okładka Niedawno swoją premierę miał od miesięcy zapowiadany Zakon Drzewa Pomarańczy – zamknięta w jednym, bardzo obszernym tomie historia, nie mająca żadnego związku z dotąd wydanymi powieściami Samanthy Shannon. Muszę przyznać, że na początku, kiedy się o tym dowiedziałam, trochę się wkurzyłam. Shannon wpadła bowiem w cykl pisania jednej powieści na dwa lata, co w praktyce oznacza, że czwarty tom Czasu żniw dostaniemy dopiero pod koniec przyszłego roku, jeśli nie później. No ale miała to być zamknięta historia. I smoki. Miało być tu mnóstwo smoków. Czego chcieć więcej?

Jak się okazuje, można chcieć trochę więcej, ponieważ – chociaż najnowsza powieść brytyjskiej autorki na swój sposób jest genialna – to posiada też kilka wad. Kilka istotnych wad. Z jednej strony bowiem mamy bogate światotwórstwo, mnóstwo interesujących i niebagatelnie wykreowanych postaci oraz ciekawie zarysowaną historię i mitologię przedstawionego uniwersum, a z drugiej pewną nieporadność Samathy Shannon, żeby w zajmujący i wystarczająco wciągający sposób tę opowieść przekazać czytelnikowi.

Nie chcę, abyście źle mnie zrozumieli – Zakon Drzewa Pomarańczy posiada mnóstwo plusów; trudno przejść obok tej książki obojętnie, kiedy streści się komuś krótko intrygę czy fabułę. Gdybym miała wskazać winowajcę, powiedziałabym, że zawiniła redakcja. Najnowsza powieści Shannon jest bowiem o jakąś jedną trzecią za długa. To masywna, ponad tysiąc stronicowa, podzielona w polskiej wersji na dwie osobne książki kniga, w której tak naprawdę na samym początku nie dzieje się nic istotnego. Podzielenie książki na dwa tomy przez wydawnictwo SQN jest na tyle niefortunne, że wyraźnie pokazuje czytelnikowi, jak długo to trwa, zanim akcja nabierze tempa, a bohaterowie przestaną snuć się po niezliczonych krainach czy pałacowych komnatach bez ładu i składu i w końcu COŚ się wydarzy.

Chociaż intryga całej historii jest zarysowana już na samym początku, trudno pozbyć się wrażenia, że to, co dzieje się w pierwszym tomie polskiego wydania (czyli jakoś przez połowę książki) to jedynie taki wstęp do właściwej historii oraz wydarzeń, które angażują czytelnika. Narracja podzielona została między czterech głównych bohaterów, a przez nich poznajemy dziesiątki innych, jednak zainteresowanie się ich przygodami czy zmartwieniami sprawiało mi na początku niemały problem, ponieważ Shannon miała tendencję do wpadania w typowe schematy powieści fantasy czy prowadzenia wątków dosyć oczywistym, przewidywalnym torem. Na pewno brakowało mi tutaj większego ładunku emocjonalnego, przedstawienia postaci w taki sposób, aby mi na ich zależało; abym martwiła się o ich dalsze losy. Ze wszystkich tych narracji tymczasem wyróżnia się jedynie wątek Ead, której przygody śledziłam z prawdziwym zainteresowaniem.

Dobrze, skoro już popastwiłam się odrobinę nad wadami Zakonu Drzewa Pomarańczy, przejdźmy jednak do jego zalet, czyli rzeczy, które sprawiają, że po tę powieść jednak warto sięgnąć.

Na pierwsze miejsce wysuwa się dla mnie niebanalna kreacja postaci, które są ludźmi z krwi i kości, mają swoje własne ułomności. Doskonałym przykładem jest tutaj królowa Sabran – pałałam do niej niechęcią od początku do końca, a jednak recenzując tę książkę, trudno mi nie przyznać, że została stworzona niemalże perfekcyjnie. Lojalna i odważna, ale również małoskowa, wychowana pod kloszem, nadęta i chełpliwa; to po prostu bohaterka doskonała. Drugim istotnym plusem powieści jest jej feministyczny wydźwięk oraz dobrze i zróżnicowanie wplecione wątki postaci LGBT, których orientacja nie jest wszystkim, co je w tej powieści wyróżnia.

Samantha Shannon stworzyła opowieść, w której nie brak silnych, zdecydowanych kobiet. Biorą sprawy w swoje ręce, zajmują wysokie stanowiska czy knują wraz z wrogiem. Występuje tutaj widoczna przewaga bohaterek nad bohaterami, czego szczerze mówiąc nie zauważyłam, dopóki nie zaczęłam pisać tej recenzji. Myślę, że to pozytywny znak, a w przyszłości autorzy powieści high fantasy nie będą się obawiać dawania większego głosu również żeńskim postaciom. Gorąco temu kibicuję.

Dodając do tego barwne, bardzo bogate światotwórstwo oraz zaskakujące zwroty akcji, które wciągają czytelnika w drugiej części powieści bez reszty, sprawiają, że popełniłabym zbrodnię, nie polecając Wam Zakonu Drzewa Pomarańczy. Miejcie jednak na uwadze, że trzeba dać tej książce czas, żeby Was oczarowała. Naprawdę dużo czasu. A potem jest już z górki. :)

tytuł: Zakon Drzewa Pomarańczy
autorka: Samantha Shannon
wydawnictwo: SQN
tytuł oryginału:The Priory of the Orange Tree
data wydania:2019-09-18
liczba stron:1104
język:polski
ISBN:9788381296083
tłumacz:Maciej Pawlak

 

About Blair

Pełnoetatowa książkoholiczka i filmomaniaczka. Recenzentka - amatorka, szpanująca swoim talentem pisarskim i nie rozumiejąca, dlaczego nikt nie chce podziwiać blasku jej intelektu, który przecież razi wszystkich po oczach. Czasami o skłonnościach masochistycznych, wiecznie niewyspana. Niepoprawna romantyczka, marząca o naprawianiu świata. Ponoć mówią, że nocą staje się Nocnym Cieniem i szuka nowych, szeleszcząco - papierowych ofiar...

View all posts by Blair