Data wydania: 21 września 2020

Wydawnictwo: Initium

21 września nakładem wydawnictwa INITIUM ukaże się powieść fantasy pt. „Polowanie” – debiutanckie dzieło Tomasza Kamińskiego. Opowiedziana przez niego historia zabierze czytelnika do Bermeld, wsi pośród bagien, której mieszkańcy wierzą w tajemniczych Czterech Bogów. Wiara ta pomaga im żyć i przezwyciężać strach przed rdzennymi mieszkańcami owego bagniska – rasą przerażających olbrzymów, a także przed pradawnym smokiem…

Opis “Polowania”

Bermeld – zapomniana wioska pośród bagien, odgrodzona od reszty świata. Jego dawni mieszkańcy wierzyli w tajemniczych Czterech Bogów. Wiara ta pomagała im żyć i przezwyciężać strach przed rdzennymi mieszkańcami owego bagniska – rasą przerażających olbrzymów, oraz pradawnym smokiem.

Świat otaczający Bermeld był nie mniej zdumiewający. Poprzedzielany ogromnymi magicznymi barierami, między którymi – jak w zagrodach – żyli ludzie. Niebo zaś było zawłaszczone przez Latające Miasta należące do magokracji, która podporządkowała sobie cały świat. Jednak wojna przyniosła kres tamtej rzeczywistości, niszcząc ją i sprowadzając kataklizm oraz… monstrum.

Po latach do niegościnnego Bermeld przybywa Kadrian, wojownik Zakonu Płonącej Wstęgi, władający magią pieczęci i służący Bogu Świętego Ognia, który od lat milczy. Wojownik, który wychował się tutaj, powraca do wsi po tym, jak dotarły do niego wieści o budowie szlaków łączących bagnisko z resztą świata. Na miejscu docierają do niego niepokojące wieści o legendarnym potworze, który niedawno wtargnął do osady i porwał małego chłopca.

Kadrian obiecuje sprowadzić dziecko z powrotem, lecz najpierw będzie musiał zmierzyć się ze swoją przeszłością. Dostrzeże, że wszystko tu się zmieniło, i to bardziej, niż mógłby sądzić. Będzie zmuszony zawrzeć trudny sojusz, zmagać się z kompanią Czerwonej Stali i Kultem Czterech. Najtrudniejszym jednak wyzwaniem będzie odpowiedź na pytanie, czy Kadrian chce pamiętać, kim był kiedyś.

Tomasz Kamiński (1985 r.) – urodzony w Warszawie, obecnie zamieszkały w Ząbkach. Odebrał wykształcenie w dziedzinie ochrony środowiska oraz logistyki. Nie od zawsze marzył o tym, by zostać pisarzem. Odkąd jednak pomysł ten zakiełkował w jego głowie, konsekwentnie trwa przy tym postanowieniu i sumiennie pracuje nad swoim warsztatem. Powieść “Polowanie” jest jego debiutem na drodze do spełnienia marzeń.

  • Autor: Tomasz Kamiński
  • Tytuł: Polowanie
  • Premiera: 21/09/2020
  • ISBN: 978-83-66328-41-9
  • Ilość stron: 512
  • Format: 146×207

FRAGMENT

TOMASZ KAMIŃSKI – POLOWANIE

  1. Potwór z bagien

Grupa dzieci bawiła się jak co dzień na skraju wioski, w pobliżu ogromnego dębu. Było to wielkie drzewo, o białej niczym kość korze i wiecznie czerwonych jesiennych liściach. Mieszkańcy wierzyli, że miało moc szczególną, magiczną. Wyrosło długo po wojnie Złamanych Różdżek i nigdy nie gubiło listowia. Wierzono, że jest tworem woli istot wyższych, darem zesłanym im przez bóstwa opiekuńcze mieszkające na mokradłach. Drzewo to pojawiło się nagle, pewnej nocy, której ciszę rozdarł ohydny ryk, tak głośny i przerażający, że wyrwał wszystkich mieszkańców ze snu. Bagniarze, zebrawszy się w kupę i chwyciwszy za broń, ruszyli sprawdzić, z jakiego potwornego gardła dobyły się tamte dźwięki. Gdy przybyli na miejsce, ujrzeli Jesienne Drzewo, którego wcześniej nie było, oraz umykającą w dzicz czarną kreaturę. Drzewo musiało tu zatem wyrosnąć z woli bogów i swoją błogosławioną mocą odgoniło potwora, zanim ten dokonał spustoszeń w wiosce. Uznali to za znak, że bogowie czuwają nad nimi cały czas – mimo że, jak wszyscy inni, i oni już dawno zamilkli – a majestatyczne drzewo, dla którego trwała wieczna jesień, uznali za święte i przepełnione mocą.

Często przyprowadzali dzieci na skraj wioski, by pod okiem dorosłych, w cieniu magicznego drzewa, łaska i opatrzność bóstw spływały na nie. Ponieważ od tamtej pamiętnej nocy drzewo w żaden sposób nie zamanifestowało swojej mocy, a sami mieszkańcy zaczęli powątpiewać w jego cudotwórcze zdolności, to miejsce na obrzeżach wioski z czasem zaczęło funkcjonować jako nieformalny plac zabaw. Trudno było na Upadłych Mokradłach o drugie takie miejsce, gdzie dzieci mogły bawić się swobodnie, nie myśląc o tym, czy przetrwają na moczarach, i bez ciągłego słuchania o Rygorze i jego prawach związanych z Bóstwami Opiekuńczymi. Była to dla nich istna enklawa spokoju, gdzie na chwilę mogły zapomnieć o bagnach, na których przyszło im żyć, i poczuć się dziećmi, a nie małymi dorosłymi.

Dzieciaki bawiły się beztrosko wokół wielkiego drzewa, krzycząc radośnie, ganiając się i skacząc po co niższych gałęziach. Na skraju polanki, aby mieć na wszystko oko, kobiety zebrały się na drewnianych ławach przy jednej z chałup. Zajmowały się, bez względu na wiek, haftowaniem lub plotkowaniem, co raz to rzucając okiem na dokazujące urwisy, które doskonale radziły sobie same.

Jedna z kobiet oddaliła się jednak od reszty zgromadzenia – Verrana, niespełna czterdziestoletnia szatynka o lekko kręconych włosach, patrzyła na dzieci bawiące się na małej polance wokół dębu. Grały w bagienną grę, która polegała na rzucaniu piłką zrobioną z powiązanych luźno szmat tak, by trafić któregoś ze współzawodników, a przy tym tak wymierzyć strzał i siłę rzutu, aby szmaciana kula się nie rozpadła. Dopuszczenie do takiej katastrofy oznaczało pracowite zwijanie szmat, co dawało innym dzieciakom czas na bieganie, a jednocześnie narażało niezdarę na głupie i do- kuczliwe przezwiska przez najbliższe kilka dni.

Dzieci bawiły się przy tym świetnie, śmiejąc się radośnie. Wszystkie bez wyjątku – poza jednym.

Verrana nie zwracała uwagi na zimny wiatr, który ciągnął znad bagien, szarpiąc połami płaszcza i oblewając jej ciało chłodem. Ignorowała to tak samo jak wrzaski dzieci oraz plotkowanie za jej plecami. Jej myśli krążyły wokół Gessana – małego chłopca w podartej koszuli, który jako jedyny nie uczestniczył w zabawie. Był jej ukochanym synem i jedyną osobą, której nie odebrały jej bagna.

Mały chłopiec kucał na uboczu polanki przy jednym z kamieni, trzymając się z dala od drzewa i blisko linii podmokłego lasu, odgrodzonego drewnianym płotem, który na szczycie miał naostrzone końce, a od strony dziczy spiętrzoną, groźną barykadę z pali i kolców dla ochrony przed dzikimi zwierzętami. Verrana była pewna, że przypatruje się jakiemuś małemu robakowi, jak to często miał w zwyczaju. Zawsze fascynowały go tajemnice skrywane przez naturę i, jak nikt inny, umiał je w tym paskudnym miejscu dostrzegać i badać. Gdyby dorastał w wielkim mieście, które posiadało akademię, mógłby stać się wspaniałym badaczem albo odkrywcą. „Tak by zapewne było, ale nie tu”, dopowiedziała sobie w myślach.

Gdy jej mąż pewnej nocy nie wrócił z polowania, została z synkiem sama. Cały ciężar wychowania dziecka spadł na jej wątłe barki. Mogła liczyć na wsparcie i pomoc mieszkańców przy pilnowaniu chłopca, zajmowaniu się nim, ale to było za mało. Czuła to całą sobą – tutejsi ludzie przeżarci są powietrzem bagiennym. Nie dostrzegała tego wcześniej, zanim jej mąż nie zginął na bagnach, a Gessan nie zaczął zamykać się we własnym świecie i wykazywać coraz większego zainteresowania badaniem przyrody i światem książek, których nie było zbyt wiele w tej miejscowości, mieszkańcy bowiem przywykli raczej do przekazywania sobie wiedzy z ust do ust. Szybko się okazało, że z chłopca nie będzie żaden myśliwy ani rybak, ani nawet rzemieślnik, który mógłby wyplatać sieci albo robić garnki. Co najwyżej będzie się nadawać do zbierania chrustu, jak niedołężny starzec, albo do prania i gotowania, jak baba. Gessan i ona – po tym, co się stało – nie pasowali do tego miejsca. Zawsze na uboczu, stłamszeni i traktowani jak coś gorszego. Ona – samotna matka, pogrążona w wiecznej żałobie i rozpamiętywaniu straty, nie potrafiła znaleźć sobie innego mężczyzny, oraz Gessan – bezwartościowy nieudacznik. Verrana wiedziała, że Bermeld nie jest dobrym miejscem do wychowywania dziecka.

Wrogość bagniarzy i ich niechęć do Gessana objawiały się z początku niepozornie, poprzez pogardliwe spojrzenia i niewybredne komentarze o jego braku zaradności. Rówieśnicy zaczęli mu dokuczać, bijąc go i przezywając, co szybko stało się codziennością. Mieszkańcy wioski nie reagowali, tak samo jak nie reaguje się na gryzące się psy – wychodząc z założenia, że same to między sobą załatwią albo silniejszy zabije słabszego.

Jednak najgorsze zaczęło się, gdy jeden z myśliwych zobaczył, jak  Gessan bawi się małą, złotą śrubką. Myśliwy szybko skojarzył, że ten przedmiot musi pochodzić ze starego, zakazanego torfowiska.

Było to miejsce, gdzie ugrzęzły ogromne metalowe istoty – golemy, które w czasie wojny przybyły do wioski razem z magami. Kiedyś siejące chaos i zniszczenie na polach bitew, teraz spoczywały pod torfem i tylko od czasu do czasu topiel wypluwała na powierzchnię kawałki metalowych rąk i hełmów. Zupełnie jakby siejące zniszczenie istoty nieudolnie próbowały wydostać się z wiecznej pułapki, w którą zwabili je bagniarze.

Myśliwy, który przyłapał Gessana, nie omieszkał przypomnieć mu tej legendy, bijąc go przy tym do krwi i opowiadając wszystkim, jak to mały Verrany zapuszcza się pod nieobecność matki tam, gdzie nikt z Bermeld nie miał odwagi chodzić, bojąc się, żeby przez niewczesną ciekawość nie obudzić mechanicznych potworów.

Verrana pamięta jak dziś zapłakaną twarz Gessana, przyprowadzonego do domu przez myśliwego, i pretensje mężczyzny o to, że przez jej syna golemy wstaną z grobu i ruszą na Bermeld, burząc je swoimi żelaznymi pięściami, zdolnymi kruszyć skały, i swoimi zielonymi promieniami miotanymi z kryształowych oczu wypalą wioskę do gołej ziemi, a ludzi do białych kości.

Od tego czasu minęły wyjątkowo długie trzy dni. Verrana bezustannie odczuwała niepokój.

Wciąż jeszcze przyglądała się bawiącym się dzieciom i swojemu synkowi, gdy usłyszała za sobą kroki. Odwróciła lekko głowę i ujrzała Elkrę. Przygarbiona staruszka dobrze się trzymała jak na swój wiek. Jej posiwiałe i przerzedzone włosy były zakryte szarą chustą, ale jej zielone oczy ostrzegały, że umysł jej nie stracił nic ze swej przenikliwości i sprytu. Spojrzenie staruszki było świdrujące i pełne przebiegłości.

Ludzie z wioski przychodzili do niej po rady jako do jednej z najmądrzejszych osób. Była tam najstarsza, znała wszystkie tajemnice i obrzędy związane z Czterema Bóstwami. Sama uważała się za słyszącą głosy zapomnianych bogów, często wspomagała się przy tym narkotycznymi ziołami, mimo to wielu bagniarzy z osady wierzyło jej wizjom. Elkra była nieformalną przywódczynią tych, którzy uznawali Rygor i kierowali się jego zasadami, co czyniło ją najważniejszą postacią w tej małej społeczności. Verrana nigdy nie darzyła jej zaufaniem.

Pokryte zmarszczkami usta staruszki wygięły się, upodobniając ją na chwilę do bezzębnej pijawki.

– Chodź do nas, Verrana. Pozwól, aby ogień ogrzał twoje przemarznięte ciało – wysapała staruszka.

– Wiesz dobrze, że nie mogę tego zrobić. – Odwróciła się od niej. –Muszę mieć dziecko na oku.

– Twoje dziecko jest przecież wśród swoich – odparła starowinka, wyraźnie akcentując ostatnie słowo.

– I właśnie dlatego muszę je pilnować.

Przez chwilę zapadła między nimi cisza, którą w końcu Verrana sama zdecydowała się przerwać.

– Oni go nie akceptują. – Wiedziała, że to może nie być dobry krok, ale postanowiła powiedzieć, co jej leży na sercu. – Od czasu, gdy odszedł Thern, Gessan stał się inny. Czuje, że tu nie pasujemy.

– Samaś sobie winna – odburknęła Elkra. – Sporo czasu już minęło, od kiedy twój mąż odszedł. Mogłaś ponownie stanąć na ślubnym kobiercu. Bogowie by ci pobłogosławili. A mały miałby wtedy nowego ojca, który szybko by go ułożył. Wiem, że Ronid chciał się z tobą żenić, czemuś go odrzuciła, co?

– To pijak, moczymorda i awanturnik. – Na samo wspomnienie o tym odpychającym człowieku przeszły ją dreszcze. – Nie wiem, czy znajdę tu kogoś, kto zastąpi mi Therna.

Staruszka przez chwilę wydawała się ważyć słowa, które miała wypowiedzieć.

– Jeśli nic nie zrobisz z tym maluchem, to wyrośnie z niego taki sam marzyciel i nieudacznik jak Thern. – Wypluła te słowa wyjątkowo gładko, bez zająknięcia szkalując imię zmarłego ukochanego Verrany. – Również nie wróci z bagien z własnej winy i z powodu braku umiejętności, by tam przeżyć. Mokradła to nie polanka pełna kwiatów. Znasz drugie prawo Rygoru – każdy mężczyzna z wioski musi się udać na bagna, pokazać, ile jest wart dla Bermeld, albo zdechnąć w szlamie mokradeł lub paszczy bestii! Tego właśnie chcesz dla swojego dziecka? – dodała na koniec.

Verrana przez moment milczała, spoglądając na Gessana, który cały czas oglądał coś na łące. Po chwili spojrzała staruszce prosto w oczy.

– Wiesz, czemu o tym wszystkim ci mówię? – powiedziała to lekko drżącym głosem. – Ponieważ podjęłam już decyzję. Odchodzę.

Elkra zrobiła dwa kroki w tył, jakby odepchnięta jej słowami. Verrana kontynuowała:

– …nie lubię obecnego wójta. Okupuje tę osadę, sprowadza najemników w tych krwawych pancerzach i zmusza ludzi do niewolniczej pracy, aby samemu wypchać sobie kabzę złotem. Tak uważam, chociaż ty będziesz zaprzeczać i mówić co innego. Zawsze mówisz to, co ludzie chcą usłyszeć, by ich zwieść, mamroczesz coś w narkotycznym widzie o Czterech Bogach i Uśpionym Smoku, a nie prawdę, którą ludzie powinni usłyszeć! – Pokazała palcem pobliskie chałupy.

Nieopodal, na ścieżce między budynkami, w pobliżu wbitej w ziemię dużej, rozpalonej pochodni, stali trzej zbrojni mężczyźni. Wszyscy mieli rdzawoczerwone, jakby schlapane krwią pancerze, gdzieniegdzie przyozdobione kolcami albo czarnymi malowidłami. Ani ich zbroje, ani broń nie stanowiły jednolitego rynsztunku. Jeden z nich miał na plecach glewię o długim drzewcu i charakterystycznym zakrzywionym ostrzu, połyskującym nad jego głową jak prywatny półksiężyc; uzbrojenie pozostałych dwóch stanowiły mniej egzotyczne miecze i kusze, jednak i te we wprawnych rękach mogły być równie zabójcze. Nie zareagowali na wskazanie ich palcem, nie ruszyli się, a pod ich hełmami nic nie było widać. Z tej odległości sprawiali wrażenie olbrzymich ciem skupionych wokół światła i ciepła.

Przybyli tu na zaproszenie wójta Derotha, oficjalnie sprawując funkcję wartowników pilnujących pochodni i dbających o to, by któraś nie zgasła. Mieszkańcy mawiali, że lepsza taka ochrona niż żadna, gdyż bagniska zamieszkiwały przeróżne stworzenia. Wszyscy wiedzieli, że to pozory, czuli się przy tych strażnikach jak owce w towarzystwie nie do końca oswojonych wilków. Dziś było ich tylko trzech i w samej osadzie zapewne niewielu więcej, bo większość z nich właśnie o tej porze, podobnie jak znaczna część sprawnych i silnych bagniarzy, była na mokradłach, nadzorując budowę szlaków handlowych, które powstawały na rozkaz zarządcy miejskiego.

Mieszkańcy udawali, jak mogli, że nie są zakładnikami we własnej wiosce. Miejscowi plotkarze mówili po cichu o ludziach, którzy zginęli na bagnach podczas karkołomnej budowy szlaków. Szeptali też o Derocie i ewentualnych planach wygnania go z osady. A sami najemnicy w krwawych pancerzach – nazywani przez tutejszych okupantami i ogarami – udawali, że ochraniają bagniarzy podczas ich pracy, w istocie ich nadzorując. A i teraz udawali w wiosce, że są tu przez przypadek, jednocześnie próbując wychwycić, o czym zebrani mogą rozmawiać.

– Nie mówimy o tym, bo w żaden sposób nie łamie to durnych zasad Rygoru – kontynuowała Verrana – a poza tym wstyd się przyznać, że takiego człowieka jak Deroth mianowaliśmy wójtem, dając się zwieść jego pustym obietnicom o bogactwach, które spłyną na wioskę, gdy wybuduje się te przeklęte szlaki. – Verrana była z siebie dumna, że dała radę to powiedzieć i złamać tabu. Kolejne słowa same ułożyły się w jej głowie i wyleciały przez usta. – Jedyne, co jest prawdziwe w tych oparach bagiennego powietrza, absurdu i kłamstwa, to szlaki. Budowa, do której ludzie są zmuszani. Dlatego udam się na jeden z nich i razem z Gessanem opuścimy Upadłe Mokradła.

Chociaż przerażała ją myśl o przedzieraniu się przez bagna razem z dzieckiem oraz samotna wędrówka po szlakach handlowych w poszukiwaniu miasta, do którego ich wpuszczą i w którym im się poszczęści, to nie zamierzała się z tego wycofać.

Elkra patrzyła na nią przez chwilę, jakby zrobiła coś bardzo złego. Pokręciła głową, a jej twarz nie wyrażała przy tym żadnego gniewu, żalu ani rozczarowania, czym kompletnie zaskoczyła Verranę.

– Od chwili twojego ślubu z Thernem wiedziałam, że będą z wami same kłopoty – odparła chłodno. – Szkoda, że nie podeszłaś do ogniska, tak jak ci to sugerowałam.

Verrana patrzyła na nią przez chwilę z niedowierzaniem, niepewna tego, co zaraz się stanie. Dopiero teraz zaczęła żałować słów, które wypowiedziała.

– Twój syn opuści osadę, to prawda, ale ty tu zostaniesz! – Elkra powiedziała to głosem sędziego, niekryjącego swojej antypatii do skazanego. – Wiesz dobrze, jak Rygor reguluje takie przypadki jak ten, a dziwactwa twojego syna już zbyt długo były tolerowane. Swoim zachowaniem i lekkomyślnością sprowadzi na nas któregoś dnia wielkie zło z bagien. Rygor nakazuje pozbyć się takich od razu.

Verrana przez parę chwil stała osłupiała, nie mogąc uwierzyć w te słowa. Znała prawa Rygoru i kilka razy słyszała o przypadkach, gdy dziecko zostało zmuszone do opuszczenia Bermeld i udania się w samotną wędrówkę przez mokradła albo zabrane przez ludzi w białych płaszczach, przybywających na szklanych łodziach, których szlam zdawał się nawet nie dotykać. Sama nigdy nie uczestniczyła w takich zebraniach, ale podobno w nocy niektórzy mieszkańcy zakładali skórzane maski i zbierali się, by wydawać wyroki.

Dopiero po latach, gdy sama została matką, dotarło do niej, na jak straszny los skazywane były te dzieci. A teraz ten los mógł spotkać jej dziecko. Wszystko w imię Rygoru.

W tej chwili zrozumiała, że została sama, ani wójt, ani jego gwardia przyboczna z Czerwonej Stali nie zrobią nic, aby jej pomóc, a sami mieszkańcy Bermeld, wypowiadający się ustami staruchy Elkry, będą przeciwko niej.

*

Gessan nie wiedział, co robi jego matka, ani też nie zwracał uwagi na bawiące się niedaleko dzieciaki. Był bardzo skoncentrowany na swoim najnowszym znalezisku – żuczek o złoto-czerwonym pancerzu dzielnie maszerował po kamieniu, a czarne różki chwiały się przy tym lekko na boki. Przypominał jesienny liść, tańczący pod wpływem delikatnych podmuchów wiatru. Gdy Gessan zrozumiał naturę swojego skojarzenia, pojął też, czemu ten widok wywołał w nim dziwne uczucie chłodu. Ów cudaczny robaczek o żółtawym odcieniu przypominał mu jego cudowną, złotą śrubkę. Jedno z jego cenniejszych znalezisk, które zdobył w niecodzienny sposób podczas samotnej eksploracji bagien.

To był głupi pomysł – samotna wyprawa na bagna pod nieobecność matki zakończyła się tym, że młody odkrywca szybko zabłądził w głuszy. Długo nie mógł znaleźć właściwej drogi ani zorientować się, gdzie jest. Właśnie wtedy, po wielogodzinnej tułaczce, trafił do miejsca z opowieści. Tam, gdzie pod ziemią spały golemy. Ich metalowe, ogromne członki wyrastały z bagiennych dołów. Chociaż wiedział, że nie powinien tam być, to jednak widok ten go fascynował i pobudzał jego wyobraźnię. Domyślał się, jak takie monstra musiały powstawać, odlewane z ogromnych kotłów, rzeźbione, napełniane magią i przedziwnymi mechanizmami. Rozumiał, jak wielki strach musiał ogarnąć mieszkańców Bermeld, gdy zastępy tych kolosów przybyły do ich osady. Zaczął jednak wędrować między ogromnymi hełmami i rękami wykonanymi z metalu.

Gdy rachując metalowe, wielkie jak kolumny ręce i równie wielkie hełmy, naliczył jedenaście sztuk uśpionych gigantów, pojawił się On – mężczyzna o ostrych rysach twarzy, nieprzyjaznym uśmiechu i lekkim zaroście, który nie skrywał blizny na jego brodzie. Sam siebie nazywał łowcą i władcą tej części bagniska. Wyłonił się nagle przed Gessanem, bezszelestnie i szybko, zupełnie jak ogromna puma, która podążała w ślad za nim. Chłopiec był przerażony tajemniczym, noszącym się na czarno przybyszem i jego zwierzęcym towarzyszem. Szybko powiedział mu, kim jest i jak znalazł się w tym miejscu – bardzo denerwując się podczas tej rozmowy, zaś łowca wpatrywał się w niego nieprzyjaźnie, cały czas trzymając dłoń na rękojeści jednego ze swoich ostrzy. Wielki kocur patrzył na chłopaka jak na potencjalny posiłek. To, co stało się potem, zaskoczyło chłopca jeszcze bardziej, bo, mimo swej groźnej aparycji i szorstkiego tonu, mężczyzna nie rzucił go na pożarcie pumie. Zamiast tego przestrzegł Gessana przed zapuszczaniem się w to miejsce i odprowadził go na skraj wioski, wcześniej obwiązując mu oczy, by chłopiec nie zapamiętał drogi powrotnej na Cmentarzysko Golemów. Na pożegnanie mężczyzna wręczył mu złotą śrubkę. Jak sam powiedział, była to jedyna ładna i cenna rzecz, jaką udało mu się znaleźć na cmentarzysku. Dając mu ją, przestrzegł Gessana, aby ten zapomniał o tym, co stało się tamtego dnia, i nigdy więcej nie wracał w tamto miejsce, bo za drugim razem tajemniczy człowiek z bagien nie okaże tyle uprzejmości.

Gessan zamierzał zastosować się do tej rady.

Tajemnicza złota śrubka przez długi czas była jego małym skarbem i najcenniejszą zabawką, jedną z niewielu, jakie posiadał. Stracił ją trzy dni temu, przez własną nieuwagę, gdy spostrzegł go pijany brodacz. Mimo że wspomnienie przedmiotu cały czas budziło w nim poczucie straty, to pamiętał, jakie problemy miała przez to jego matka. Nie wspominając o sińcach, których jego ciało jeszcze nie zaleczyło, a które chował pod lnianą koszulą.

Popatrzył na matkę. Widział, jak rozmawia ze starą Elkrą, a nawet on, choć był tylko dzieckiem, kojarzył tę osobę. Wiedział też, że wiele osób w osadzie traktuje ją jak wyrocznię, posiadaczkę jakiejś tajemnej wiedzy. Ludzie z wioski często chodzili do niej po porady i uważali ją za mądrą kobietę. Mama, nawet przed odejściem taty, rzadko udawała się do niej z pytaniami.

Nie podobała mu się mina starszej pani, tak samo jak mina jego matki, ale mimo to wiedział, że nie powinien wtrącać się w rozmowy dorosłych. Nie tylko dlatego, że to nieładnie, ale głównie przez wzgląd na mamę, której nie chciał sprawiać więcej kłopotów.

Zamierzał ponownie skupić się na żuczku, ale fascynującego owada już nigdzie nie było. Zniknął gdzieś pomiędzy kamieniami. Chłopczyk wyprostował się i spojrzał w stronę majestatycznego, wiecznie czerwonego dębu. Popatrzył na bawiące się tam dzieci, biegające w kółko, krzyczące i przerzucające się piłką ze szmatek. Nie był taki jak one, wiedział o tym od bardzo dawna. Praktycznie w chwili, gdy jego zmarły ojciec pokazał mu swój klaser z owadami i zasuszonymi roślinami, zrozumiał, że mokradła nie są niebezpieczną krainą, z którą zawsze trzeba walczyć i jej nienawidzić, bo jeśli spojrzało się na nie z odpowiedniej perspektywy, jeśli wiedziało się, gdzie czego szukać i pod jaki kamień zajrzeć – stawały się istnym skarbcem Matki Natury.

Brakowało mu taty. On wiedziałby, co robić, i mama byłaby szczęśliwsza.

Czasami czuł się straszliwie samotny.

Gdy wiatr wiejący od strony mokradeł starł mu lśniącą łzę z policzka, coś przykuło jego uwagę. Na tle pola, usianego gdzieniegdzie czerwonymi kwiatami i omszałymi kamieniami, zobaczył tańczącą nieporadnie na wietrze żółtą plamkę – jego żuczek się znalazł. Ujrzał, jak przysiada na jednym z kamieni nieopodal obronnego płotu.

Niewiele myśląc, zadowolony, że znów będzie mógł zaspokoić głód odkrywcy i badacza przyrody, pomaszerował pewnym krokiem w tamtą stronę.

Nie miał pojęcia, że z gęstwiny coś bardzo uważnie śledzi każdy jego krok.

*

– Nie możecie tego zrobić – powiedziała z rozpaczą w głosie Verrana. Jednak Elkra pozostawała niewzruszona, nie skrywała się jednak za maską zobojętnienia. Swoją miną i spojrzeniem demonstrowała perwersyjne zadowolenie, jakie sprawiało jej ukaranie krnąbrnej kobiety.

Przez chwilę zaległa między nimi cisza.

– Przykro mi, dziecko, ale to już postanowione – odparła, patrząc jej w oczy.

Verrana dopadła ją jednym susem i chwyciła za poły jej szaty. Stare, schorowane ciało nie było w stanie stawiać żadnego oporu. Pewnym ruchem przyciągnęła Elkrę do siebie. Miała jej twarz tak blisko swojej, że mogła dokładnie przyjrzeć się każdej bruździe i zmarszczce.

Verrana przez zaciśnięte zęby wysyczała słowa wymieszane ze śliną, tak że krople spadły na ubranie staruszki:

– Jeśli naprawdę myślisz, że pozwolę wam pozbyć się mojego syna jak worka odpadków, to się grubo mylisz, wiedźmo. Prędzej sama zatargam cię na bajora albo wrzucę w ruchome piaski.

Pod tą maską ze zniszczonej przez czas skóry i zmarszczek nie dostrzegła jednak ani odrobiny strachu czy spolegliwości. Ostre słowa i brutalne szarpanie nie zrobiły wrażenia na starej kobiecie.

– Obawiam się, że to będzie wyglądać nieco inaczej. – Elkra uśmiechnęła się szyderczo, pokazując przy tym swoje liczne ubytki w uzębieniu i poczerniałe dziąsła. Z tym uśmiechem i ze swoimi zielonymi oczami wyglądała niczym ogromna, upiorna lalka z koszmarnego snu.

Verrana wciąż jeszcze trzymała ją w uścisku, gdy usłyszała za sobą męski, gruby głos. Doskonale jej znany.

– Puść w tej chwili wieszczkę! – Ton był niemal rozkazujący. – Nie wiesz, że do starszych trzeba z szacunkiem?

Gdy odwróciła się powoli, przeszło ją przerażenie. To był Ronid, mężczyzna o nieprzyjemnej twarzy, krzywym nosie i kwadratowej szczęce. Jej niedoszły zalotnik, którym tak bardzo gardziła. Nie tylko ze względu na jego brzydotę, ale również fakt, że jeszcze nie zdążyła dobrze oswoić się z myślą o śmierci męża, a on już nie krył się co do swoich zamiarów wobec niej.

Stał tam jak zawsze w swojej szarej, znoszonej koszuli i nie był sam. Za nim znajdowała się cała gromada miejscowych. Mężczyźni w różnym wieku, którzy dziś nie pracowali przy karczowaniu lasów i układaniu dróg. Kobiety, które jeszcze parę chwil temu szyły i plotkowały, oraz kilkoro staruszków, którym większa grupa ludzi wlała nieco animuszu w stare kości. Byli tu wszyscy ci, którzy do tej pory ogrzewali się przy ognisku. Twarze, które Verrana znała na co dzień z Bermeld. Wszyscy oni obrzucali ją spojrzeniem, jakie rodzic serwuje dziecku, nakrywszy je na złym uczynku.

Verrana odruchowo rozluźniła palce, puszczając Elkrę z uścisku, chociaż dobrze wiedziała, że to nie o szarpanie starego babska tutaj chodziło.

*

Gessan przykucnął przy małym stosiku z kamieni, gdzie – był tego pewien – znajdował się obserwowany przez niego żuczek. Uparcie i powoli odrzucał kamienie swoimi małymi dłońmi, najpierw ostrożnie wsuwając palce w wolną szczelinę, by móc je powoli zdjąć, nie wywołując przy tym zapadnięcia się kamiennego stosiku. Nie chciał zniszczyć swojego upragnionego okazu. Chciał jeszcze chociaż raz popatrzeć na to małe, cudowne stworzonko. To, jak sprytnie zostało skonstruowane przez naturę. Jak przebiera swoimi małymi nóżkami niczym precyzyjny mechanizm.

Na początku udało mu się znaleźć pod kamieniami jedynie kilka stonóg, karaluchów i sporo ślimaków bez muszli, ale w końcu, po odrzuceniu kolejnego kamienia, spomiędzy szczeliny wysunął się powoli złoty owad. Gessan był zachwycony tym widokiem i uradowany, że jego trud nie był daremny. Pochylił się nisko, aby popatrzeć dokładnie na tę grację, majestat i tajemnicę zamkniętą w ciele tego małego stworzonka.

Znów mógł oddać się swojemu ulubionemu zajęciu, bacznej i fascynującej obserwacji przyrody. Złoty robaczek skutecznie odwrócił jego uwagę od trosk. Dzięki małemu owadowi na parę chwil zapomniał o wszystkich złych myślach, które od czasu feralnej wyprawy na torfowiska kotłowały się w jego głowie.

Patrzył, jak owad, stając na kamieniu, rozchyla swoje pancerne pokrywy skrzydeł, spod których wyłoniły się przezroczyste, błoniaste skrzydła.

Gessan doskonale wiedział, co to znaczy. Długo już badał przyrodę na mokradłach i potrafił odczytać pewne ruchy owadów, które, choć były dla niego niczym małe samonakręcające się, wykonane z pietyzmem mechanizmy, to mimo wszystko były prymitywne i przewidywalne, a i ten maluch, mimo całej swej cudowności, nie był wyjątkiem. Mały chrząszcz, który wykonał dla niego przedstawienie na kamiennej scenie, machając radośnie czułkami i przebierając czarnymi odnóżami, zbierał się powoli do opuszczenia jej. Chłopiec zawsze w takiej chwili odczuwał pokusę, aby złapać stworzenie i zanieść je do domu, a tam zamknąć w słoiku. Ale powstrzymywał się przed tym. Pamiętał cały czas o naukach ojca, który do znudzenia powtarzał mu, że takie żyjątka są piękne tylko na wolności.

Chłopiec z zapartym tchem i podwiniętymi nogami patrzył, jak przezroczyste skrzydełka żuka zaczynają poruszać się w górę i w dół coraz szybciej, podczas gdy głowa owada kiwała się z lekka na boki, jakby rozglądał się, czy może bezpiecznie wzbić się w powietrze.

Jednak Gessanowi nie było dane stać się świadkiem tego majestatycznego widowiska, jakim miało być odfrunięcie błyszczącego owada. Upragniona przez niego chwila nie nastąpiła.

W następnym momencie owad przestał istnieć. Stopa, odziana w brązowy skórzany but, opadła na kamień dokładnie w miejscu, gdzie znajdował się owad.

Gessan podniósł głowę i zobaczył tego, który brutalnie zakończył żywot złotego żuczka. Nie był zdziwiony, że osobą tą okazał się Harsz, miejscowy hultaj i rozrabiaka, najbardziej krnąbrne dziecko w wiosce. Jego prześladowca i gnębiciel, który lubował się w dokuczaniu słabszym. Piegowata, pucołowata buzia Harsza wykrzywiła się w uśmiechu, co w połączeniu z jego kręconymi, rudymi jak marchew włosami upodobniło go do cyrkowego siłacza.

Jego nieodłączny towarzysz, Fell, o czarnych zaniedbanych włosach i wiecznie rozbieganych oczkach, stał za nim niczym giermek u boku rycerza, podobnie jak Harsz odziany w prostą, lnianą koszulę z trokami przeplatanymi na torsie.

Harsz tymczasem pokazywał swoim uśmiechem, jak wielką przyjemność sprawiło mu zabicie chrząszcza.

– O, zabawecka się spsuła gamoniowi? – powiedział dumnie, sepleniąc i pokazując dwa ubytki w uzębieniu, jeden obok drugiego. Brak zębów był świadectwem licznych bijatyk.

Patrzył z góry na kucającego chłopca, pewien tego, że lada chwila, jak zwykle, rozpłacze się, poleci na skargę do matki albo zaszyje się za jakimś drzewem. Tym większe zdziwienie go ogarnęło, gdy Gessan nie poddał się rozpaczy, tylko prędko zrywając się na równe nogi, uderzył w jego pulchne ciało.

Harsz, nie spodziewając się ataku, zachwiał się i runął na ziemię niczym ścięte drzewo. Gessan szybko usiadł na nim i swoimi chudymi rękami zaczął okładać chłopca, który tak brutalnie i bezmyślnie zabił złotego żuczka.

Przez ten cały czas myślał o swojej złotej śrubce zabranej przez śmierdzącego myśliwego, poczucie straty znów powróciło, jeszcze silniejsze niż wcześniej. Niezdarnie okładał rudego grubasa zaciśniętymi pięściami. Miał łzy w oczach. Nie miał pojęcia, ile razy zdążył uderzyć Harsza i w co go trafił, nim Fell złapał go za ręce i wykręcając je, ściągnął go z chłopaka. Ten powoli wstał, otrzepując się. Śmiał się i Gessan już wiedział, że jego pełne gniewu ciosy okazały się nieporadne i jedynie rozjuszyły łobuza, który teraz zamierzał wszystkie te razy oddać mu ze sporą nawiązką.

– Dlaczego? – spytał drżącym głosem. – Dlaczego to zrobiłeś? Dlaczego?!

Harsz podszedł bliżej. Miał lekko różową twarz, kilka uderzeń musiało go jednak dosięgnąć.

– Co za głupie pytanie – powiedział i jego zaciśnięta ręka, twarda niczym kamień, uderzyła Gessana w brzuch. – Bo jesteś ofermą. A tacy zasługują na wszystko, co najgorse.

Zaciśnięta pięść dwukrotnie ugodziła go w żebra.

Gessan był lekko zamroczony po tych ciosach. Jego głowa opadła bezwładnie, ale słyszał dokładnie każde słowo.

– …każdy w tej wiosce będzie miał cię za frajera, cholerny miłośniku robactwa. Łazis tam, gdzie nie wolno chodzić, i narazas nas wszystkich. Rodzice mówili, że z dziwaka stałeś się prawdziwym utrapieniem dla wioski.

Nie patrzył na niego, ale analizował każde z usłyszanych słów. Cały czas miał przez oczami, pomimo lekkiego zamroczenia, uśmiechniętą twarz swojego prześladowcy, a był to uśmiech dziecka, które bez powodu znęca się nad mrówką, wyrywając jej kończyny. Wszystkie te przykre rzeczy, okrutne słowa, zniewagi i fizyczny ból scalały się w jego głowie niczym fale sztormu, które go zalewały. Nagle to wszystko uspokoiło się, gdy coś sobie uświadomił.

Szmery. Głośne, wyraźne szmery ocierających się o siebie liści i gałęzi.

Słyszał wyraźny szelest listowia. Nie było wiatru, co zauważył już podczas obserwacji żuczka, a mimo to słyszał wyraźnie, jak coś poruszyło gałęziami i liśćmi za ogrodzeniem. Dwóch łobuziaków, zaaferowanych znęcaniem się nad Gessanem, wydawało się być kompletnie głuchymi na ten dziwny dźwięk. Do momentu, gdy z gęstwiny za ogrodzeniem dobył się upiorny długi pomruk, który wydawał się przenikać człowieka głęboko aż do kości, wzbudzając najbardziej pierwotne lęki.

Po chwili ogromny czarny cień przesunął się nad całą trójką niczym wielka gradowa chmura. Słychać było donośne dudnienie, jakby coś bardzo ciężkiego spadło na ziemię. Dwaj chłopcy cały czas trzymali Gessana, podczas gdy ich ciała zesztywniały ze strachu. Jeden z nich wydał z siebie osobliwy jęk, jakby dźwięk zepsutego instrumentu, ponieważ ze sztywnego   przerażenia gardła nie mógł się wydobyć krzyk. Gessan uniósł lekko głowę i zobaczył rudego, pulchnego chłopca powoli odwracającego się w stronę ogromnej czarnej sylwetki, która wyrosła za jego plecami niczym ponura góra. Zdążył jeszcze zobaczyć, jak Harsz spogląda w górę na giganta, prosto w lśniące ślepia, jarzące się w głębi jego potwornej, zniekształconej czaszki.

Harsz nie zdążył wydać z siebie żadnego dźwięku. Potwór wykonał błyskawiczny ruch łapą uzbrojoną w długie, hakowate szpony. Chłopiec eksplodował niczym wielki balon wypełniony krwią i wnętrznościami.

Gessan dojrzał przez ułamek sekundy zaskoczenie na twarzy Harsza, a także wielką czerwoną chmurę, która rozlała wokół niego niczym farba wylana nieopatrznie na obraz. Nawet ta czerwień nie była w stanie zakryć ogromnego czarnego kształtu, który wyrósł tuż za nim.

*

Verrana upadła w błoto, gdy powalił ją cios Ronida. Mężczyzna nie żałował sił na uderzenie. Tłum mieszkańców cały czas stał za nim, a ich miny wyrażały jedynie pogardę oraz zobojętnienie.

Verrana podniosła się z błota, cała nim pokryta. Spojrzała na Elkrę, oddalającą się z miejsca, które powoli zmieniało się w miejsce linczu. Nie patrzyła w jej stronę. Stara kobieta pozwalała, by brudną robotę wykonali inni, podczas gdy ona – patrząc w pochmurne niebo – mamrotała pod nosem jakieś modlitwy.

– Nie zgodzę się na to… – powiedziała sama do siebie, a w jej dłoni pojawił się mały nóż, którego używała do ścinania ziół i patroszenia ryb.

Z tłumu dobiegały głosy oburzenia i gniewne pomruki. Pośród nich słychać było ciągle powtarzające się zdania:

Rygor tego wymaga…

Rygor to wszystko, co mamy…

Rygor pozwoli nam przetrwać…

Rygor… Rygor… Rygor…!!

– Chrzanić Rygor i Czterech Bogów – powiedziała wściekle Verrana, podnosząc się z błota i mocno ściskając ostrze. – Został mi tylko Gessan. Nie zabierzecie mi go. Nie bez mojej zgody!

Widząc ostrze w jej dłoni, tłumek przestał się zbliżać. Ronid pozostał jednak tam, gdzie stał.

– Nie bądź głupia, kobieto – mruknął Ronid, cały czas zerkając na nóż w jej ręku. – Nie umiałaś wychować syna, czas ponieść konsekwencje. Znasz zasady. Nie może tu pozostać, będzie ciężarem. Albo zdechnie na bagnach w paszczy smoka, albo znajdą go Wstęgi i zabiorą do Zakonu. Ty nie musisz przez to cierpieć. Łono długo jeszcze będziesz miała wilgotne, możesz jeszcze mieć dużo bardziej udanych dzieci.

W odpowiedzi Verrana rzuciła mu spojrzenie wilczycy gotowej stanąć do morderczej walki w obronie swoich młodych.

Ronid zrobił krok do przodu, unosząc lekko ręce w pojednawczym geście. Ona czuła jednak, że to miało tylko zmylić jej czujność. Chrapliwy śpiew Elkry, zawodzenie o Czterech Bogach z bagien, rozbrzmiewał coraz głośniej nad zebranymi.

– Pozwólcie nam odejść – wyszeptała matka, gdy ludzie zaczęli podchodzić coraz bliżej. Jej oczy zaszkliły się, gdy uświadomiła sobie, że nie obroni dziecka.

Nagle wszystko się zatrzymało. Nieudolny śpiew Elkry ustał, a ona sama wskazała palcem na polankę. Wszyscy ludzie stanęli jak wryci, gdy od strony majestatycznego dębu rozległy się krzyki przerażonych dzieci.

– Bestia! Bestia w wiosce! Łapcie dzieciaki i chowajcie się, ludzie!

*

Dzieciaki bawiące się przy świętym drzewie zerwały się do panicznego biegu niczym stado baranów spłoszone przez wilka. Wrzeszczały, krzyczały, tratowały się, uciekając w kierunku drewnianych chałup.

Dorośli, zupełnie ignorując Verranę, rzucili się w kierunku nadbiegającego stadka, chcąc jak najszybciej złapać swoje pociechy i wyciągnąć je z tego zamętu.

Verrana, cały czas lekko oszołomiona nagłym obrotem sytuacji, patrzyła na polanę. Próbowała w tym nadbiegającym tłumie, pośród wszechobecnego chaosu, ujrzeć blond włosy Gessana. Jej wzrok skoncentrował się na włochatym olbrzymie, który wyrastał za morzem dzieci niczym podnoszący się z dna oceanu pradawny tytan.

Zobaczyła monstrum z legend, które opowiadano sobie przy ognisku. Potwora z lasu wypędzonego pewnej nocy z wioski przez moc Jesiennego Drzewa zesłanego przez bogów. Potwór po latach powrócił. Samą swoją plugawą obecnością naigrawał się z wierzeń bagniarzy, wyglądem i posturą budząc w nich stare lęki. Teraz stał nieopodal prowizorycznego płotu.

Wielka kreatura, o długim, szarym futrze, gęsto porastającym jej cielsko, i małpich, umięśnionych ramionach. Okropny pysk, przypominający groteskowe połączenie głowy nietoperza ze szczęką wilka, był wypełniony tak dużą ilością kłów, że gęba stwora wyglądała, jakby wyginała się w demonicznym uśmiechu.

Verrana biegła przez tłum dzieci i rodziców, wypatrując swojego synka. Nie spuszczając oczu z bestii, była świadkiem makabrycznego zdarzenia. Kudłata bestia trzymała za nogę szamoczącego się chłopca o czarnych włosach. Przez chwilę wydawało się, że potwór pożre nieszczęsne dziecko, rozkoszując się uprzednio zapachem jego strachu, ale nagle cisnął nim w stronę ogrodzenia. Dziecko nabiło się na szpikulce, którymi zwieńczony był płot. Zastygło w bezruchu niczym owad nabity na szpilkę, a wylewający się z niego szkarłat obficie znaczył ogrodzenie.

Verrana stanęła jak wryta. Nie musiała już przeczesywać tłumu ani nawoływać synka. Gdy potwór uniósł drugą dłoń, widać było, że trzyma w niej pochwyconego blondwłosego chłopca.

Gessan był uwięziony w ogromnych paluchach potwora, z krwią na buzi i koszuli wyglądał na ciężko rannego. Jednak wciąż szamotał się, choć uderzenia jego rączek były coraz słabsze.

Verrana, widząc aż nazbyt dokładnie, jak przed chwilą potwór potraktował innego chłopca, ścisnęła mocniej swój nóż i była już gotowa popędzić w tamtą stronę, by stanąć do rozpaczliwej walki z kreaturą, gdy nagle czyjeś dłonie mocno zacisnęły się na jej ramieniu.

Obejrzała się i zobaczyła Ronida. Mężczyznę, który jeszcze parę chwil temu ją uderzył.

– Nie bądź głupia. Zginiesz tam, durna babo. – Jego dłonie zacisnęły się mocniej.

Verrana zaczęła się wściekle szarpać, ale silne ramiona Ronida utrzymały ją w pewnym chwycie. Spojrzała w kierunku stwora, który trzymał jej dziecko. Na chwilę uspokoiła się, gdy Ronid wskazał jej trzech zbrojnych, kierujących się w stronę potwora. Najemnicy Czerwonej Stali, którzy do tej pory byli tylko biernymi obserwatorami, w końcu postanowili zrobić to, do czego wójt ich wynajął. Ruszyli do walki.

Verrana zobaczyła, jak trzej uzbrojeni mężczyźni podążyli z impetem w stronę bestii. Obserwowała w napięciu, jak dwaj mężczyźni wyciągnęli broń, a trzeci zbliżał się, celując do potwora z ciężkiej kuszy. Ten z glewią ujął ją oburącz, drugi zrównał się z nim, przygotowując miecz, ostatni z nich, ruszając za nimi, napinał kuszę. Widać było, że był to ćwiczony przez nich manewr, każdy znał swe miejsce i rolę. Ale to, jak jeden z nich nerwowo trzymał miecz, a drugi pośpiesznie ładował kuszę, nie trafiając bełtem w łożysko, zdradzało, że ten rodzaj walki ich przerastał.

– Ci idioci mogą zranić Gessana! – Verrana zaczęła się szarpać, ale Ronid nie pozwolił jej się oswobodzić.

– Oni zdziałają tam więcej niż ty! – wrzasnął na nią.

Bełt pomknął z kuszy w stronę potwora i wbił się w grube ramię. Żółtymi oczami bestia zerknęła na wystający pocisk, który z pewnością przebiłby solidną zbroję na wylot, lecz w muskularnym cielsku ledwo się zagłębił. W miejscu przebicia skóry zaczęła płynąć gęsta, fioletowa posoka. Potwór nawet nie wyciągnął bełtu. Jedynie spojrzał na strzelca ślepiami pełnymi nienawiści.

Ręce wojownika drżały, gdy pośpiesznie ładował na powrót kuszę.

Potwór rozwarł szeroko swoją paszczę i wydał z siebie dziki, pierwotny ryk, jakby wszystkie maszkarony zamieszkujące puszczę wrzasnęły jednocześnie w jednym potwornym chórze. Verrana na parę chwil przestała się szarpać, oszołomiona. Zupełnie tak, jakby demoniczny ryk obudził w niej jakiś zwierzęcy lęk. Gdy przerażający dźwięk rozniósł się echem po wiosce, bestia ponownie zwarła szczęki w przerażającym uśmiechu.

Potwór nachylił się, a jego gęste włosy na grzbiecie i ramionach w jednej chwili stwardniały i nastroszyły się we wszystkie strony. Wyglądało to tak, jakby cielsko stwora pokryło się czarnymi kolcami, nadając mu jeszcze bardziej nieludzki wygląd. Z drgającej kępy kolców wystrzeliły czarne smugi, które pomknęły nad głowami nadbiegających wojowników, by z błyskawiczną szybkością sięgnąć nieszczęsnego kusznika. Niczym oszczepy przebiły na wylot zbroję wojownika, jeszcze przed chwilą strzelającego do kreatury. Pierwszy czarny oszczep przebił jego hełm na wylot, dwa pozostałe wystawały z korpusu nieszczęśnika, który upadł za ziemię, obficie brocząc krwią.

Verrana coraz mocniej się szarpała, widząc, jak łatwo monstrum pozbawiło życia jednego z najemników, i niechybnie uczyni to z kolejnym, gdyż ostrze drugiego z najemników pękło właśnie, rozbite na kawałki w konfrontacji z wielkimi szponami bestii.

Ronid nie zamierzał odpuszczać. Ścisnął mocniej jej rękę i zapierając się nogami, zaczął ją odciągać, byle dalej od tego miejsca. Mieszkańcy wioski stali w bezpiecznej odległości, z widłami, kosami i inną prowizoryczną bronią, lub przez szpary w oknach patrzyli na rozgrywający się dramat – zmagania wojowników w czerwonych pancerzach z potworem z legend i szamotaninę myśliwego z wdową. Nikt z nich, w obawie o własną skórę, nie ruszył, aby pomóc najemnikom. Wszak wciąż byli intruzami, chociaż ginęli w obronie Bermeld. Los kobiety i jej dziecka też był im obojętny.

– Nie bądź głupia – wysyczał Ronid.

Kobieta z gracją obróciła się wzdłuż jego dłoni i przywarła całą sobą do jego ciała. Zrobiła to nagle, szybko, kompletnie zaskakując myśliwego. Z bliska mężczyzna czuł na swojej ogorzałej twarzy jej niespokojny, przyśpieszony oddech. W tej samej chwili poczuł także liżący go po skórze chłód stali. Nóż Verrany przywarł do jego gardła.

– Puść… – powiedział kobieta spokojnym głosem, który łowcy wydał się wyjątkowo nienaturalny na tle ryków potwora, krzyków rozrywanego najemnika i łkania przerażonego chłopca.

Widział już kiedyś taki wzrok, dawno temu podczas polowania. Takim spojrzeniem obrzuciła go wilczyca gotowa walczyć do końca w obronie swoich młodych. Wtedy zrezygnował z walki ze zwierzęciem, teraz także ustąpił.

Zaciśnięte pięści mężczyzny rozwarły się. Nie znalazł żadnych odpowiednich słów, po prostu rzucił się w kierunku ludzi zebranych na skraju wsi.

Kobieta zignorowała to zupełnie i z nożem w dłoni popędziła na potwora. Po drodze minęła rozciągnięte ciało w czerwonym pancerzu, z którego wciąż sterczały czarne szpikulce. Drugi z najemników też był już martwy, jego truchło, z rozoranym torsem i urwaną głową, leżało nieopodal.

Podczas walki z trójką uzbrojonych najemników kreatura ani na chwilę nie puściła chłopca z dłoni.

– Puszczaj mojego syna, bydlaku – wydarła się Verrana, biegnąc na potwora.

Zakrwawiona dłoń monstrum sięgała właśnie w kierunku ostatniego z najemników, stojącego przy dziecku oplecionym drutem kolczastym. Nie ruszało się, ale mężczyzna mimo to próbował je ratować. Za swój mały akt szlachetności przyszło mu jednak zapłacić najwyższą cenę – ostrze mężczyzny leżało wyszczerbione na ziemi, a w jego klatkę piersiową wniknął głęboko wysunięty szpon.

Bohaterski najemnik właśnie dogorywał, czując, jak opuszcza go życie, i nie mogąc uwierzyć, jak żałosny koniec go spotkał. Potwór trzymał pysk blisko jego ciała, jakby rozkoszując się zapachem śmierci. Zaprzestał tego, gdy nóż Verrany zagłębił się w udzie bestii.

Ostrze nie weszło głęboko, twarda skóra stawiała opór, ale to wystarczyło, by zwrócić uwagę potwora. Odwrócił się z zadziwiającą prędkością i machnął, jakby odganiał namolnego insekta. Verrana poleciała na kilka metrów, wypuszczając z ręki nóż. Poczuła, jak wpada plecami w wielką kałużę błota wymieszanego z krwią najemnika.

Była zamroczona i czuła ogromny ból przy każdym ruchu, nawet gdy oddychała. Mimo to usiadła w błocie, podtrzymując się jedną ręką. Druga, dziwnie bezwładna, zwisała wykrzywiona pod nienaturalnym kątem.

Mieszkańcy Bermeld nie ruszyli jej z pomocą. Przez cały czas w milczeniu przypatrywali się spektaklowi pełnemu makabry, dramatyzmu i ludzkiej bezsilności. Dopiero podnoszeniu się z błota poturbowanej Verrany towarzyszyły ciche westchnienia, szepty, szmery, które z każdą chwilą zmieniały się w coraz głośniejsze komentarze.

Rozszarpie ją.

Potwór pożre nieczystą.

Zabierze ją w las.

Kolos stał bez ruchu, ciężko dysząc i wpatrując się w nią, tak jakby zastanawiał się nad tym, co zrobił. Jego nastroszone, przypominające kolce włosy opadły. Przestał uważać powaloną kobietę za zagrożenie.

Oczy Gessana były otwarte i spoglądały na nią.

– Mamo! – jęknął, wyciągając do niej ręce i wiercąc się niczym mała myszka pochwycona przez kota. – Mamo! Mamo!

– Proszę. Oddaj mi go, tylko on mi pozostał… – Spojrzała w ślepia bestii załzawionymi oczami, brudna od błota i krwi.

Potwór w jakiś dziwny, niezrozumiały sposób zdawał się rozumieć każde jej słowo, ale jego oczyska ani na chwilę nie straciły nic ze swej drapieżności. Mruknął coś przeciągle i odwrócił się do kobiety plecami, nie puszczając chłopca. Stanął przodem do ogrodzenia i rozciągającej się za nim połaci ogromnych, nieprzebytych bagnisk, pośród których łatwo mógł zniknąć.

– Nie, nie, nie! – krzyczała Verrana, kuśtykając w jego kierunku, ale nie mogła już nic zrobić. W jednej chwili stwór wykonał długi sus ponad kolczastym ogrodzeniem i zniknął w gąszczu lasu razem z jej synem.

Verrana opadła bezwładnie na kolana, płacząc i nasłuchując cichnących w oddali krzyków jej ukochanego synka.

Stara Elkra stała na małym wzniesieniu, udawszy się tam po tym, jak oznajmiła ludziom, że musi samotnie pomedytować. Oddała się jednak innej czynności, która nie miała nic wspólnego z oczyszczaniem umysłu czy kierowaniem próśb o mądrość do wyższych bytów. Patrzyła na wszystko z góry, podpierając się laską i taksując wszystko wzrokiem. Miejsce zabaw dzieci i spotkań ludzi z wioski, gdzie zbierali się przy ognisku, by ucztować, śpiewać i słuchać dawnych legend, zostało zbrukane. Stało się miejscem straszliwej tragedii i od teraz już tylko tak będzie się kojarzyć mieszkańcom.

Ludzie na pewno przypomną sobie legendę o Świętym Drzewie. Zaczną wątpić w jego moc po tym, jak nie udało mu się odegnać potwora, którego lata temu przepędziło w środku nocy. Ludzie już nie uwierzą w jego magiczną moc, mogą też zacząć podważać opiekuńczą siłę bogów z bagien.

Drugą sprawą była nieudolna szarża najemników. Nie byli w stanie uratować dzieci – jedno rozpłatane jak świniak nożem rzeźnickim, drugie cały czas wisiało martwe na płocie, rozwieszone na nim jak pranie. No i to trzecie, wiecznie problematyczny Gessan, nawet porwany sprawiał liczne kłopoty. Wszystko przez to, że dokonało się to na oczach całej społeczności. Słynni zabijacy, o paskudnej reputacji i legendarnych umiejętnościach walki, wyglądali przy kreaturze z bagien jak banda dzikusów szturmująca zamek z pochodniami i dzidami. Nie będą już samą swoją obecnością paraliżować mieszkańców.

Jak donieśli staruszce jej wierni akolici, ludzie już szeptają, po co tak naprawdę przybyli żołdacy – teraz te samotne głosy przybiorą na sile i liczbie, z czasem zmienią się w chór oburzenia i niezadowolenia.

Niedobrze, niedobrze, myślała przywódczyni Rygoru, gdy z każdą chwilą rozważała konsekwencje tego, co zdarzyło się na polance na oczach prawie całej wioski i kilkunastu przyjezdnych.

Na polanie znajdowało się teraz więcej najemników z Brygady Czerwonej Stali. Było ich kilkanaście tuzinów, a wraz z nimi wójt Bermeld, którego z daleka można było rozpoznać po złotym diademie i drogim płaszczu podszytym gronostajami. Przemawiał do ludzi, schowany bezpiecznie za swoimi najemnymi psami przed niezadowolonymi mieszkańcami osady.

Sama Verrana po brutalnym porwaniu jej synka straciła siłę i determinację, za których sprawą mogła przeciwstawić się tłumowi. Dusza wydawała się opuszczać jej ciało, jakby zabrana razem z jej jedynym dzieckiem. Dwóch najemników już dawno odciągnęło jej bezwładne ciało z dala od zbiorowiska ludzi; wraz z nimi Verrana szybko i dyskretnie zniknęła gdzieś między niskimi domami.

Teraz, gdy wydawało się, że stwór już nie wróci, mieszkańcy wioski zebrali się licznie na placu. Z początku, zaalarmowani, ruszyli, by pomóc ewentualnym rannym i przygotować się w większej liczbie do odparcia ataku potwora, gdy ten przybędzie po kolejne dzieci. Jednak gdy dowiedzieli się, że chłopiec rzucony przez kreaturę na drut kolczasty nie przeżył, a winna masakrze bestia nie wróciła, ich gniew zwrócił się przeciw Verranie. Oskarżali ją o zwabienie do ich osady potwora przez domniemane złe uczynki i nieodpowiednie wychowanie syna, który pozwalał sobie na samowolne wyprawy do zakazanej części bagniska. Przed linczem powstrzymywała ich tylko ściana złożona z czarnych mieczy, włóczni i okrągłych tarcz dzierżonych przez wojowników Czerwonej Stali.

Wójt, który mimo swojej paskudnej aparycji potrafił rzucać piękne słowa, już omotał dziki tłum. Starucha, mimo odczuwanej niechęci do tego człowieka, który uważał się za króla osady, podziwiała jego talent dyplomatyczny – miał podwójny język, jak żmija. Sprowadził tu najemników, którzy nie zawahaliby się dla niego zabić mieszkańców wioski, gdyby tylko pomachać im sakiewką przed nosem, i jeszcze zdołałby przekonać wielu tutejszych, że to dla ich dobra i bezpieczeństwa.

Teraz działo się coś podobnego, gdy zrozpaczona matka zeszła z oczu rozwścieczonemu tłumowi, ludzie uważnie słuchali słodkich słów tłustego i elokwentnego wójta. Mówił im o sprawiedliwości, polowaniu na bestię i o tym, że sprawą trzeba zająć się należycie.

Starucha nie słyszała jego słów z racji odległości i tego, że była lekko przygłucha. Sposób jednak, w jaki mówił ten człowiek, nerwowa gestykulacja, spięta postawa ciała, maska sztucznej pewności siebie, którą zakładał przed tłumem, wszystko to ukazywało go jako osobę bezradną, na której plecy niczym lawina spadał zbyt duży ciężar wywołany tą sytuacją. Obawiała się, że nie tylko ona potrafi to dostrzec.

Staruszka czuła, jak wszystko powoli zaczyna się rozpruwać niczym nitki w starym prześcieradle szarpanym z każdej strony. Atak legendarnej bestii z mokradeł. Czerwona Stal sprowadzona do wioski. Ludzie zaczną też głośniej gadać o wypadku na budowie.

Wiedziała, że wraz z tym wszystkim szybko padną pytania o praktykowany Rygor i obyczaje mu towarzyszące.

Plotki, niczym pierze uwolnione z poduszki i porwane przez wiatr, szybko się rozlecą po świecie. Nie uda się już tego powstrzymać, ani jej, ani wójtowi.

– Ciekawe tylko, jakie bestie teraz przybędą do osady… – mruknęła pod nosem stara kobieta.

*

Elkrze, tak jak wszystkim innym zebranym na polance, umknęła jedna rzecz. Byli zbyt przejęci zamieszaniem i nowymi problemami, by to dostrzec. Wiecznie czerwone liście Białego Dębu poruszały się lekko, cichutko przy tym szeleszcząc. Nie było żadnego wiatru, który mógł nimi poruszać. Wyglądało to tak, jakby drzewo próbowało wydać z siebie delikatny, melodyjny szept.

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie