Kilka tygodni temu na półki księgarni trafiły “Bajki krasnoludzkie” Małgorzaty Lisińskiej, zapraszamy do zapoznania się z fragmentem książki.  

Zbiór opowiadań (obrazoburczych przeważnie), których bohaterami są członkowie zacnego rodu Yudherthardere! Kochasz Sodiego, wkurza Cię Yasa? Pokochasz Benerię i jej potomków!

Bez kompleksów, bez kompromisów i bez namysłu dzielne krasnoludy (i krasnoludka) stawiają czoła wyzwaniom, którym nie sprostaliby najwięksi herosi Krainy. Nie straszne im duchy, pierwotni magowie, pradawne moce, wiedźmy, czy nawet królowa przedkładająca nad uciechy łożnicy łańcuchy i pejcze!

Z odwagą w sercu i pieśnią (lub przekleństwem) na ustach ród Yudherthardere zapisuje się w historii Krainy!

  • Autor: Małgorzata Lisińska
  • Tytuł: Bajki krasnoludzkie
  • Cykl: Tropiciel, tom 0,2
  • ISBN:
    • Druk: 978-83-7995-459-9
    • ePub: 978-83-7995-460-5
    • mobi: 978-83-7995-461-2
  • Format: 12,5 x 19,5 cm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 330
  • Data wydania: 15 lutego 2020
  • Cena:
    • Papier: 39,99 zł
    • ePub: 29,99 zł
    • mobi: 29,99 zł

FRAGMENT

Rozbójnicy

Panny z dobrego domu nie klną, nie piją, nie puszczają się i nie szlajają nocami po szemranych szynkach. Beneria rzadko żałowała, że nie jest panną z dobrego domu. Generalnie lubiła swoje życie. Przygody, szaleństwo i zmienność. Lubiła niepewność jutra i to, że niczego nigdy nie planowała. Nie musiała się martwić o przyszłość, a świadomość tego, co nadejdzie, nie spędzała jej snu z powiek. Zawsze trafiły się jakiś dach nad głową, jakaś przyjazna karczma i nieszpetny fundator.
Taaa… Beneria rzadko żałowała, że nie jest panną z dobrego domu. Tego ranka jednak, gdy obudziła się w śmierdzącej stajni okryta brudną derką z koszmarnym kacem, kompletnie nie pamiętając, jak się tam znalazła… Tego ranka, nim jeszcze otworzyła oczy, zatęskniła do bycia córką szlachetnej rodziny, z wpojonymi nudnymi zasadami. Miała niejasne wrażenie, że wtedy jakiś szalony królik nie buszowałby w jej trzewiach, a odzienie nie cuchnęłoby… Właśnie, co to za straszliwy odór? Niechętnie, gdyż czuła hordę doboszów wygrywających marsza tuż pod obolałą czaszką, uniosła powieki.
Wielkie ciemne oczy patrzyły na nią z zainteresowaniem. Chrapy siwka drgnęły lekko, jakby ze zdziwieniem wyczuwając obecność gościa. Beneria krzyknęła, odsuwając się od zwierzęcia. Uderzyła przy tym w cienką drewnianą ściankę rozdzielającą boksy. Koń parsknął cicho i pochylił łeb.
– Fuj! Wynocha! A sio! – Krasnoludka nerwowo przetarła rękawem oblizany przez czworonoga policzek. – Czy ja, do jasnej cholery, cmokam cię nieproszona? Dobra, dobra, wiem, że wlazłam ci do łóżka, ale to jeszcze nie powód do takiej poufałości! No, poszedł! Wszystkie chłopy takie same! Bez względu na gatunek! Jesteś mężczyzną, co? – Przekręciła głowę, żeby się upewnić. – Jasne, że jesteś. Żadna baba nie wciskałaby się z czułościami nieproszona. Poszedł wreszcie!
Koń jednak nie poszedł. Wręcz przeciwnie, z lubością przytulił pysk do szopy rudych włosów dziewczyny. Beneria przewróciła oczyma, odsunęła gniewnie łeb zwierzęcia i wstała. Świat zawirował w wesołym tańcu, przypominając pannie o ilości miodu wypitego poprzedniego wieczoru. Jęknęła cichuteńko, wspierając się o ściankę. Deski ugięły się lekko. Przez nieprawdopodobnie długą chwilę wspomniany miodzik podróżował to w górę, to w dół krasnoludzkich trzewi i wreszcie postanowił nie opuszczać tychże. Beneria odetchnęła głęboko.
– No i czego tak się wgapia, ha? – rzuciła do ogiera. – Baby z kociokwikiem nie widział?
Koń zarżał, trącając ramię kobiety.
– Jasne, jasne. Pewnikiem nie zaglądają do ciebie za często. Nic to, przyjacielu. – Ulga złagodziła nastawienie Benerii, więc dziewczyna z namiastką czułości poklepała biały pysk. – Się będę zbierać. Miło było, chociaż śmierdzi w tym twoim wyrku… gorzej niż u jednej krasuli. Bywaj, chłopcze. – Przesłała mu całusa i ruszyła do wyjścia.
Nie zrobiła nawet trzech kroków, gdy zobaczyła dwie wchodzące postaci. Cofnęła się błyskawicznie. Nigdy nie wiadomo, kogo niosą złe demony. Schowana za potężnym filarem, przyglądała się idącym. Wyższa postać wydała jej się znajoma. Mgliście znajoma, ale zawsze. Ognistoczerwone włosy niższej z całą pewnością nie były naturalne i aż dziw, że tak ściśnięty gorset pozwalał kobiecie oddychać.
– Jesteś pewna? – Głos wyższej osoby mimo męskiego odzienia oraz szczupłej, pozbawionej krągłości sylwetki i krótkich czarnych włosów zdecydowanie należał do niewiasty. A to niespodzianka! Beneria wgapiła się w kobiety i nadstawiła uszu.
– Przecież wiesz, że oni lubią się chwalić – odpowiedziała niższa. – Zwłaszcza kiedy już skończą i…
– Daruj mi szczegóły, Terise. Chcę tylko wiedzieć, czy jesteś pewna.
– Kapitan powiedział, że pojadą Zielonym Jarem, bo tam nigdy nie spotkali zbójców, a i trudno się ponoć tam na kogoś zaczaić. Całą kwartalną daninę od jaśnie wielmożnego rządcy będą przewozić. Mówił, że z pięćset sztuk złota. Wyobrażasz sobie taki majątek? Można by pół hrabstwa za to kupić… a może i całe. Miałabym taki duży dom, nad morzem… – rozmarzyła się dziewczyna.
Wyższa pochyliła się i położyła dłonie na ramionach czerwonowłosej.
– Powinnaś przystać do nas, Terise – powiedziała cicho.
Niższa roześmiała się perliście.
– Do lasu? Do wilgotnych, zimnych jaskini? I co ja bym tam robiła? Och, nie patrz tak na mnie, Ali. To nie jest takie straszne. Gospodyni mnie lubi. Pozwala mi wybierać klientów. Mam dom, strawę, mogę odłożyć trochę talarów na gorsze czasy… Już mi się na chatkę z ogródkiem prawie, prawie uzbierało. A klientów wybieram samych miłych i niebrzydkich. Sprawiam im przyjemność, ale oni mi też nie żałują. No i zbieram dla was informacje. Kto by wam donosił, jakbym z tobą poszła?
Czarnowłosa westchnęła w odpowiedzi i pokręciła w milczeniu głową.
– Mam taką prośbę… – Terise zawahała się.
– Mów.
– Ten kapitan… On taki milusi jest. Zawsze był dla mnie dobry. Płacił z naddatkiem, a w pościeli…
– Do sedna, proszę.
– Nie zrób mu krzywdy, dobrze?
– Zdumiewasz mnie, Terise. – Ali uśmiechnęła się ponuro.
– Proszę.
– Dobrze. Powiem wszystkim, że kapitana nie wolno uszkodzić.
Czerwonowłosa rozpromieniła się.
– Dziękuję. Bardzo dziękuję. To ja już pójdę. Lepiej żeby nas nikt nie przyuważył.
Zbójniczka potaknęła. Rozeszły się błyskawicznie, każda w inną stronę.
Beneria stała jeszcze przez chwilę, patrząc za niższą z kobiet, i zachodziła w głowę, jak się robi takie włosy. Już miała wyjść z ukrycia, gdy kątem oka zauważyła ruch u wejścia do stajni. Naszła ją myśl, że to zdumiewająco ruchliwe miejsce jak na tak wczesną porę dnia.
Chudy krasnolud wychynął z ciemnej wnęki. Rozejrzał się nerwowo i wybiegł z budynku.
Siwek za plecami dziewczyny zarżał cicho. Westchnęła i zerknęła na konia.
– Nie moja sprawa, chłopcze – szepnęła. – Moją sprawą jest wysupłać zza paska kilka kwartników, znaleźć przyzwoitą gospodę i najeść się do syta. Bywaj.
Głośne parsknięcie zatrzymało ją przed wyjściem. Odwróciła się ponownie.
– No, czego?
Ciemne oczy wgapiały się w oblicze kobiety jak żywy wyrzut sumienia.
– Oż, daj spokój! Też się podkuty święty znalazł! – zezłościła się krasnoludka. – I co się mnie pchać między rządcę i zbójców? Nie ślep tak! I bez tego wiem, że z rządcy skurwiel jakich mało i że ten kurdupel, co dziewuchy podsłuchiwał, z ciepłą dupcią poleciał do jaśnie wielmożnego, żeby mu donieść. Pewnie zasadzkę wyszykują, a tę rudą końmi ciągać będą po placu, coby innych od stawiania się władzy odstraszyć. – Zamyśliła się na moment. – No wiem, że trochę szkoda. Żeby tak włosy wymalować… Ciekawe, jak to zrobiła, no nie? Ty wiesz? Może i masz rację. Pójdę i zapytam.
Siwek poruszył łbem, zupełnie jakby przytakiwał. Rozbawiona Beneria skinęła głową.
– Miło cię było poznać, chłopcze. A i za gościnę dzięki. Jakbyś kiedyś w moje okolice się zagalopował, odwdzięczę się. Bywaj.
To rzekłszy, ruszyła w ślad za czerwonowłosą.
Zamtuz Pod Jurnym Jeleniem – taaa, się wykazał poczuciem humoru ten, co tak uroczo go nazwał – był niskim, niewielkim budynkiem stojącym na skraju miasta. Nie miał najlepszej opinii, ale najgorszej też nie. Ot, przybytek, który w każdym mieście wyklinały porządne kobiety, a bez którego nie mogli się obyć ich mężowie. Beneria kolejny raz pożałowała, że przez dyskusję z wierzchowcem nie zdążyła dogonić ladacznicy. Nie chciała wrzeszczeć za dziewczyną, żeby nie zwrócić na siebie uwagi mieszkańców, przez co zobaczyła jedynie krwiste loki znikające za drzwiami lupanaru. Zatrzymała się więc krasnoludka z dziesięć kroków przed przybytkiem, walcząc z głębokim pragnieniem, by odwrócić się i odejść.
Och, nie żeby Benerię gorszyły cichodajki albo domy schadzek napełniały obrzydzeniem. Co to to nie. Każda panna – jak sądziła krasnoludka – miała prawo do własnej dupy, więc skoro chce nią handlować, nic nikomu do tego… Dopóki, rzecz jasna, handel jest dobrowolny, a należność właściwa i trafia do świadczącej usługi, a nie do jakiegoś łajdaka czerpiącego zyski z nierządu tejże. Z tego zaś, co Benerii było wiadomo, w Jurnym rządziła uczciwa gospodyni, pozwalająca dziewczętom zatrzymywać znakomitą część zarobku.
Co innego jednak nie gardzić ladacznicami, a co innego w biały dzień zastukać w zamtuzowe drzwi.
– Cholera, było spać dłużej. Nic bym nie wiedziała, a ten durny pchlarz sumienia by mi nie podrażnił – wyszeptała do siebie, po czym z ociąganiem podeszła do wejścia. Stuknęła miedzianą kołatką i wzdrygnęła się na dźwięk uderzenia. Zdało się jej naraz, że całe miasto słyszy ten brzdęk i ino chwila, a wszyscy wychyną z domów, by się pukającej przyjrzeć. Podenerwowana uderzyła kolejny raz i jeszcze jeden.
– Dyć idę! – wrzasnął potężny stróż, otwierając drzwi. – Wiem, że człeka może przypilić… – Urwał, kiedy zobaczył, kto stukał. Zamrugał zaskoczony. – A panna czego tu? – Obejrzał dziewczynę, dokonując błyskawicznej oceny. – Gospodyni będzie rada. Takiej jeszcze u nas nie było.
Beneria cofnęła się o krok. Zmarszczyła brwi, przetrawiając słowa. Naraz pojęła insynuację. Złapała się pod boki i ryknęła wściekle:
– I, cholera, nie będzie! Nie stać was na mnie! – Postąpiła krok w kierunku mężczyzny, a miała coś takiego w czarnych oczach, że ten, choć niemal dwukrotnie większy od krasnoludki, cofnął się gwałtownie. – Wybij to sobie z tej pustej, wielkiej, łysej łepetyny! Żadna kobieta z mojego rodu nie musiała na życie na plecach zarabiać! I NIE! – wrzasnęła, kiedy spróbował otworzyć usta. – Na kolanach też nie! Ze dwie złodziejki były! I owszem! I szczycę się, że były najlepszymi złodziejkami w Krainie! Kradły w najlepszych domach! I w pałacach! Żadna dupy za talary nie dawała i ja, kurwa, pierwsza nie będę! Zrozumiałeś?!
– Taaa, ja i z pół dzielnicy – wymamrotał wciąż nieco wystraszony wielkolud.
Dziewczyna rozejrzała się nerwowo. No tak, zapomniała.
– Wpuść mnie, do jasnej cholery!
– Ale po co? Skoro nie do roboty…
– Terise zawołaj. Nie, nie teraz! Najpierw wpuść mnie do środka! No już! – Odepchnęła wielkoluda i weszła pod jego ramieniem do lupanaru.
Drzwi zamknęły się za nimi. Mężczyzna, zaskakująco szybko jak na swoją posturę, zniknął z pola widzenia Benerii. Stała więc samotnie, przytłoczona dusznym zapachem perfum i wszechobecną ciszą. Znać, że mieszkanki domu uciech odpoczywały po pracy. Jako że była osobą bardzo ciekawską, krasnoludka rozglądała się wokoło. Nie wiadomo przecież, czy jeszcze kiedykolwiek dane jej będzie oglądać lupanar od środka.