Czytelnicze podsumowanie 2020 według Paszczaka

W roku 2020 miałem nadzieję sięgnąć po całą masę książek, po więcej niż w 2019. Niestety trochę przeliczyłem siły na zamiary, aczkolwiek nawet jestem zadowolony z osiągniętego wyniku, ponieważ dużo z przeczytanych tytułów było dość opasłych. Wśród nich znalazło się wiele wartościowych, świetnie napisanych i wręcz uzależniających historii, o których chcę Wam trochę opowiedzieć. Szkoda tylko, że napotkałem na swojej drodze także wyjątkowo tragiczną powieść, ale o tym później. Pewnie gdybym nie marnował czasu na oglądanie filmów oraz seriali na Netflixie, miałbym znacznie lepszy wynik. No cóż, może w przyszłym roku będzie lepiej. ;)

Moje zestawienie najlepszych przeczytanych powieści w 2020 roku rozpocznę od tytułu, którego obecność tutaj pewnie nikogo nie zaskoczy – chodzi o „Magia łączy” Ilony Andrews. Jest to już dziewiąty tom cyklu o Kate Daniels, a ja, poznając tę historię, bawiłem się równie dobrze jak podczas lektury pierwszej części. Chyba po prostu pokochałem te postacie i postapokaliptyczną Atlantę. Czytając tę książkę, nie będziecie narzekać na nudę, ciągle coś się dzieje, a wątki poboczne wyrastają wręcz jeden za drugim. Więcej o „Magia łączy” napiszę w recenzji, która niebawem powinna trafić na naszą stronę. ;)

Kolejnym tytułem jest wychwalany ostatnio przeze mnie „Cud, miód, Malina” Anety Jadowskiej, czyli szalone perypetie rodu Koźlaków. W tym zbiorze można znaleźć wiele zabawnych, wręcz komicznych tekstów, potrafiących dostarczyć dużo frajdy podczas lektury. Dodatkową atrakcją tej książki są rewelacyjne ilustracje Magdaleny Babińskiej. Nie będę Wam tu przybliżał tego, co możecie znaleźć w tej antologii. Zamiast tego zachęcam do lektury mojej recenzji.

W moim zestawieniu nie mogło zabraknąć „Żółtych ślepi” Marcina Mortki. Jest to świetnie napisana, wyjątkowo przyjemna i mocno słowiańska historia rozgrywająca się w czasach po przyjęciu chrztu przez księcia Bolka, zwanego Chrobrym. Opowieść poznajemy z perspektywy Medvida, doradcy władcy, który po napotkaniu opustoszałego grodu wyrusza na poszukiwania swojego pana i pozostałych mieszkańców grodziska. Zdecydowanie warto bliżej zapoznać się z tym tytułem.

Drugą antologią trafiającą do mojego zestawienia jest „Gaz do dechy” Joego Hilla. Lektura tej książki była moim pierwszym podejściem do twórczości syna Stephena Kinga i z całą pewnością mogę powiedzieć, że nie będzie ostatnim. Chętnie sięgnę po inne jego dzieła, zwłaszcza po „NOS4A2”. A co do wspomnianego zbioru: może się po nim spodziewać różnorodności. Autor eksperymentuje ze stylami oraz formami opowiadania historii i to z naprawdę rewelacyjnymi efektami. W recenzji wychwalałem „Tweety z cyrklu umarłych”, czyli nadzwyczaj dziwny, pokręcony, a przede wszystkim wciągający tekst, który swoją budową przypomina publikowane na Twitterze posty. Nadal będę przy każdej okazji polecał każdemu lekturę tego opowiadania, gdyż jest ono najlepszą rzeczą, jaką przeczytałem w tym roku.

W 2020 sięgnąłem po sporo tytułów z literatury grozy, a najlepszym jej przedstawicielem był dla mnie „Dzień wagarowicza” Roberta Ziębińskiego. To klasyczny slasher – czyli podgatunek horroru cechujący się tym, że bohaterowie znikają lub giną jeden po drugim, często w bardzo dziwnych okolicznościach. Urzekł mnie tutaj klimat oraz umiejscowienie fabuły w czasach PRL-u. Uwielbiam kreatywność autora, ponieważ udało mu się w wyjątkowo kreatywny sposób zmiksować ze sobą prostą historię o wypadzie nastolatków nad jezioro do malowniczej miejscowości z przeprowadzanymi w okolicy przez Rosjan tajnymi i wyjątkowo krwawymi eksperymentami.

Ostatnią powieścią w tej części zestawienia jest „Siedem czarnych mieczy” Sama Sykesa. Zdecydowanie to jedna z tych książek, w których się zakochałem. Bajeczny świat, rewelacyjna bohaterka, przypominająca żeńską wersję inspektora Harry’ego Callahana oraz świetnie oddane, burzliwe relacje między postaciami. Po prostu musicie sięgnąć po ten tytuł.

Nadeszła pora na tę mniej przyjemną część zestawienia – wspominanie złych książek. Na szczęście nie będzie ich tutaj zbyt wiele. A jedna trafiła tu tylko dlatego, że King kompletnie zepsuł zakończenie krótkiej powieści. „Uniesienie”, które znalazłem w lokalnej bibliotece, miało być dla mnie miłym i szybkim początkiem czytelnictwa w 2020 roku. Może i by się tak stało, bo książka była naprawdę fajna, lekka, a nawet przyjemna. Fabuła przybliża historię mężczyzny odkrywającego, że z każdym dniem waży coraz mniej, choć jego ciało w ogóle tego nie pokazywało. Zakończenie jednak wszystko zepsuło – szkoda, bo mogłoby być tak pięknie.

Na koniec została „Świnia” Edwarda Lee. Po tę książkę, klasyfikowaną jako horror ekstremalny sięgnąłem, gdyż pasował do czytelniczego wyzwania organizowanego przez Wielkiego Buka. Chyba nie byłem gotowy na to, co czekało na kartach tego tytułu. Autor przekroczył tutaj wszystkie granice: smaku, zdrowego rozsądku, czy czegokolwiek, co przyjdzie Wam do głowy. To po prostu chory pornol napakowany do granic możliwości najobrzydliwszymi dewiacjami, jakie zna świat. Nie popełniajcie mojego błędu, uciekajcie przed „Świnią”.

Tworząc tegoroczne podsumowanie, miałem ogromny dylemat, ponieważ na liście najlepszych tytułów mogły równie dobrze znaleźć się prawie wszystkie książki przeczytane przeze mnie w 2020. Na czele z rewelacyjną „Wojną makową” Rebekki F. Kuang, obiema częściami „Maga bitewnego” Petera A. Frlannery’ego, „Szwindlem” Jakuba Ćwieka czy „Zmierzchem bogów” Michała Gołkowskiego. Ale trzeba było wybrać te kilka i to zrobiłem. Mam nadzieję, że znajdziecie coś dla siebie w wymienionych przeze mnie tytułach.