Michał Gołkowski, czyli Remigiusz Mróz polskiej fantastyki, to autor, który przyzwyczaił Czytelników do tego, że na jego książki nie trzeba czekać zbyt długo. Autor pisze dużo, szybko i praktycznie wszędzie, gdzie można zmieścić laptopa. Dzięki takiemu podejściu do pracy dosłownie miesiąc po premierze „Złotego miasta” światło dzienne ujrzał „Zmierzch bogów” – finałowy tom trylogii „Bram ze złota” wchodzącej w skład „Siedmioksięgu grzechu”.

Przygoda Zahreda i Miry ciągle trwa. Choć bohaterom oraz towarzyszącej im dzielnej kompanii waregów udało się zrealizować główny cel wyprawy – dotarcie do złotego miasta – mają teraz problem z tym, co dalej. Niby Konstantynopol jest wspaniałym miejscem oferującym przybyłym z dalekiej północy barbarzyńcom uroki rzymskiej cywilizacji, takie jak kamienne drogi, akwedukty i łaźnie, do których zbyt łatwo się przyzwyczaić. Ale dla miasta nadszedł trudny czas. Pod murami Konstantynopola rozłożyła obóz stutysięczna armia emira Maslamy. A postawiony pod ścianą Zahred z sobie tylko znanych powodów decyduje się opowiedzieć po stronie oblężonych.

W trylogii „Bram ze złota” można dostrzec przemianę bohatera, najbardziej widoczną w „Zmierzchu bogów”. Powiem Wam, że naprawdę lubię nowe wydanie protagonisty. Wcześniej w ogóle nie interesowali go inni ludzie, byli po prostu narzędziami, które wykorzystywał do realizacji własnych planów, nie dbając o ich życie. W końcu on istnieje od wieków, gdy reszta wcześniej czy później przemija, zostawiając po sobie wyłącznie pył. Teraz jest bardziej miękki, sentymentalny, a do realizacji coraz to nowych zamysłów napędza go miłość. Kobiety potrafią zmienić mężczyzn, zwłaszcza tak niezwykłe jak Mira. Bohaterka wyrosła na ważną postać w życiu Zahreda oraz w samej historii. Silna i niezależna dziewczyna, która na polu walki radzi sobie równie dobrze – lub lepiej – niż waregowie. Poza tym jest ciekawa świata oraz wyjątkowo bystra, a na skutek nauk protagonisty staje się wręcz przebiegła. Po prostu ją uwielbiam, ponieważ miała wystarczająco dużo odwagi i determinacji, aby wywalczyć sobie miejsce w męskim świecie. Oprócz tego zdobyła szacunek towarzyszy broni, a to jeszcze cenniejsze. Cieszy mnie taki obrót spraw, gdyż Mira dzięki swoim staraniom jest integralną częścią historii, wskutek czego często możemy poznawać rozwój wydarzeń z jej perspektywy.

„Zmierzch bogów” opowiada przede wszystkim o wielkiej wojnie oraz odgrywającym w niej ważną rolę Zahredzie. Aczkolwiek to nie wszystko – obok licznych starć na murach, szturmach na miasto czy krwawych morskich bitwach występują również bardziej przyziemne wątki, dzięki którym możemy poznać życie zwyczajnych ludzi w tamtych czasach. Poza tym recenzowany tytuł jest też opowieścią miłosną, ale oprócz tego i obyczajową, z licznymi plotkami oraz skandalami. A jakby komuś ciągle było mało, to są jeszcze dworskie intrygi. W zasadzie praktycznie każdy jest w stanie znaleźć tutaj coś ciekawego dla siebie.

Niestety taka znaczna liczba wątków ma również minusy. Przede wszystkim można szybko zostać przytłoczonym ich ilością i tym, że z każdym rozdziałem przybywają kolejne. Przez to książka zaczyna trochę przypominać ciągnięty na siłę serial, w którym najważniejszy motyw często schodzi na dalszy plan, odwlekając finał. Na szczęście poboczna intryga nie odbija się negatywnie na prezentowanej historii, ponieważ stanowi urozmaicenie dla licznych bitew, a przy okazji ożywia tekst. Aczkolwiek jak dla mnie wątków pobocznych było zbyt wiele. Poza tym siedemset pięćdziesiąt stron to naprawdę dużo.

Michał Gołkowski rozwija się z każdą kolejną książką. Najlepiej to widać w scenach batalistycznych. Ciągle pamiętam, jak podczas lektury finałowego tomu „Komornika” miałem wrażenie, że przedstawiona tam wielka bitwa była mocno chaotyczna. Natomiast w „Zmierzchu bogów” tego typu fragmenty sceny są bardziej przemyślane, skrupulatnie zaplanowane, ale nadal zaskakują swoją efektownością. Zachwycają też opisy – każdemu machnięciu topora, zastawie tarczy oraz lecącej w powietrzu strzale towarzyszą ogromne emocje, gdyż nigdy nie można być pewnym rozwoju sytuacji i tego, kto na końcu będzie stać na polu walki wśród trupów. Autorowi nie brakuje wyobraźni, jego pomysły często są kompletnie zwariowane, a ich skala dorównuje rozmachem najdroższym superprodukcjom z Hollywood. Dzięki tym wszystkim cechom można zapomnieć o nudzie. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że pisarz nie zmyślił wszystkiego, gdyż tak naprawdę fabuła po części opiera się na autentycznych wydarzeniach.

„Zmierzch bogów” to niesamowita opowieść, a jej finał dosłownie mną wstrząsnął. Sięgając po tę powieść, nie spodziewałem się aż tak emocjonującego oraz szokującego zakończenia trylogii „Bram ze złota”. Michał Gołkowski zdecydowanie namieszał i prawdopodobnie przedstawione w tej części wydarzenia mocno wpłyną na kolejne tomy septalogii. Prawdę mówiąc, już chciałbym poznać dalszy ciąg historii. Ale nie mogę, ponieważ przeczytałem wszystkie dostępne części. Teraz pozostaje mi uzbroić się w cierpliwość i czekać na następną premierę.

Polecam Wam „Zmierzch bogów”, który bez wątpienia jest pozycją obowiązkową dla wszystkich fanów autora i miłośników przygód Zahreda. A jeśli chcecie zacząć swoją przygodę z tym cyklem, to najlepiej rozpocząć od pierwszego tomu „Siedmioksięgu grzechu” – „Spiżowego gniewu” – lub od „Świątyni na bagnach” będącej pierwszym tomem trylogii „Bram ze złota”. W zasadzie ma się tu sporą swobodę, gdyż pierwsze trzy części serii są skonstruowane w taki sposób, że można zacząć przygodę od dowolnej książki.

  • Autor: Michał Gołkowski
  • Tytuł: Zmierzch bogów
  • Cykl: Siedmioksiąg grzechu
  • ISBN: 978-83-7964-452-0
  • Format: 13 x 20 cm
  • Oprawa: twarda
  • Ilość stron: 759
  • Data wydania: 13 listopada 2019

Moje pozostałe recenzje cyklu:

  1. Spiżowy gniew
  2. Bogowie pustyni
  3. Świątynia na bagnach
  4. Złote miasto