługę Hildy, która przez ostatnie kilka tygodni była mozolnie budowana przez rzeszę pracujących do granic wytrzymałości budowniczych. Teraz, wreszcie gotowa, ta potężna struktura górująca nad przedpolem robiła imponujące wrażenie.

– Niemała zabawka, trzeba przyznać – mruknął Liczydło. – To cholerstwo mogłoby naprawdę nieźle narozrabiać. Jeśli w ogóle zadziała, to może nawet nabiorę trochę szacunku dla tej hałastry koczującej pod murami.

Wytężyłem wzrok, wpatrując się w ledwie widoczne sylwetki zebrane wokół ogromnej machiny. Po gorączkowej bieganinie wreszcie zamarły na swoich stanowiskach i teraz z kolei trebusz zaczął się poruszać. Przeciwwaga została zwolniona i jej ciężar pchnął w ruch długie, smukłe ramię zawierające pocisk. Gdy było już w połowie drogi do punktu, w którym pocisk był przez nie wypuszczany z morderczą prędkością, któraś z figurek otaczających Tłustą Hildę zamachała gwałtownie rękami i rzuciła się na ziemię. Niemal w tym samym momencie coś chrupnęło donośnie, trebusz przechylił się nieco w bok i wystrzelił pocisk, który przez zaburzoną trajektorię lotu uderzył w ziemię o kilkadziesiąt metrów od muru. Tłusta Hilda natomiast wydała z siebie kolejne chrupnięcie i z łomotem runęła na swoich budowniczych. Potężna konstrukcja roztrzaskała się o ziemię, przygniatając kilkudziesięciu ludzi, którzy mieli nieszczęście znaleźć się w pobliżu machiny.

Wśród obrońców na murach rozległo się głośne wiwatowanie, w którym można było też wyłowić chóralne „Wy bębniące skurwysyny!”, wykrzyczane przez kilku muzykalnych wartowników oraz głośne przekleństwa Ouangi i Liczydła, którzy postawili na Hildę.

– Czy te patafiany nie mogą zbudować choć jednej porządnej maszyny?! – wrzeszczał porucznik. – Kurwa, ile można?! Trzeci raz próbują zbudować ogromny trebusz i trzeci raz rozpieprza się przy pierwszym strzale! Wydawałoby się, że wyciągną jakieś wnioski z poprzednich porażek, że zrobią jakiś progres. A żeby ich cholera…

– Mówiłam – doszło mnie z góry prychnięcie Chi. – Widać ci pod murami znają się na inżynierii oblężniczej tak samo jak ty.

Porucznik splunął za mury i wyrzucił z siebie kolejny potok przekleństw, nie zwracając uwagi na dwóch wartowników, którzy przestali wiwatować i wpatrywali się w niego podejrzliwie, zdumieni, że ktoś może nie cieszyć się z porażki oblegających. Złapałem Ouangę za ramię, żeby uspokoić go, zanim wpakuje nas w kłopoty. Chi obserwowała nas ze swojego punktu widokowego, pogwizdując radośnie. Liczydło natomiast nie zwracał uwagi na panujące wokół emocje, starannie wyliczając dole zwycięzców.

Nogi mi zesztywniały, więc zmieniłem nieco pozycję, zastanawiając się, czy przyniesienie poduszek, żeby usiąść na blankach stanowiłoby przesadną prowokację w stosunku do Erejczyków pilnujących murów i spojrzałem na przedpole. Wśród powstańczego dowództwa panował całkowity chaos. Upadająca Hilda spłoszyła konie i kilku sztabowców wylądowało na ziemi, a ci którzy utrzymali się w siodłach, wydzierali się teraz na siebie nawzajem. Dopiero kiedy kilku buntowników przywlokło do nich szarpiącego się osobnika, zapewne konstruktora Hildy, cała złość skupiła się na jednej osobie. Zaczęto coś, co ewidentnie wyglądało na przygotowania do egzekucji, a tymczasem ktoś z rebelianckich generałów przypomniał sobie, że załogi innych machin stoją bezczynnie, oglądając ten cyrk i dał znak do rozpoczęcia ostrzału.

Pociągnąłem łyk piwa, obserwując pierwsze pociski lecące w kierunku miasta. Szczerze mówiąc, smakowało mi ostatnio coraz mniej, co zapewne wynikało z braku urozmaicenia diety całkowicie zdominowanej przez produkty browarów. Picie wody w oblężonym Nowym Ereburgu praktycznie gwarantowało chorobę, w przeciwieństwie do piwa, które nie psuło się tak szybko i było szeroko dostępne, szczególnie jeśli znało się choć jednego skorumpowanego kwatermistrza.

– Winon przysięga, że cena piwa spadła od czasu rozpoczęcia oblężenia – powiedziałem na głos. – To niemożliwe, prawda?

– Ekonomia skali – oświadczył Liczydło i beknął donośnie. – Niedobór wody zwiększył zapotrzebowanie na piwo, a to z kolei sprawiło, że nasi przedsiębiorczy patrycjusze, z wielmożnym Derronem McCornaghem na czele, zainwestowali w budowę ogromnych browarów, które są znacznie bardziej wydajne niż dawny model produkcji. Importują też składniki w znacznie większej ilości, co pozwala obniżyć cenę za sztukę.

– Konkurencja na rynku też wzrosła.

– Nie da się ukryć. Nasi drodzy kupcy wyczuli okazję inwestycyjną i poszli w browarnictwo, sądząc, że będą mogli wycisnąć ostatnie grosze ze spragnionej populacji. Ale ponieważ wszyscy jednocześnie wpadli na ten sam pomysł, to zamiast tego, mają nasycony rynek. A my mamy tanie piwo.

– Skąd to właściwie wiesz?

– Jak to? A kto niby pokazał tym wszystkim mądralom, jak wprowadzić ogromne ilości towarów do miasta pomimo blokady buntowników?

– Nie mów, że McCornagh potrzebował od ciebie lekcji, jak przekupywać rebeliantów.

– Cóż, ktoś musiał przetrzeć szlak. Ja tylko wytyczyłem optymalne trasy i pory dostaw oraz stworzyłem siatkę przekupnych kontaktów po drugiej stronie. Nazywają mnie ojcem chrzestnym tutejszego piwowarstwa.

– Wcale nie.

– Jak to możliwe, że buntownicy przepuszczają zapasy dla miasta? – spytał Ouanga, śledząc wzrokiem pocisk przelatujący nad naszymi głowami.

– Na każdego męczennika po tamtej stronie przypada trzech, którzy nie lubią głodować. – wyjaśnił Liczydło. – Da się z nimi dogadać. Zresztą Nowy Ereburg jest cholernie duży. Nie można go otoczyć. No, może ogromna, profesjonalna armia z regularnymi, zdyscyplinowanymi patrolami dałaby radę wprowadzić całkowitą blokadę. Za to te chłopki z widłami to dziurawe sito. Całe karawany wjedżdżają do miasta w ciągu dnia, bez jakichkolwiek nieprzyjemności. Tylko od czasu do czasu trzeba coś posmarować, jak się ma pecha i wpadnie na jakąś bandę grasantów. Według szacunków Buba, import niektórych towarów, takich jak na przykład chmiel, wzrósł o co najmniej trzydzieści procent w wyniku oblężenia. Na naszych oczach dokonuje się transformacja lokalnej gospodarki.

– A gdy Gruby Alf przybędzie z odsieczą to co? Czeka nas krach w browarnictwie?

– Wtedy nastąpi, jak nazywa to Bub, „otwarcie nowego rynku zbytu”.

– Znaczy, zwycięska armia będzie się chciała najebać.

– Właśnie. A później można eksportować. Bub mówi…

– Zaraz, to ten demon od grochu?

– Nie zajmuje się już grochem. Teraz prowadzi niezależne badania rynkowe. Łebski czart. Wszystkie szychy z dzielnicy kupieckiej zamawiają u niego raporty. Finnehan, Suirteach, Menechaim… Nawet sam McCornagh ostatnio zlecił mu analizę potencjalnych rynków eksportowych dla miejscowego piwa. Według szacunków Buba, nawet przy założeniu najgorszego wariantu, jeśli chodzi o koszty transportu, możliwe będzie osiągnięcie wyższych marż niż na sprzedaży lokalnej.

– To dla nas wszystkich wielka ulga, że przyszłość lokalnego piwowarstwa rysuje się w tak jasnych barwach.

Rozmowę przerwał potężny huk, gdy kamień wyrzucony z trebusza przeleciał nad murami i uderzył w wieżę pobliskiej świątyni, rozbijając ją w drobny mak. Grad cegieł poleciał w dół, a w około rozległy się paniczne wrzaski wiernych.

– Ha! – wykrzyknęła Chi. – Trzy na trzy! Płać, Liczydło!