Mamy dla Was kolejny fragment “Żółtych ślepi” Marcina Mortki.

Jest 995 rok. Medvid to potężny, barczysty wojownik, który od zawsze wiernie towarzyszy księciu Bolkowi, próbującemu zjednoczyć kraj pod swoim panowaniem. Medvid doradza księciu, jak okiełznać słowiańskie moce magiczne – jak postępować z żercami, gdzie szukać wilkołaków i wodników, czym przekupić miejscowe wiedźmy i rusałki, jak przepędzić licha, leszych i latawice.

Jednak na książęcym dworze coraz więcej do powiedzenia mają niemieccy księża misjonarze. Los Medvida też jest niełatwy, łączy go bowiem tajemna miłość z żoną księcia, węgierską księżniczką Hajną.

“Autor z wielkim smakiem opisuje czasy rządów Bolesława zwanego Chrobrym, który rozwijał dzieło swoich przodków, umacniał nową wiarę, zmagając się przy tym z siłami sprzyjającymi dawnemu porządkowi. W tym wszystkim jego sługa i przyjaciel, wspomniany Medvid, musi odnaleźć własną drogę, wybierać między bezwzględną lojalnością a głosem serca. Czy dokona słusznych wyborów? Tego czytelnik dowie się z lektury.”

Rafał Dębski

“Prawdziwie słowiańska, magiczna przygoda z krwi i kości. Zmiennokształtni, wiedźmy, widzenia i majaki przeplatające się z rzeczywistością w kołowrocie tak obłąkanym, że sam czytelnik nie wie, co było prawdą historyczną, a co wymysłem bajarza… Książka, którą każdy miłośnik rodzimej fantastyki powinien obowiązkowo przeczytać!”

Michał Gołkowski
  • Autor: Marcin Mortka
  • Tytuł: Żółte ślepia
  • Wydawnictwo: Uroboros
  • Wydanie: I
  • ISBN: 978-83-280-4514-9
  • Format: 135 x 202 mm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 415
  • Data wydania: 26 lutego 2020

FRAGMENT

Przytulił ją mocno, a wiedźma wsunęła miękkie dło¬nie w rękawy jego koszuli, wysoko, niepotrzebnie wyso¬ko. Trwali w uścisku długą chwilę, również niepotrzeb¬nie długą. Na tyle długą, by Medvid mógł odtworzyć sobie rozmiar piersi Gosławy, prześwitujących pod cienką, lnianą suknią i przypomnieć sobie zapach jej włosów.
Nie miał pojęcia, co czyni atmosferę wokół chatki tak wyjątkową. Czasami myślał, że być może to woń eliksi¬rów, maści i ziół, potężnych, kryjących w sobie wielką moc, ale miał też wrażenie, że być może, świadomie bądź nie, tworzy ją sama Gosława.
Jej delikatna skóra, spojrzenie, muskający dotyk.
Jej zapach.
Znowu zapomniał, po co przyszedł.
Odsunął się z trudem i odtroczył od pasa sakiewkę. Odkaszlnął.
– Przyszedłem, by… – chrząknął parokrotnie, mimo to nadal nie mógł pozbyć się chrapliwego tonu. – By ci to oddać!
– Eee tam. – Gosława usiadła na skraju podestu. – A ja myślałam, głupia, że porozmawiać chcesz. Posie¬dzieć ze starą przyjaciółką. Dotrzymać towarzystwa samotnej.
Czarny kot wysunął łebek zza progu i spojrzał na wiedźmę ze skrajnym niedowierzaniem i oburzeniem.
– Nooo – zawahał się Medvid i również usiadł, nie¬zgrabnie jak zwykle. – To też. Tak, porozmawiać. Jak najbardziej. Bo mój plan się powiódł.
– No to opowiadaj. – Wiedźma odchyliła lekko gło¬wę, a jej jasne, jedwabiste włosy spłynęły po ramieniu niczym promień słońca po lustrze. Na ustach Gosławy nadal błąkał się lekki uśmiech, trochę zamyślony, trochę kuszący. Oczy skrzyły.
Tym razem Medvid opamiętał się nieco sprawniej.
– Powiódł się – powtórzył. – Odłączyliśmy się od reszty podczas łowów, co nie było kłopotem. Książę ani chybi pogadać chciał, wyżalić się może. I na niebezpie¬czeństwo miał ochotę, wielką, mówię ci. Woje Żelisława nigdy by mu na to nie pozwolili. Strzegliby go przed każdym niebezpieczeństwem, własną piersią zasłonili, ewentualnie z łuku szyć kazali. Wszak książę to książę. A ze mną…
– Z tobą… – powiedziała sennie wiedźma i musnęła dłonią jego ogromne łapsko. Chwilę później zamrugała oczami. – Wybacz, zamyśliłam się. Opowiadaj, opo¬wiadaj.
– A ze mną to różnie bywa – bąknął Medvid niepewnie.
– Oj, różnie. Choć na ogół jest znośnie.
– Ale ja nie o tym.
– Wiem.
– W każdym razie… – Medvid wbił wzrok w odległe jezioro, by skupić myśli. – W każdym razie udało mi się Bolka zaciągnąć na tereny oznaczone przez wilkołaka. Wypadł na nas dzik, który pewnie również zabłądził, poczuł zapach potwora i wpadł w strach. Byś widziała, jaki był przerażony. Pędził na nas jak szalony, ledwie ubić go zdołaliśmy.
– A wilkołak? – Wiedźma oprzytomniała i spojrzała na Medvida czujnie. Kot podszedł bliżej i ułożył się na jej kolanach, wpatrzony w woja, jakby i on chciał posłuchać.
– Pojawił się nieco później. Nie mam pojęcia, co go zwabiło. Nasze krzyki, zapach dziczej krwi czy może twoje zioła. – Pokazał raz jeszcze sakiewkę. – Ale przy¬był. Wściekły, szalony, ledwie odpędzić się dał. I swoje zrobił. Księciu stracha napędził.
– Pytanie, jak długo książę będzie o tym pamiętać – stwierdziła oschle wiedźma i popatrzyła tam, gdzie nad ciemniejącymi borami płynął już rożek księżyca, jakby na spotkanie zachodzącego słońca.
– Będzie. Odwiedził mnie Zając.
– Zając? – Gosława zmarszczyła brewki, a na gładkim czole pojawiła się bruzda niechęci. – Ten z zezem? Cię¬giem nienażarty?
– Tenże sam. Gdybym go nie wywalił, rozbiłby mi pusty garniec z miodem i wylizał skorupy. Ale ma, drań, użyteczny talent. Wiesz, o czym mówię, prawda?
– Wiem. – Gosława pokiwała głową. – Potrafi, jeśli chce, pozostać całkowicie niezauważony, a więc jeśli za¬kradnie się w odpowiednie miejsce, usłyszy wszystko. Na szczęście na mnie ten jego dar nie działa. Poszczułam go kotem.
Futrzak trzepnął się ogonem w bok i pokazał Medvi¬dowi ostre kiełki. Woj chciał zadać pytanie, lecz potrzą¬snął tylko kudłatą głową i zrezygnował. Jego myśli na¬tychmiast powróciły do rewelacji przyniesionych przez Zająca.
– Cud, że ci go nie zeżarł. W każdym razie Bolko pono nawrzeszczał na biskupa Berwida i jego świtę. Wytknął im, że ten cały krzyż łajno daje, bo gdyby nie ja, zostałby rozwłóczony przez wilkołaka. Mam zostać na dworze.
– Cieszę się – powiedziała wiedźma, choć w jej głosie zabrakło serdeczności. – Cieszę się, Medvidzie. Cieka¬wam tylko, czy…
– Czy co? – Medvid odwrócił się ku niej.
W oczach Gosławy pojawiła się mgła zadumy, uśmiech stał się odległy, zagubiony. Bezwiednie odtrąciła kota, a ten, urażony, skrył się za belką z grubego pnia. Jej dłoń, miękka i delikatna niczym skrawek chmury, do¬tknęła łapska gościa.
– Czy to sens ma, Kosmaczu? – dopowiedziała.
– Zabawne. – Medvid odnalazł wzrokiem księżyc, żeglujący nad lasem, i również się uśmiechnął. Gdzieś krzyczały ptaki, tafla jeziora rozmywała się wśród mgieł. – Nie ty pierwsza zadałaś dziś to pytanie.
Gosława milczała. Puściła jego rękę i objęła ramiona¬mi kolana, wpatrzona w dal.
– Książę pytał dziś o to samo. Po co wracasz na dwór, Kosmaczu? Po co? Wszak to nie twój dom, ty przynale¬żysz do kniei, jej jesteś częścią.
– Co powiedziałeś? – Wiedźma przeniosła na Medvida wzrok, ciepły i współczujący.
– Nic. – Wzruszył potężnymi ramionami. – Szcz꬜ciem miał zbyt wiele spraw na głowie, by się tak napraw¬dę zastanowić, co mną kieruje. Tobie jednak powiem co. Jestem częścią kniei, to prawda. Jestem synem puszczy
i wiem, że to, co robię, jest głupie. Głupie i bezmyślne. Że któregoś dnia moje szczęście się skończy. Ale w puszczy – uśmiechnął się – nikt czasu nie liczy. Czy tur albo wilk przejmuje się tym, co będzie jutro? Nie, póki jego zakątek lasu daje mu to, dzięki czemu jest syty i szczęśliwy.
– Jesteś syty i szczęśliwy – powtórzyła zadumana wiedźma.
– Jestem. I wierzaj mi, nie dbam o to, co będzie jutro. Zostanę na dworze, Gosławo.
– To dobrze, Kosmaczu. Naprawdę się cieszę – oznaj¬miła wiedźma. Zamyślony, rozpromieniony Medvid nawet nie zauważył, że jej słowa były puste i pozbawione uczuć. – Idziesz dziś do grodu?
– Nie. – Skrzywił się. – Książę jakąś wielką ucztę zwo¬łuje, wszystkich ważnych ludzi będzie gościł, nowości chce oznajmiać. Nie dla mnie to miejsce, nie dla mnie czas.
– Zostaniesz więc u mnie?
– Zostanę, co mi tam.
Wiedźma westchnęła i weszła do chaty, skąd wyłoniła się zaraz z dwoma kubkami miodu. Podała Medvidowi jeden.
– Pozwól, Kosmaczu, że cię o jedno spytam – szepnꬳa cicho jak wieczorny wiatr.
– Pytaj, o co chcesz.
– Czy ona cię miłuje? Albo choć wie, jak bardzo ty ją miłujesz? Ile byś dla niej zrobił?
– Nie wiem. – Medvid upił łyk. – I nie będę pytał. W kniei, Gosławo, nikt uczuć nie nazywa. Nikt słowami nie psuje ciszy. Nikt nie daje rzeczom miana, bo to tylko zamęt pogłębia, kolejne pytania budzi, spory wywołuje. W kniei żyjesz chwilą i cieszysz się nią.
– A kiedy chwila się kończy?
– Wówczas uciekasz.
Słowa Medvida, zimne i surowe, przecięły rozmowę, choć w brązowych oczach woja wcale nie było znać chło¬du. Wręcz przeciwnie, z każdym wypitym łykiem robiło mu się lżej na duszy. Nie pamiętał już o grodzie, o księ¬ciu i o biskupie, o rodach i o Niemcach, o sprawach, których nie rozumiał. Oddalały się, traciły wyrazistość, rozpływały się w blasku wielkiego szczęścia, huczącego w sercu Kosmacza niczym ogień w zimowy wieczór.
Gosława przysunęła się i wtuliła w jego ramię. Jej włosy pachniały latem. Zerknął w bok i zauważył, że jest naga.
Nie protestował. Upił kolejny łyk.