Fragment: Obrońcy Ahury. Pasowanie – Mateusz R. M. Rogalski

Obrońcy Ahury. Pasowanie - Mateusz R. M. Rogalski

Obrońcy Ahury. Pasowanie to pierwszy tom trylogii z gatunku fantasy i debiutancka książka Mateusza R. M. Rogalskiego. Jak wspomina pisarz, opisane w niej wydarzenia oparte są na „faktach” i to autentycznych. Wydarzyły się one bowiem w Legnickim Stowarzyszeniu Fantastyki – Gladius.

Tak swoją książkę przy okazji zbiórki na wspieram.to przedstawił sam autor:

Tylko jak WAM tu streścić wydarzenia w niej opisane? Napisać, że w siedemset osiemdziesiątym drugim roku po zwycięstwie Hakona nad Smokiem główny bohater, Aris Esnaf’ar, zmuszony jest uciekać z Dahaku do Górnego Hakonu? Czy to WAM coś wyjaśnia? Oczywiście, mogę brnąć dalej. Mogę napisać, że w Górnym Hakonie wraz z jarlem Noradów, Aris trafia do księstwa Ahury. A tu pojawiają się hrabia Bewier ze swoimi świnkami na krowach, smokowce, morza wypitego wina, kwiat pustyni – margrabina Diana, morderstwo króla i rozpoczynająca się wojna domowa. Ale czy to komuś z WAS pomogło? No, nie wydaje mi się. Wiem jednak, że nie ma powodu, by streszczać historię całego świata, w który WAS wrzucę. Nie zamierzam dać WAM również żadnego konspektu, ani legendy. Dam WAM się pochłonąć przez świat, którego powstanie owiane jest mgłą niepamięci, teraźniejszość przepływa niczym krople cierpkiego wina przez gardło portowego pijaczka, a przyszłość… przyszłość uzależniona jest od tego, na którym końcu miecza się ZNAJDUJECIE.

Fragment Obrońców Ahury. Pasowanie

WIECZOREM, wraz z towarzyszami zostaliśmy wezwani do namiotu barona Anajewa. W centrum dowodzenia trzema armiami zastaliśmy około trzydziestu mężczyzn oraz dwie kobiety, Shu i lady Tyrian. Rozglądając się pośpiesznie po zebranych, uświadomiłem sobie, że większość tych osób była mi zupełnie obca. Jednakże przy głównym stole z mapami, obok barona Anajewa, stali znani mi hrabia Walfsan, Złoty Baron, jak i Taleznal. Rycerz jako jedyny z trójki witał skinięciem każdego nowoprzybyłego. Niewiele czasu zajęło mi przemieszczenie się w stronę wcześniej upatrzonego stołu z trunkami. Wybrałem najlepsze z dostępnych win, po czym zawinąwszy butelkę i cztery kielichy, wróciłem do towarzyszy.

– Chwała Adunowi!!!

– Chwała! – wszyscy zebrani odpowiedzieli na okrzyk barona Anajewa. – Z pomocą Aduna Niepokonanego zwyciężymy wojska uzurpatora i wspierających go zdrajców królestwa.

Mógłbym przysiąc, że słowa te padły z ust Alberta, jednakże baron przemawiał głosem znacznie niższym i bardziej surowym.

– Wraz z dowódcami armii Księstwa Bergu i Hringu odrzuciliśmy pomysł oblegania miasta Rede. – Baron wskazał coś na mapie – Wysoki klif uniemożliwia atak z morza. Dlatego zdecydowaliśmy się na walną bitwę. Fala szmeru przetoczyła się po zebranych. W żaden sposób nie speszyło to barona, który przemawiał z niezłomną pewnością siebie. – Rycerz Taleznal przedstawi plan ataku – baron wskazał stojącego nad mapą rycerza.

– Wojska Księstwa Berg pod dowództwem markiza Hrissona von Lorlosa stanowią zachodnie, lewe skrzydło naszej armii. Mają one za zadanie nie dopuścić, byśmy zostali zaatakowani z morza. Margrabia Richard de Charon, dowodzący oddziałami z Hringu, w całości odpowie za skrzydło prawe, które będzie stanowiło nasze obwody. W odpowiednim momencie wypuści swoją konnicę tak, by otoczyły napierającego na nas przeciwnika.

 – Panie Taleznal DeLak, racz mi wybaczyć, że ci przerywam – wtrącił znany mi głos – ale chcesz nam oznajmić, że to my mamy przyjąć na siebie atak wojsk podległych Księstwu Rede?

– W rzeczy samej, markizie de Kriz. Przydzielono nam chwalebne miejsce w samym środku pola walki.

– Zaprawdę wielki to zaszczyt – markiz wynurzył się z tłumu – i z pewnością o tych, co się tam znajdą bardowie będą pieśni układać. Jednakże w większości będą to pieśni żałobne.

– A markiz przyszedł tu chwałę zdobywać równie łatwo, co wiejskie dziewki na swych włościach? – hrabia Bronhol Walfsan zaśmiał się donośnie i zaraźliwie.

– Osobiście uważam, że najliczniejsza armia Hringu, posiadająca duży oddział znakomicie wyszkolonych pikinierów i jeszcze liczniejszy obóz noradzkich najemników, znacznie lepiej by sobie poradziła w odparciu ataku ciężkiej konnicy barona von Vittenberga.

– A my to co, krowie spod ogona wypadli? – wystrzelił ktoś za mną.

– Krowie to może i nie – odparł markiz de Kriz – a przynajmniej nie wszyscy. Jednakże większość naszej szybko zwerbowanej piechoty częściej w dłoni dzierżyła krowie wymiona aniżeli miecz.

– Przecież mamy najemników Glorega von Kaleda! – zabrzmiał triumfalnie głos z tłumu.

– Niesamowite, jak wielce zadufani w sobie i ślepi potrafią być lordowie – markiz de Kriz westchnął długo i donośnie, drapiąc się po bliźnie na policzku. – Zwłaszcza ci najubożsi sakwą i rozumem, co niczym prosiaki wzdychają do gwiazd odbijających się w kałuży szczochów.

Zapadła cisza. Markiz odsunął złotą pelerynę, wymownie opierając dłoń na rękojeści miecza. Nikt nie podjął wyzwania i nie mam do końca pewności, czy to z obawy przed zakazem diuka Edwarda czy z lęku przed pojedynkiem z markizem.

– Von Kaled ma najemników ośmiuset – podjął ponownie markiz – z czego piechurów sześciuset. Nawet doliczywszy do tego pięciuset ciężkozbrojnych diuka von Horna i dwa tysiące pozostałych wiejskich przygłupów z widłami, nadal nie jest to żadna zapora dla kilkunastotysięcznej, dobrze wyszkolonej, ciężkiej konnicy. A czy któryś z szanownych lordów między jednym kielichem a drugim wyściubił nos z obozowiska?

– Jakoś nie widziałem, żeby i markiz często nos ze swej karocy wystawiał. No, chyba, że z rozkazami dla kolejnej markietanki. – Odpowiedź hrabiego Bronhola wywołała salwę śmiechu wśród zebranych.

– Do naszego obozu z każdej strony droga prowadzi z góry. Co jedynie zwiększy impet konnicy, która wejdzie w nas, nikomu nie ubliżając, drogi hrabio, niczym buhaj w jałówkę pokornie trawę skubiącą.

– Słowa markiza są prawdą – spokojny ton głosu rycerza ostudził zebranych – dlatego nie zamierzamy pokornie czekać, skubiąc trawę. Rycerz ponownie pochylił się nad mapą, której przez chwilę przyglądał się w milczeniu. – Wystawimy nasze wojska w tym miejscu – Taleznal przestawił figurkę konia. – Główne siły naszej konnicy będą ustawione pomiędzy tymi dwoma gęstymi lasami. Przeciwnik w obawie, że mogą się w nich ukrywać nasze jednostki, nie pośle w nie jazdy, która w lesie i tak traci swą skuteczność. Dlatego będzie musiał na nas natrzeć środkiem.

Rycerz przesunął tym razem czerwoną figurkę, umiejscawiając ją między dwoma zielonymi plamami. Zaciekawiony, z pucharem w dłoni przybliżyłem się do stołu.

– W ten sposób zawęzi swe szyki, co spowoduje, że liczna konnica stanie się mniej niebezpieczna.

– Dodatkowo – baron Anajew dosunął kolejną figurkę przedstawiającą konia – wypuścimy swoich jeźdźców.

– Jeźdźców? – Markiz powtórzył, marszcząc brwi.

– Pozostawioną nam ciężką jazdę diuka Edwarda von Horna, ciężką jazdę barona Theobalda Battenberga, jak i moją oraz chorągiew markiza. Oddziały te wzmocnimy również ciężką piechotą zasiadającą na zdobycznych koniach.

Po tych słowach domyśliłem się, że wraz z moją chorągwią należę do wymienionego przed chwilą oddziału ciężkiej jazdy barona Anajewa. A zatem znów kopnął nas boski ogier Zaszczyt i umiejscowił w samym środku bitewnego chaosu.

Szybkim haustem opróżniłem ściskany kielich. W trakcie gdy go ponownie napełniałem, czyjaś dłoń podsunęła mi drugi. Spojrzawszy w górę, zobaczyłem Vissena, który z miną równie posępną jak moja, kręcił głową z niedowierzaniem.

– W nocy przed bitwą – kontynuował baron Anajew – przygotujemy wykopy z powbijanymi palami. Oddzielą one jeźdźców od piechoty.

– W celu? – Markiz de Kriz jako jedyny z zebranych zadawał pytania baronowi Anajewowi. – Nasza jazda jak najdłużej powstrzyma się od ataku, umożliwiając przeciwnikowi bardzo bliskie podejście. Kiedy ruszą, uda im się powstrzymać jedynie środek szarży barona Vittenberga. Reszta jego konnicy, chcąc ich okrążyć, w pełnym galopie wpadnie w wykopy, gdzie zajmie się nimi ciężka piechota.

– Szarża przeciwnika znacznie zostałaby osłabiona – wtrącił markiz de Kriz tym razem spokojniej, jakby akceptując usłyszany plan – gdybyśmy w obu tych lasach pochowali kuszników. Deszcz bełtów dodatkowo przerzedziłby atakującą nas konnicę.

– Markiz wie, że kusze to broń niehonorowa i niegodna rycerza – napomniał Taleznal.

– Jak mawia baron Petyr Anajew – wtrąciłem, unosząc kielich do góry – każdy, kto szuka honorowej wojny, niechaj opuści ten namiot teraz i powróci do domu.

Vissen zachłysnął się, plując winem do kielicha, a rycerz jedynie spojrzał wymownie na barona.

– Wyślemy w te lasy łuczników Glorega von Kaleda – rozpoczął baron Anajew – oraz oddział kuszników wystawiony przez lordów z Ahury. Resztę rozkazów wraz z przydziałami każdy z dowódców otrzyma osobno. Chwała zwycięzcom, niepamięć zwyciężonym!

– Chwała! – odparli na pożegnanie zebrani.

– KURWA-STYCZNIE! – prawie krzyknąłem, kiedy wraz z pozostałymi członkami drużyny znaleźliśmy się w odosobnieniu. – A więc to tak mamy zginąć?

– Lordzie Arisie – odparł Vissen – wszak nawet do Dahaku powinna dotrzeć ta wiedza tajemna, że największą sposobność na zaznajomienie się ze śmiercią ma się właśnie na wojnie.

– Ja już raz chyba lordowi oznajmiłem, jaka śmierć mi się marzy? Bądź łaskaw przypomnieć sobie, czy w mojej wizji była choć wzmianka o roznoszącej mnie na kopiach konnicy?

– Czyż nie to jest największą motywacją naszą, iż nie znamy daty swojej śmierci? – wtrąciła Shu.

– Tak po prawdzie, drogi Arisie – dodał Albert, przyjmując niezwykle pokorny ton i spoglądając w górę – musisz pamiętać, że to nie my piszemy historię swego żywota. My, ludzie, jesteśmy jedynie woskiem w rękach bogów.

WIECZOREM, wraz z towarzyszami zostaliśmy wezwani do namiotu barona Anajewa. W centrum dowodzenia trzema armiami zastaliśmy około trzydziestu mężczyzn oraz dwie kobiety, Shu i lady Tyrian. Rozglądając się pośpiesznie po zebranych, uświadomiłem sobie, że większość tych osób była mi zupełnie obca. Jednakże przy głównym stole z mapami, obok barona Anajewa, stali znani mi hrabia Walfsan, Złoty Baron, jak i Taleznal. Rycerz jako jedyny z trójki witał skinięciem każdego nowoprzybyłego. Niewiele czasu zajęło mi przemieszczenie się w stronę wcześniej upatrzonego stołu z trunkami. Wybrałem najlepsze z dostępnych win, po czym zawinąwszy butelkę i cztery kielichy, wróciłem do towarzyszy.

– Chwała Adunowi!!!

– Chwała! – wszyscy zebrani odpowiedzieli na okrzyk barona Anajewa. – Z pomocą Aduna Niepokonanego zwyciężymy wojska uzurpatora i wspierających go zdrajców królestwa.

Mógłbym przysiąc, że słowa te padły z ust Alberta, jednakże baron przemawiał głosem znacznie niższym i bardziej surowym.

– Wraz z dowódcami armii Księstwa Bergu i Hringu odrzuciliśmy pomysł oblegania miasta Rede. – Baron wskazał coś na mapie – Wysoki klif uniemożliwia atak z morza. Dlatego zdecydowaliśmy się na walną bitwę. Fala szmeru przetoczyła się po zebranych. W żaden sposób nie speszyło to barona, który przemawiał z niezłomną pewnością siebie. – Rycerz Taleznal przedstawi plan ataku – baron wskazał stojącego nad mapą rycerza.

– Wojska Księstwa Berg pod dowództwem markiza Hrissona von Lorlosa stanowią zachodnie, lewe skrzydło naszej armii. Mają one za zadanie nie dopuścić, byśmy zostali zaatakowani z morza. Margrabia Richard de Charon, dowodzący oddziałami z Hringu, w całości odpowie za skrzydło prawe, które będzie stanowiło nasze obwody. W odpowiednim momencie wypuści swoją konnicę tak, by otoczyły napierającego na nas przeciwnika.

 – Panie Taleznal DeLak, racz mi wybaczyć, że ci przerywam – wtrącił znany mi głos – ale chcesz nam oznajmić, że to my mamy przyjąć na siebie atak wojsk podległych Księstwu Rede?

– W rzeczy samej, markizie de Kriz. Przydzielono nam chwalebne miejsce w samym środku pola walki.

– Zaprawdę wielki to zaszczyt – markiz wynurzył się z tłumu – i z pewnością o tych, co się tam znajdą bardowie będą pieśni układać. Jednakże w większości będą to pieśni żałobne.

– A markiz przyszedł tu chwałę zdobywać równie łatwo, co wiejskie dziewki na swych włościach? – hrabia Bronhol Walfsan zaśmiał się donośnie i zaraźliwie.

– Osobiście uważam, że najliczniejsza armia Hringu, posiadająca duży oddział znakomicie wyszkolonych pikinierów i jeszcze liczniejszy obóz noradzkich najemników, znacznie lepiej by sobie poradziła w odparciu ataku ciężkiej konnicy barona von Vittenberga.

– A my to co, krowie spod ogona wypadli? – wystrzelił ktoś za mną.

– Krowie to może i nie – odparł markiz de Kriz – a przynajmniej nie wszyscy. Jednakże większość naszej szybko zwerbowanej piechoty częściej w dłoni dzierżyła krowie wymiona aniżeli miecz.

– Przecież mamy najemników Glorega von Kaleda! – zabrzmiał triumfalnie głos z tłumu.

– Niesamowite, jak wielce zadufani w sobie i ślepi potrafią być lordowie – markiz de Kriz westchnął długo i donośnie, drapiąc się po bliźnie na policzku. – Zwłaszcza ci najubożsi sakwą i rozumem, co niczym prosiaki wzdychają do gwiazd odbijających się w kałuży szczochów.

Zapadła cisza. Markiz odsunął złotą pelerynę, wymownie opierając dłoń na rękojeści miecza. Nikt nie podjął wyzwania i nie mam do końca pewności, czy to z obawy przed zakazem diuka Edwarda czy z lęku przed pojedynkiem z markizem.

– Von Kaled ma najemników ośmiuset – podjął ponownie markiz – z czego piechurów sześciuset. Nawet doliczywszy do tego pięciuset ciężkozbrojnych diuka von Horna i dwa tysiące pozostałych wiejskich przygłupów z widłami, nadal nie jest to żadna zapora dla kilkunastotysięcznej, dobrze wyszkolonej, ciężkiej konnicy. A czy któryś z szanownych lordów między jednym kielichem a drugim wyściubił nos z obozowiska?

– Jakoś nie widziałem, żeby i markiz często nos ze swej karocy wystawiał. No, chyba, że z rozkazami dla kolejnej markietanki. – Odpowiedź hrabiego Bronhola wywołała salwę śmiechu wśród zebranych.

– Do naszego obozu z każdej strony droga prowadzi z góry. Co jedynie zwiększy impet konnicy, która wejdzie w nas, nikomu nie ubliżając, drogi hrabio, niczym buhaj w jałówkę pokornie trawę skubiącą.

– Słowa markiza są prawdą – spokojny ton głosu rycerza ostudził zebranych – dlatego nie zamierzamy pokornie czekać, skubiąc trawę. Rycerz ponownie pochylił się nad mapą, której przez chwilę przyglądał się w milczeniu. – Wystawimy nasze wojska w tym miejscu – Taleznal przestawił figurkę konia. – Główne siły naszej konnicy będą ustawione pomiędzy tymi dwoma gęstymi lasami. Przeciwnik w obawie, że mogą się w nich ukrywać nasze jednostki, nie pośle w nie jazdy, która w lesie i tak traci swą skuteczność. Dlatego będzie musiał na nas natrzeć środkiem.

Rycerz przesunął tym razem czerwoną figurkę, umiejscawiając ją między dwoma zielonymi plamami. Zaciekawiony, z pucharem w dłoni przybliżyłem się do stołu.

– W ten sposób zawęzi swe szyki, co spowoduje, że liczna konnica stanie się mniej niebezpieczna.

– Dodatkowo – baron Anajew dosunął kolejną figurkę przedstawiającą konia – wypuścimy swoich jeźdźców.

– Jeźdźców? – Markiz powtórzył, marszcząc brwi.

– Pozostawioną nam ciężką jazdę diuka Edwarda von Horna, ciężką jazdę barona Theobalda Battenberga, jak i moją oraz chorągiew markiza. Oddziały te wzmocnimy również ciężką piechotą zasiadającą na zdobycznych koniach.

Po tych słowach domyśliłem się, że wraz z moją chorągwią należę do wymienionego przed chwilą oddziału ciężkiej jazdy barona Anajewa. A zatem znów kopnął nas boski ogier Zaszczyt i umiejscowił w samym środku bitewnego chaosu.

Szybkim haustem opróżniłem ściskany kielich. W trakcie gdy go ponownie napełniałem, czyjaś dłoń podsunęła mi drugi. Spojrzawszy w górę, zobaczyłem Vissena, który z miną równie posępną jak moja, kręcił głową z niedowierzaniem.

– W nocy przed bitwą – kontynuował baron Anajew – przygotujemy wykopy z powbijanymi palami. Oddzielą one jeźdźców od piechoty.

– W celu? – Markiz de Kriz jako jedyny z zebranych zadawał pytania baronowi Anajewowi. – Nasza jazda jak najdłużej powstrzyma się od ataku, umożliwiając przeciwnikowi bardzo bliskie podejście. Kiedy ruszą, uda im się powstrzymać jedynie środek szarży barona Vittenberga. Reszta jego konnicy, chcąc ich okrążyć, w pełnym galopie wpadnie w wykopy, gdzie zajmie się nimi ciężka piechota.

– Szarża przeciwnika znacznie zostałaby osłabiona – wtrącił markiz de Kriz tym razem spokojniej, jakby akceptując usłyszany plan – gdybyśmy w obu tych lasach pochowali kuszników. Deszcz bełtów dodatkowo przerzedziłby atakującą nas konnicę.

– Markiz wie, że kusze to broń niehonorowa i niegodna rycerza – napomniał Taleznal.

– Jak mawia baron Petyr Anajew – wtrąciłem, unosząc kielich do góry – każdy, kto szuka honorowej wojny, niechaj opuści ten namiot teraz i powróci do domu.

Vissen zachłysnął się, plując winem do kielicha, a rycerz jedynie spojrzał wymownie na barona.

– Wyślemy w te lasy łuczników Glorega von Kaleda – rozpoczął baron Anajew – oraz oddział kuszników wystawiony przez lordów z Ahury. Resztę rozkazów wraz z przydziałami każdy z dowódców otrzyma osobno. Chwała zwycięzcom, niepamięć zwyciężonym!

– Chwała! – odparli na pożegnanie zebrani.

*

– KURWA-STYCZNIE! – prawie krzyknąłem, kiedy wraz z pozostałymi członkami drużyny znaleźliśmy się w odosobnieniu. – A więc to tak mamy zginąć?

– Lordzie Arisie – odparł Vissen – wszak nawet do Dahaku powinna dotrzeć ta wiedza tajemna, że największą sposobność na zaznajomienie się ze śmiercią ma się właśnie na wojnie.

– Ja już raz chyba lordowi oznajmiłem, jaka śmierć mi się marzy? Bądź łaskaw przypomnieć sobie, czy w mojej wizji była choć wzmianka o roznoszącej mnie na kopiach konnicy?

– Czyż nie to jest największą motywacją naszą, iż nie znamy daty swojej śmierci? – wtrąciła Shu.

– Tak po prawdzie, drogi Arisie – dodał Albert, przyjmując niezwykle pokorny ton i spoglądając w górę – musisz pamiętać, że to nie my piszemy historię swego żywota. My, ludzie, jesteśmy jedynie woskiem w rękach bogów.

Obrońcy Ahury. Pasowanie - Mateusz R. M. Rogalski

– Woskiem? – parsknąłem donośnie. – Raczej końskim łajnem ugniatanym przez wiejskiego przygłupa. Wybaczycie, iż nie wysłucham do końca tych misternych rozważań, choć zapewne są one głębokie niczym latryna w zakonie i intelektualnie zróżnicowane tak jak i jej zawartość. Zamierzam udać się do mego namiotu, gdzie tak przyziemnie i po ludzku oddam się długiej i prostackiej degustacji win. Bo jak inaczej spędzić ostatnie chwile życia w tym smutnym jak burdel po wizycie kapłanów Kalsoteka obozowisku?

– Woskiem? – parsknąłem donośnie. – Raczej końskim łajnem ugniatanym przez wiejskiego przygłupa. Wybaczycie, iż nie wysłucham do końca tych misternych rozważań, choć zapewne są one głębokie niczym latryna w zakonie i intelektualnie zróżnicowane tak jak i jej zawartość. Zamierzam udać się do mego namiotu, gdzie tak przyziemnie i po ludzku oddam się długiej i prostackiej degustacji win. Bo jak inaczej spędzić ostatnie chwile życia w tym smutnym jak burdel po wizycie kapłanów Kalsoteka obozowisku?

O autorze od autora

Chyba najtrudniej pisze się o sobie, a może nie wszyscy tak mają? Z wykształcenia jestem historykiem i politologiem, to jednak zawodowo robię zupełnie co innego. W swoim trzydziestoparoletnim życiu przeczytałem już trochę książek, choć wciąż lista książek do przeczytania jest większa niż tych przeczytanych. Zwiedziłem pieszo, rikszą, na motorze, prawie pół świata, a mimo to drugie pół wciąż kusi i wzywa. Do tego dom, praca, paroletnie dziecko – oj, ciężko to wszystko pogodzić z pisaniem. Ale można, kiedy klawiatura aż się pali pod palcami, a głowa ciąży od pomysłów!

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie