„Król z bliznami” to kolejna powieść Leigh Bardugo osadzona w znanym i lubianym przez Czytelników uniwersum griszów. Książka ukazała się nakładem wydawnictwa MAG i rozpoczyna podcykl nazwany dylogią Nikołaja.

Przyznaję, iż moja przygoda ze światem, w którym żyją obdarzeni mocami griszowie zaczęła się nieco od środka, a mianowicie od „Szóstki wron”. Gdy ta powieść bardzo mi się spodobała, postanowiłam nadrobić lekturę, sięgając po główną trylogię. Następnie przyszła pora na „Królestwo kanciarzy” oraz „Język cierni”. Ale wciąż było mi mało i napawało mnie smutkiem pożegnanie z polubionymi bohaterami, więc z wielką radością przyjęłam informację o kontynuacji – „Królu z bliznami”. Aż wreszcie okres oczekiwań minął i mogłam sięgnąć po książkę.

Akcja „Króla z bliznami” osadzona została trzy lata po zakończeniu wojny w Ravce. Jednak kraj daleki jest od pokoju, a stabilizacja oparta jest na kruchych fundamentach. Fjerda i Shu Han z wielką chęcią zagarnęłyby terytoria świeżo połączonego państwa i mocno inwestują w rozwój technologiczny, by móc wkrótce tego dokonać. Kolejna wojna to tylko kwestia czasu i odpowiednio spreparowanych okoliczności. A jakby tego było mało, młody król Nikołaj Lancov musi zmagać się ze swoimi demonami. I to dosłownie, aczkolwiek w liczbie pojedynczej. Mrok zasiany w jego ciele podczas wojny, dotąd uśpiony, zyskuje na sile, przez co władca coraz częściej traci nad sobą kontrolę. Pomóc może jedynie niebezpieczna podróż oraz spotkanie z istotami, których istnienie uznawano jedynie za opowieści dla dzieci.

Zaznaczę od razu, że jeśli chcielibyście swoją przygodę z uniwersum wykreowanym przez Bardugo rozpocząć od „Króla z bliznami”, to stanowczo odradzam takie posunięcie. Dużo więcej zrozumiecie, przeczytawszy wcześniej zarówno trylogię, od której wszystko się zaczęło, a następnie przygody cwaniaczków z Ketterdamu. Przy okazji nie popsujecie sobie zabawy znaczącymi spoilerami, gdyż wydarzenia z najnowszej części bezpośrednio nawiązują i są konsekwencjami tych przedstawionych we wcześniejszych odsłonach.

Przyjemnie jest wkroczyć w znany i lubiany świat, spotkać ponownie bohaterów, z którymi się zżyło mimo różnicy wieku, jaka nas dzieli. Jednak takie kontynuacje są dla autora również pewnego rodzaju pułapką, gdyż po tylu powieściach ciężko jest utrzymać poziom i zadowolić Czytelników. Jak każda opinia na temat książki, również moja będzie mocno subiektywna, ponieważ mam słabość do tej serii i Leigh Bardugo musiałaby się naprawdę mocno „postarać”, by zniechęcić mnie do swoich książek.

Choć, a może dzięki temu, że „Król z bliznami” rozpoczyna kolejny po „Szóstce wron” podcykl w uniwersum griszów, Czytelnik w większości spotyka już znanych bohaterów. Oprócz Nikołaja, głównymi narratorami powieści są między innymi Nina Zenik czy Zoya  Nazyalensky. Nie brakuje również Davida Kostyka, Genyi czy rodzeństwa Bataar. Jednocześnie Bardugo postanowiła rozwinąć te postacie i ukazać ich historię w nowym świetle, zajrzeć w przeszłość i dzieciństwo, dzięki czemu postępowanie bądź zachowanie niektórych bohaterów staje się bardziej zrozumiałe. Ale są też pewne minusy w tych nowych kreacjach – nie do końca podoba mi się kierunek rozwoju postaci Zoi, ale mam nadzieję, że autorka nie pójdzie po linii najmniejszego oporu i jeszcze zaskoczy Czytelników, gdyż w innym wypadku generał armii griszów stanie się bardzo szablonową postacią o zmarnowanym potencjale.

Jeśli natomiast chodzi o tytułowego bohatera, w moim odczuciu nie przechodzi on jakiejś wielkiej przemiany. Wciąż jest tym nieco bucowatym, acz diabelsko inteligentnym i sprytnym jegomościem, któremu ciężko przyznać się do błędu i prosić o pomoc. Tylko czasem, gdy strach już głęboko zagląda w jego oczy, okazuje się, jak bardzo jest zmęczony. Ale mimo to walczy do końca i nigdy się nie poddaje.

Tym, co spodobało mi się najbardziej w „Szóstce wron” i dzięki czemu zrodziła się moja sympatia do twórczości Leigh Bardugo, był niemalże brak wątku romansowego, ponieważ jest to akurat ten element, który w powieściach jest dla mnie najmniej istotny i może nie istnieć. Wolę przygody i wartką akcję, dramę bohaterów i brak happy endu niż ckliwe fragmenty. Dopiero „Królestwo kanciarzy” wprowadzało coś więcej w tym temacie. Gdybym natomiast rozpoczęła klasycznie od głównej trylogii mogłoby być znacznie gorzej z moją oceną, gdyż tam pojawia się motyw znienawidzony przeze mnie najbardziej na świecie – on jedna i ich dwóch. Brrrrrr. Natomiast „Król z bliznami” leży w tej kwestii gdzieś pośrodku skali. Nie byłoby w tym nic złego, bo chociaż nie jest to mój ulubiony książkowy temat, jednocześnie wiem, że miłość to przecież ludzka rzecz. Jednak, w moim odczuciu, element ten został przez Bardugo wprowadzony nieco na siłę. Odniosłam wrażenie, że uczuciowe rozterki bohaterów stanowiły swego rodzaju zapychacz w kreacji bohaterów. Autorka postanowiła również wprowadzić wątek LGBT do postaci, po której się tego nie spodziewałam, ale kibicuję jego rozwojowi, mimo że jest mocnym zaskoczeniem. Cieszy mnie, że coraz większa liczba pisarzy porusza w swoich powieściach tę tematykę, zwłaszcza, jeśli nie jest to główna cecha danej postaci, ułatwiając tym chociaż w ten sposób odnalezienie swojego miejsca w świecie.

Nie mogę nie wspomnieć, że w tej części historii griszów pojawia się smok. A kto nie lubi smoków? Chyba tylko ci, którzy spłonęli w ich ogniu. Niestety jego skarbiec świeci pustkami, ale charakter i humor ma istnie gadzi. Smocza mądrość oraz umiejętności gromadzone przez wieki odgrywają znaczną rolę w prezentowanych przez Bardugo wydarzeniach, a podarowana łuska na zawsze zmienia życie pewnej osoby. Ponadto autorka w ciekawy sposób nawiązała do pochodzenia pierwszych griszów oraz zasugerowała etymologię tej nazwy.

Wydanie z twardą okładką i oryginalną grafiką przyjemnie prezentuje się na półce, i żałuję, że nie mam jeszcze w swoich zbiorach głównej trylogii wydanej przez MAGa, gdyż taki zestaw cudownie wyglądałby na półce. Ale Boże Narodzenie za pasem i kto wie, co będzie można znaleźć pod pachnącym lasem drzewkiem. A przecież jestem bardzo grzeczną dziewczynką.

„Król z bliznami” zabiera Czytelników ponownie do Ravki oraz pozwala spotkać znanych bohaterów. Oraz nowych, niekiedy bardzo zaskakujących. Całość przedstawiona jest płynnym i lekkim stylem charakterystycznym dla Bardugo. Nie brakuje przygód, humoru, ale też nostalgii i smutku. Chętnie sięgnę po kontynuację, która, o zgrozo!, jeszcze nie powstała, by dowiedzieć się, co nastąpi dalej. Bo jako osoba, która unika spoilerów jak ognia, kompletnie nie spodziewałam się powrotu pewnej postaci. Czy jego obecność oznacza, że całe dotychczasowe poświęcenie Ravczan było nic niewarte i zbędne? A może to tylko sztuczka mająca osłabić ducha walki? Mam nadzieję, że Leigh Bardugo nie każe zbyt długo czekać na odpowiedzi.

Tytuł oryginału: King of Scars
Przekład: Wojciech Szypuła, Małgorzata Strzelec
Wydanie: 1
Oprawa: twarda
ISBN: 978-83-7480-624-4
stron: 528

 

About WereWolf

Zły Wilk

View all posts by WereWolf