Świeżo po lekturze „Jagi” autorstwa Katarzyny Bereniki Miszczuk miałam wielką ochotę na kolejną książkę w rytmie słowiańskich wierzeń. W czasie przeczesywania odmętów internetu w poszukiwaniu inspiracji oraz po zapytaniu naszych czytelników na Instagramie, namierzyłam kilka tytułów. Jedną z pozycji, które pojawiły się na moim radarze, była właśnie „Sub Rosa”, dopiero oczekująca na swoją premierę. Jakiś czas później zaczęły pojawiać się pozytywne opinie o tej powieści, więc moja ciekawość wzrosła i ostatecznie skończyłam z ebookiem książki na czytniku, domagającym się mojej uwagi.

Debiut Anny Jurewicz przenosi nas do polskiej wersji Hogwartu. Róża poszukuje odmiany oraz miejsca dla siebie i spodziewa się, że dobrym początkiem mogą okazać się studia na uniwersytecie magicznym. Początki nie są dla niej łatwe, a jej oczekiwania oraz wyobrażenia rodem z Harry’ego Pottera spotykają się z rzeczywistością łysogórskiej uczelni. Bohaterka odważnie rozpoczyna ciężkie boje z różnymi dziedzinami magii, takimi jak zielarstwo, magia ochronna czy telepatia. Co zaskakujące, dziewczyna odkrywa w sobie naturalny talent, który wraz z nauczycielem stara się przekuć w precyzyjną umiejętność. W pewnym momencie jednak skupia na sobie niechcianą uwagę, która kończy się dla niej utratą zdolności, więc Róża stara się dowiedzieć, kto i dlaczego odebrał jej szansę.

Rozpoczynałam lekturę z nadzieją na przyjemną rozrywkę z ciekawym, słowiańskim tłem. I niestety nie do końca otrzymałam to, na co liczyłam. Zacznijmy od tego, że rodzimy folklor faktycznie się tu przewija – pojawiają się bożęta, słowiańskie runy czy zawody takie jak szeptucha, ograne w dość nowoczesny sposób, jednak owa słowiańskość dopiero pod koniec powieści nieco bardziej wychyla się zza winkla. Generalnie „Sub Rosa” to przede wszystkim opowieść o polskiej wersji Hogwartu – autorka snuje swoje wyobrażenia o tym, jak wyglądałaby szkoła magii, gdyby utworzono taką na naszych ziemiach. Pomysł sam w sobie ciekawy i myślę, że warto by go rozwinąć i dopracować. Problem w tym, że sposób przedstawienia tego miejsca nie jest już taki precyzyjny – bohaterce faktycznie zdarza się odwiedzić jakieś zajęcia lekcyjne, lecz zdarzenia i opisy kładą nacisk na inne elementy niż uczelnia – przez sporą część powieści więcej dowiemy się o imprezach, na których bywa bohaterka, lub jej obowiązkach jako asystentki profesora. Wątki te natomiast nie są zbyt fascynujące ani precyzyjnie poprowadzone.

W dobrych książkach fabuła płynie wartkim strumieniem, a jeśli zbacza gdzieś w innym kierunku lub rozrasta w osobne strumienie, robi to, by wyprowadzić czytelnika w pole, zaskoczyć, sprawić, by nie mógł się od powieści oderwać. „Sub Rosa” rozlewa się natomiast jak delta rzeki, przynajmniej przez pierwsze rozdziały – pisarka stara się zaprezentować swój pomysł na świat, przedstawić bohaterkę i zrobić wprowadzenie do właściwej fabuły. Z tym, że zanim dojdzie do tego momentu, który można by nazwać zawiązaniem akcji, mija ponad połowa książki. Wstęp jest strasznie rozwleczony, autorka opisuje pokrótce różne postacie, które trochę plączą się narratorowi pod nogami, Róża otrzymuje to jedną, to inną karę, idzie na kolejną imprezę – generalnie bohaterowie podejmują różne działania, lecz nie przybliża to czytelnika do poznania, o czym w zasadzie ta książka ma opowiadać. Niestety pierwsze rozdziały powieści są przegadane, napięcie rozproszone i prawdopodobnie część z tych zdarzeń można by wyciąć oraz przeredagować z korzyścią dla powieści. Pomysł na świat to nie wszystko, ważne by umieścić w nim fascynującą historię i dobrać do niej interesujących bohaterów. Niestety po zakończeniu lektury mogę powiedzieć, że coś ciekawszego zaczęło się dziać dopiero pod sam koniec książki, gdy bohaterka zebrała się do kupy i zaczęła jakkolwiek działać. Niekoniecznie podobały mi się jej wszystkie decyzje, lecz przynajmniej nie staliśmy w miejscu, jak było to przez prawie całą powieść.

W książce Anny Jurewicz główna bohaterka stwierdziła, że zacznie jeszcze raz – nowe miejsce, nowe życie. Róża Świętojańska bowiem ma tajemnicę, przed którą ucieka, zapoczątkowaną w czasie jej pobytu we Francji – dziewczyna przez długi czas nie chce dzielić się tym sekretem, powoli podkręcając zainteresowanie wątkiem. I to mi się podobało, choć ostatecznie nie przyniosło oczekiwanych mocnych wrażeń. Przez większą część powieści jest to ledwie sugestia jakiegoś głębszego problemu, gdyż wydarzenia skupiają się na staraniach bohaterki w zaaklimatyzowaniu się na uczelni. Główny mentor Róży to z kolei człowiek o wyjątkowych osiągnięciach naukowych, przyciągający tłumy na swoje zajęcia. Z jakiegoś tajemniczego powodu dziewczyna zostaje jego asystentką i protegowaną, dzięki czemu ma rozwijać swój ukryty talent.

Jeśli o samą Różę chodzi, to jest to osoba dość niepewna siebie, nieco niezorganizowana i niezaradna, choć potrafiąca zabłysnąć dowcipem i z humorem podchodzącą do wydarzeń. Nie byłam jej jednak w stanie polubić – przez większość powieści dziewczyna jest okropnie wręcz uciążliwa i męcząca. Wiele narzeka, spodziewa się niemożliwego, nie potrafi ocenić właściwie sytuacji, choćby w kwestiach tak trywialnych jak dobór ubioru odpowiedniego do okazji, i potem marudzi, jak to jej źle. Muszę zgodzić się z jedną z postaci, która nazwała ją okropną męczybułą. Stwierdzenie to też dowodzi, że autorka była świadoma, jak uciążliwa jest Róża, co wskazuje na niejaką celowość. Może niektórym spodoba się taka kreacja postaci, mnie jednak jej zachowanie niejednokrotnie nieco irytowało.

Nie mogę się również oprzeć wrażeniu, że jednym z bohaterów jest fryzura Róży. Jej włosy wspominane są regularnie, co więcej są na tyle nieokiełznane, że ujawniają pewne kleptomańskie przyzwyczajenia. Świętojańska bowiem wyjmuje z nich najróżniejsze rzeczy, włączając w to długopisy z biurek profesorów, nożyczki, kawałki czekolady czy elementy zastawy stołowej. Co z jednej strony może bawić, a z drugiej jest też trochę żenujące i wprowadza narracyjny rozgardiasz.

Po lekturze tej powieści mogę spokojnie stwierdzić, że autorka ma dość sarkastyczne i ironiczne poczucie humoru, co generalnie sobie cenię. Lubię, gdy postacie podchodzą do narracji z ciekawym podejściem i trafnym sarkazmem. W przypadku „Sub Rosy” osłabiał on wiele niedoróbek fabuły, w tym dystansował od niezrozumiałego czy niepoważnego zachowania bohaterki. Nie zawsze może trafiał w punkt, choć z całą pewnością urozmaicał tekst. Również wspomniane włosy miały się wpisywać w owe ironiczne podejście, co może niektórym przypadnie do gustu.

Generalnie im dalej w las, tym „Sub Rosa” poprawiała swój poziom. Początki były bardzo kiepskie, potem pod względem narracyjnym się poprawiło, lecz nadal rozglądałam się w poszukiwaniu konkretnej fabuły. Dopiero na koniec zarówno akcja, jak i styl pisania osiągnęły w miarę satysfakcjonujący poziom. Nie wiem tylko, czy te ostatnie strony są warte konieczności przedzierania się przez setki stron wprowadzenia.

Grafika wykorzystana w recenzji pochodzi ze strony autorki.

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie