Mówi się, że cudze chwalimy, swego nie znamy. W tych słowach Stanisława Jachowicza kryje się sporo prawdy. Po wielu latach licznych perturbacji dla naszego narodu u Polaków wciąż występuje silne przekonanie o wyższości nad rodzimym wszystkiego, co zachodnie. Ale czy tak w rzeczywistości jest? Według mnie nie. A na pewno nie w przypadku literatury, zwłaszcza tej fantastycznej, ponieważ twórcy tego gatunku coraz częściej osadzają swoje historie w słowiańskich realiach zamiast naśladować pomysły amerykańskich pisarzy. Ta moda na eksplorowanie własnych korzeni sprawiła, że aby poznać dawne wierzenia naszych przodków, wystarczy sięgnąć choćby po „Żółte ślepia” Marcina Mortki, opublikowane pod koniec lutego nakładem wydawnictwa Uroboros.

Nastały trudne czasy dla Słowian. Książę Bolek zwany Chrobrym, chcąc uchronić swych poddanych przed wojną z Niemcami, postanowił przyjąć chrzest i zaprosić do Gniezna oraz okolicznych ziem przedstawicieli nowej wiary, aby ci chrystianizowali ludność. Niestety, nie przewidział jednego – że biskup ze swoją czeredą będą nawracać pogan z pomocą miecza i ognia. Ponadto zaczęto budować kościoły, ścinać święte dęby i głowy żerców, czyli słowiańskich kapłanów. Ta jedna decyzja Bolka odmieniła losy wszystkich, zwłaszcza chłopów, których jak zwykle nikt o zdanie nie pytał.

W kłopotliwej sytuacji znalazł się również bliski doradca księcia Medvid. Wojownik ten, oprócz bycia oparciem dla władcy, jest przede wszystkim jego przewodnikiem po świecie magii: przekazuje mu porady odnośnie postępowania z żercami, dobijania targów z wiedźmami oraz rusałkami, uczy metod przepędzania licha, leszych i latawic. Niestety spora część ludzi nie docenia lojalności bohatera – dla nich jest zwyczajnym zdrajcą, który pomaga w likwidacji świętych miejsc.

Tego typu sprawami zajmował się Medvid do czasu, gdy po jednej z urządzonych przez Bolka uczt odkrywa gnieźnieński gród kompletnie opustoszony. Brakuje żywej duszy czy choćby martwych ciał po przeprowadzonym w nocy ataku, zamiast tego gdzieniegdzie widać ślady walki, powbijane w ściany strzały oraz dziwne trójpalczaste odciski stóp. Medvid musi więc rozwikłać, co przytrafiło się księciu, jego żonie oraz pozostałym mieszkańcom Gniezna.

„Żółte ślepia” są historią opartą na wysłużonym schemacie polegającym na zebraniu drużyny i wyruszeniu w drogę, by uratować świat. Ale w ogóle nie uważam tego za wadę, ponieważ Marcinowi Mortce udało się tę popularną kliszę przedstawić w atrakcyjny sposób. Podczas lektury nie towarzyszyło mi wrażenie bycia prowadzonym przez autora po znanych i utartych ścieżkach. Zamiast tego z każdą kolejną stroną byłem coraz bardziej zafascynowany snutą historią, pragnąłem śledzić poczynania bohatera, ciekawiło mnie czy odkryje, co spotkało mieszkańców Gniezna. Sam chciałem się tego dowiedzieć! Poza tym ten książkowy, słowiański świat był tak barwny i niezwykły, że nie potrafiłem mu się oprzeć.

W „Żółtych ślepiach” pozytywnie wypadają również postacie. Medvid z jednej strony to wielki, milczący mędrzec kultywujący wiarę przodków, który bardziej niż ludzkie towarzystwo woli puszczę. Z drugiej strony, z sobie tylko znanych powodów, pragnie pozostać na dworze i być przydatnym dla księcia, sprzedając mu swoją bezcenną wiedzę o okolicznych stworzeniach. Ten wewnętrzny konflikt bohatera jest naprawdę ciekawy i w istotny sposób wpływa na jego poczynania, czyniąc go niezwykle ludzkim; Medvid nie wypada jako nieautentyczny heros pozbawiony słabości. Równie pozytywne wrażenie zrobiła na mnie towarzysząca protagoniście wiedźma Gosława. Trudno ją jednoznacznie oznaczyć jako pozytywną czy negatywną postać, gdyż ma w sobie po trochu z jednego i drugiego. Przede wszystkim jest otwarta, bystra i przebiegła, a także mocno postępowa – nie ma problemów z własną kobiecością czy potrzebami ciała. Tak w skrócie, po prostu wyprzedza swoje czasy. Ją również interesują losy mieszkańców Gniezna, dlatego nie siedzi na tyłku w domu na kurzych nogach, przyrządzając tajemne mikstury, tylko rusza w drogę z Medvidem, aby zbadać sprawę.

Stylizacja językowa „Żółtych ślepi” zachwyciła mnie od pierwszych stron swoją barwnością i przystępnością. W tekście można znaleźć sporo archaizmów, aczkolwiek pomimo ich obecności historia jest zaskakująco klarowna. Czytając powieść, parokrotnie miałem wrażenie, jakbym zamiast powieści fantastycznej trzymał w rękach bardziej poetycką książkę (choć momentami trochę chamską i wulgarną). Uważam to za ogromny plus, gdyż nadaje nietuzinkowego charakteru fabule, urozmaica tekst i dodatkowo zachęca do dalszej lektury.

Chcę więcej klasycznej fantastyki w słowiańskim klimacie. Tak mogę opisać moją pierwszą przygodę z twórczością Marcina Mortki. „Żółte ślepia” dostarczyły mi wiele rozrywki, zdecydowanie więcej, niż oczekiwałem. Wręcz żałuję, że do tej pory z jakichś kompletnie niezrozumiałych dla mnie powodów nie przeczytałem choćby jednej powieści tego pisarza. Zdecydowanie muszę coś z tym zrobić i to w najbliższej przyszłości. A Was zachęcam do dania szansy recenzowanemu tytułowi, bo jest on tego naprawdę wart.

  • Autor: Marcin Mortka
  • Tytuł: Żółte ślepia
  • Wydawnictwo: Uroboros
  • Wydanie: I
  • ISBN: 978-83-280-4514-9
  • Format: 135 x 202 mm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 415
  • Data wydania: 26 lutego 2020