Kilka tygodni temu nakładem Domu Wydawniczego Rebis na półki księgarni trafiło „Imperium Ciszy” Christophera Ruocchio. Jest to debiutancka powieść autora pracującego na co dzień w amerykańskim wydawnictwie Bean Books jako redaktor. Książka ta sprawiła, że zapragnąłem powrócić na wykreowaną przez Franka Herberta Arrakis i to nie tylko z powodu porównywania recenzowanego tytułu do mojej ulubionej „Diuny” oraz rewelacyjnego „Imienia wiatru”. Ale o tym szerzej opowiem później.

Wykreowane przez autora uniwersum robi ogromne wrażenie. Ruocchio prezentuje łaknącą władzy ludzkość, która już dawno temu opuściła bezpieczne ramiona Starej Ziemi, udając się ku gwiazdom na poszukiwanie kolejnych światów do skolonizowania, gdyż przypominająca ponuklearną pustynię Terra nie nadaje się do życia. Choć jest to wizja dość odległej przyszłości naszego rodzaju, to nie mogę nazwać jej specjalnie futurystyczną. W „Imperium ciszy” nie uświadczycie międzyplanetarnych lotów z prędkością światła, teleportacji, czy wielu innych pomysłów znanych ze „Star Treka” lub „Gwiezdnych wojen”. Zamiast tego mamy genetyczne modyfikacje u elit, dzięki którym są lepsi, zdrowsi, piękniejsi i przede wszystkim długowieczni. A jeśli chce się podróżować między światami, to trzeba przeleżeć parę lat w zamrażarce na pokładzie statku kosmicznego, ponieważ nikt nie oferuje przelotów z wygodnym łóżkiem oraz wyżywieniem.

Jeśli chodzi o fabułę recenzowanej książki, to lepiej od razu zapomnijcie o tym, co można przeczytać w blurbie, jednak nie z powodu spoilerów, ponieważ ich tam nie ma. Po prostu Hadrian Marlowe w niczym nie przypomina wielbionego przez tłumy bohatera ludzkości, potwora, który zniszczył słońce i Cielcinów – rasę obcych najeżdżających imperium – jakim przedstawia go opis. Kiedy poznajemy protagonistę, jest on dobrze wykształconym i kulturalnym młodzieńcem, mającym w przyszłości zostać władcą planety Delos. Przynajmniej w takim przeświadczeniu żyje Had do czasu, gdy jego ojciec dochodzi do wniosku, że będzie mieć większy pożytek z pierworodnego syna, oddając go do Świętego Zakonu Terrańskigo – przedstawiciela jedynej słusznej religii oraz organizacji będącej również sądowym organem imperialnej władzy. Jak łatwo się domyślić, bohatera taka przyszłość kompletnie nie interesuje. Pragnie on zostać podróżnikiem, odkrywcą oraz uczonym – schoalistą, czyli pewnego rodzaju mędrcem kształconym do roli żywego komputera i encyklopedii. Dlatego postawiony pod ścianą Hadrian postanawia uciec, aby zrealizować własne marzenia.

Dla mnie młody Marlowe w roli protagonisty nie zachwyca. Długie lata przygotowań do roli władcy i polityka odcisnęły na nim swoje piętno, sprawiając, że chłopak jest mało wyrazisty, po prostu nijaki. Zbyt często pilnuje się, aby nikogo nie urazić, postępować zgodnie z protokołem. Przez co robi wrażenie, jakby zatracił własną osobowość na rzecz bycia tym, kogo oczekują od niego inni. Bez wątpienia zachowanie, usposobienie i temperament Hada odbiegają znacznie od charakterystyki śmiałka, którego losy chce się poznawać. Już nie wspomnę o byciu obrońcą ludzkości.

Na szczęście w „Imperium ciszy” nie zawodzi prezentacja historii. Fabuła potrafi zachwycić swoim rozmachem i złożonością. Od samego początku widać, że Ruocchio poświęcił wiele czasu na dopracowanie każdego elementu tekstu, może nawet zbyt wiele. Kwestia przedstawienia różnych planet wypada pozytywnie, ponieważ światy różnią się między sobą, nie tylko wielkością, ilością słońc czy księżyców, ale także składem powietrza, grawitacją bądź florą i fauną. Takie mocne rozbudowanie uniwersum oraz licznych wątków pobocznych, których tutaj nie brakuje, utrudniają poznanie głównego wątku. A to już mi się nie podoba, gdyż w „Imperium ciszy” nie brakuje przygód czyhających na Hada. Chłopak odwiedza obce planety, próbuje przetrwać na ulicach niebezpiecznego miasta lub zarabia na chleb, walcząc na arenie gladiatorów wraz z przestępcami. Na dodatek są tutaj groźni kosmici oraz ksenobici – inteligentne formy życia pochodzące ze Starej Ziemi. „Imperium ciszy” byłoby świetną książką, gdyby nie jeden szkopuł – otóż książka jest zbyt obszerna. Poważnie, ponad siedemset stron w większym formacie niż większość tytułów wydawanych przez Dom Wydawniczy Rebis sprawia, że tego wszystkiego jest zbyt wiele. Na dodatek nie brakuje tutaj również zbyt rozwlekłych fragmentów, które wcześniej czy później zaczynają nużyć. Zdecydowanie przydałoby się skrócić klika pobocznych wątków.

Christopher Ruocchio zdecydowanie pogubił się podczas tworzenia historii. W „Imperium ciszy” ewidentnie brakuje złotego środka między prezentacją uniwersum, przedstawieniem w ciekawy sposób wydarzeń a intrygującymi bohaterami. Widać to zwłaszcza w przypadku Marlowe’a, którego kreacja nie zachwyca. Aczkolwiek nie mogę powiedzieć, by autor nie umiał pisać, ponieważ w innych kwestiach sobie radzi. Szczególnie fabuła wypada solidnie, a pierwszoosobowa narracja ukazana z perspektywy starszego Hada, opowiadającego swoją historię, robi pozytywne wrażenie. Dodatkowo autor próbuje na każdym kroku pomagać Czytelnikowi w oswojeniu się z tym uniwersum po przez wyjaśnianie na bieżąco wszystkich pojęć, politycznych zawiłości czy powodów opuszczenia Starej Ziemi przez ludzi. W recenzowanym tytule nie brakuje dobrego zarysowania motywów ucieczki bohatera z domu oraz licznych i ciekawych zwrotów akcji, które ubarwiają fabułę. Miłym akcentem są znajdujące się na końcu książki dodatki zawierające definicje wszystkich trudnych nazw.

Porównywanie przez Rebis „Imperium ciszy” do twórczości Franka Herberta nie jest przypadkowe. Oczywiście, ten slogan marketingowy ma przede wszystkim na celu zachęcić odbiorców do wybrania tego tytułu. Ale poza tym wywołuje on chęć szukania podobieństw do „Diuny”, a w tym wypadku mam wręcz wrażenie, że Ruocchio – świadomie lub nie – wzorował się na losach Paula Atrydy. Zwłaszcza jedna, początkowa scena treningu Marlowe’a przypomina szkolenie Muad’Diba przed wyruszeniem na Arrakis. Ponadto zbieżności widać w wykorzystywanych technologiach, np. energetycznych tarczach ochronnych, albo w motywie strachu przed maszynami obdarzonymi sztuczną inteligencją. Aczkolwiek nie mogę uznać „Imperium ciszy” za klona „Diuny”, ponieważ poza tymi kilkoma podobieństwami są to kompletnie odrębne tytuły.

Recenzowana książka ma pewne wady, ale na szczęście nie są one na tyle istotne, aby omijać szerokim łukiem w księgarniach debiutancką powieść Christophera Ruocchio. Jeśli o mnie chodzi, to całkiem dobrze bawiłem się podczas lektury, poza tym uwielbiam wykreowane przez autora uniwersum i chętnie poznam dalszy ciąg historii Hadriana Marlowe’a, zwłaszcza że według pogłosek Rebis pracuje nad wydaniem w niedalekiej przyszłości drugiego tomu cyklu „Pożeracz słońc”.

  • Autor: Christopher Ruocchio
  • Tytuł: Imperium ciszy
  • Tytuł oryginału: Empire of Silence
  • Cykl: Pożeracz słońc, tom 1
  • Tłumaczenie: Jerzy Moderski
  • Wydawnictwo: REBIS
  • Wydanie: 1
  • ISBN: 978-83-8062-506-8
  • Format: 150 x 225 mm
  • Oprawa: broszura klejona ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 724
  • Data wydania: 3 września 2019