Robert J. Szmidt należy do grona pisarzy chętnie czerpiących z historycznych realiów w swojej twórczości. W cyklu „Szczury Wrocławia” wykorzystał panującą w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku epidemię ospy we Wrocławiu. W najnowszej książce, pod tytułem „Zgasić Słońce”, autor zaprasza Czytelników na wyprawę na daleki wschód, do kraju kwitnącej wiśni, gdzie potężne bóstwo, groźne smoki i steampunkowa technologia mają zapewnić Japonii przejęcie władzy nad światem. Zainteresowani? Bo ja bardzo! Zwłaszcza, że wcześniej nie spotkałem się z takim oryginalnym i szalonym pomysłem na alternatywną historią świata.

Prezentowany w powieści rok 1905 wygląda całkowicie odmiennie od tego, co prawdopodobnie pamiętacie z lekcji historii. Przede wszystkim Imperium Wschodzącego Słońca dysponuje prawdziwymi i wyjątkowo potężnymi smokami, władającymi mocą żywiołów. Poza tym Rosja nie występuje tutaj w charakterze tego złego narodu, który zawsze i wszędzie musi pokazywać swoją dominację lub przewagę nad innymi. Zamiast tego Rosjanie łączą siły z Ameryką, aliantami i pozostałymi europejskimi państwami, żeby stawić czoła płynącemu zagrożeniu z Japonii.

Biorąc do ręki „Zgasić Słońce”, wpadamy w sam środek wojny, toczonej równocześnie na wielu frontach: lądach, morzach i przestworzach. Aczkolwiek w książce autor, zamiast prezentować cały ogrom tego konfliktu zbrojnego, skupia się wyłącznie na jego malutkim, ale za to wyjątkowo znaczącym fragmencie, który może zmienić losy światy. Towarzyszymy zjednoczonej flocie, składającej się z około trzystu jednostek latających, w tym wielkich pancerników w drodze ku Japonii, gdzie armada ma zrealizować wyjątkowo ambitny plan, polegający na zrównaniu z ziemią Tokio oraz siedziby boskiego cesarza – tennō.

Historię poznajemy z perspektywy szesnastoletniego Andrzeja Horodyńskiego – Polaka wychowanego w rosyjskim zaborze – pełniącego funkcję gońca na pancerniku Pietropawłowsk. Chłopak nie jest typem uciekiniera zaciągającego się do armii, aby w ten sposób zaspokoić swoją młodzieńczą ciekawość względem otaczającego świata lub chęci poznania innych krajów bądź kultur. Niestety Andrzej trafia na pokład latającego statku z przymusowego naboru i musi się szybko odnaleźć w nowej sytuacji.

Horodyński za sprawą swojego miłego i uprzejmego usposobienia potrafi zjednać sobie sympatię Czytelnika. Przy okazji chłopak ma w sobie spore pokłady odwagi, pozwalające mu wykonywać zadania, które u wielu innych wywołują ataki paniki. Co prawda, pełniona przez Andrzeja rola gońca nie wymaga brania czynnego udziału w walce lub strzelania do wroga, ale za to musi on biegać po odsłoniętych pokładach, przekazując rozkazy, gdy akurat wszędzie dookoła śmigają kule oraz pociski. Dla mnie jest to przykład wręcz heroicznej odwagi i za to lubię tego niepozornego dzieciaka.

„Zgasić Słońce” potrafi być trudną w odbiorze książką. Wszystko z powodu dość ponurej historii, prezentującej koszmar wojny w całej jej złowieszczej okazałości. Doprowadza ludzi do ostateczności i wydobywa z nich wszystko, co najgorsze, w imię szlachetnych pobudek, takich jak obrona ojczyzny, rodziny, czy własnego domu. Snutą przez autora powieść ciężko określić mianem rozrywkowej, ponieważ praktycznie od samego początku na kartach recenzowanego tytuły przewija się śmierć, cierpienie oraz ogarniająca żołnierzy chęć mordu. Biorąc do ręki „Zgasić Słońce”, zapomnijcie o chwilach radosnego rozbawienia. Brak humorystycznych akcentów nie sprawia, że książka jest zła. Szmidt po prostu podszedł na poważnie do prezentowania zbrojnej ofensywy połączonej floty mającej na celu zniszczenie miasta zamieszkałego przez kilkaset tysięcy ludzi. W końcu od losów tej misji zależą dalsze losy świata i dlatego nie ma tutaj miejsca na żarty. Jednakże pomimo często dominującego w powieści pesymistycznego nastroju, uważam fabułę za naprawdę intrygującą, pomysłową i zaskakującą. W „Zgasić Słońce” lubię przede wszystkim Andrzeja, ponieważ jego losy są tak ciekawe, że po prostu chce się je poznawać. Historia potrafi jednak też przytłoczyć nadmiarem fatalistycznego tonu. Na szczęście tylko sporadycznie.

W snutej przez Roberta J. Szmidta opowieści mocno czuć chaos bitwy, w którym wszystkie wcześniejsze plany i założenia muszą stawić czoła nieobliczalnemu czynnikowi ludzkiemu, a także reakcjom obrońców na ofensywę. Podoba mi się przede wszystkim, jak pisarz okiełznał zaprezentowany rwetes, w przemyślany sposób układając wydarzenia, tak by nadal towarzyszyła im atmosfera, że wszystko może się wydarzyć, a z drugiej strony zapewniając Czytelnikowi wygodne nadążanie za rozwojem akcji, bez wywoływania u odbiorcy niepotrzebnego zamętu. 

Najciekawszym elementem książki jest świat przedstawiony. Szmidt stworzył uniwersum, które nie powinno istnieć w takiej formie. Bóstwa, mityczne stworzenia i zaawansowana steampunkowa technologia są tak od siebie odmienne, że wręcz wydają się być całkowicie niekompatybilnym zestawieniem. A jednak wyszła z tego niezwykła i spójna kombinacja, pozbawiona zgrzytów. Z łatwością można uwierzyć w istnienie takiego dziwnego świata, gdyż potrafi on zauroczyć oraz zaintrygować Czytelnika swoją nieszablonowością.

Chcę więcej takich książek. Naprawdę jestem pod ogromnym podziwem tego, co stworzył Robert J. Szmidt w „Zgasić Słońce”, ponieważ ta książka pokazuje, że ciągle jest miejsce na opowiadanie nowych, szalonych, a przede wszystkim ciekawych wariacji, opartych na historycznych wydarzeniach. Co więcej, autorowi udało się wykreować intrygującą steampunkową rzeczywistość bez typowych dla tego gatunku literackiego realiów wiktoriańskiej Anglii. Niezmiernie mnie to cieszy, gdyż wnosi to pewien powiew świeżości. Mam nadzieję, że pisarz nie każe nam zbyt długo czekać na drugi tom cyklu „Szpony Smoka”, a wtedy z całą pewnością po niego sięgnę. Chcę również poznać inne dzieła Szmidta. A Was zapraszam do bliższego poznania „Zgasić Słońce”. ;)

  • Autor: Robert J. Szmidt
  • Tytuł: Zgasić Słońce
  • Cykl: Szpony Smoka, tom 1
  • ISBN: 9788381295901
  • Format: 135 x 210 mm
  • Oprawa: miękka
  • Ilość stron: 448
  • Data wydania: 29 stycznia 2020
  • Sugerowana cena detaliczna: 39,99 zł