„Klątwa burzy” – jedenasty tom historii o Mercedes Hauptman (niegdyś Thompson) jak dla mnie sygnowany jest przez miniaturowe kózki zombie. To mi zrobiło coś w mózg, jeszcze nie wiem, czy to krzywda, czy raczej coś innego. Zdawać by się mogło, że po przeczytaniu tylu książek Patricii Briggs, nic już nie powinno mnie zaskoczyć, a jednak… Śmiem twierdzić, że to dobrze.

Fabuła tej książki przywodzi mi na myśl ogrom powiedzeń i mądrości pseudoludowych: „kto sieje wiatr, zbiera burzę” (to z księgi Ozeasza – musiałam poszukać), „nie rób drugiemu, co tobie niemiłe”. Jednak motywem przewodnim tej opowieści zdaje się być słynna maksyma pesymistów: „każdy dobry uczynek musi zostać ukarany”. Bazując na tym założeniu, deklaracja Mercy o objęciu opieką wszystkich mieszkańców Tri-Cities, stała się źródłem jej kłopotów i sprowadziła niebezpieczeństwo w zasadzie na wszystkich, którym niebacznie bohaterka chciała zagwarantować bezpieczeństwo. Czasem człowiek (lub kojot) ugryzie więcej, niż jest w stanie przeżuć.

Pamiętacie odwieczne stwierdzenie, jakoby pradawni nie mogli kłamać? No cóż, nadszedł czas, aby zweryfikować niektóre poglądy. Deklaracja o nieagresji między ludźmi a nieludźmi nie wszystkim się podoba. Tak, wiem, żaden news, jednak tym razem lęki i wzajemne animozje mogą przerodzić się w coś skrajnie niebezpiecznego. Zapobieżenie konfliktowi zależy od kompetencji dyplomatycznych zmiennokształtnej mechanik samochodowej. A wszyscy zdajemy sobie sprawę, że dyplomacja i Mercedes nie idą ze sobą w parze. Cóż zatem może pójść nie tak, zwłaszcza jeśli uwzględni się wrogie siły, którym przymierze jest absolutnie nie na rękę?

Nigeryjskie miniaturowe kózki zombie stanowią zaledwie przygrywkę do wydarzeń, które ponownie wprowadzą zamęt w świecie Mercy. Zresztą zombiakami stają się nie tylko niewinne rogate stworzonka; okazuje się, że w okolicy zaczyna pojawiać się coraz więcej ożywieńców. Za tym przerażającym (a czasem śmiesznym – no sorry, ale że zombie-kozy?) zjawiskiem kryje się ktoś, kto ma władzę nad cierpieniem i śmiercią. Jakie są jego motywy? Czarna magia kusi tych, którzy spragnieni są potęgi. Kto nie zdoła się oprzeć? Bardzo łatwo przekroczyć granicę, jednak czy da się zza niej powrócić?

Generalnie główne wątki tej części to polityka i czarna magia, które w pewnym momencie zaczynają się splatać. Taka mieszanka gwarantuje adrenalinę i odpowiednie napięcie, a także niespodziewane zwroty akcji, więc drogi Czytelniku – nie będziesz się nudzić. W operację zaangażowane są wilkołaki, wampiry, gobliny, wiedźmy oraz inni ludzie i nieludzie. Istotną rolę w wydarzeniach odegrają Wulfe – psychopata idealny, a może jednak nieidealny (kto wie, co w nim siedzi?) i Elizawieta. Mercy oczywiście może liczyć na wsparcie męża i starych, sprawdzonych przyjaciół, a także całą watahę. Jednak w ogólnym rozrachunku wilkołaki nie stanowią siły napędowej akcji, z wyjątkiem Sherwooda, który ma dość wyraźny wpływ (wręcz organoleptyczny, bym rzekła) na kluczowe wydarzenia.

W tej odsłonie znalazła się też przestrzeń na kształtowanie relacji Mercy (było, nie było, żeńskiej Alfy) z wilkami Adama (no właśnie!). Są sprawy, które od dawna czekają na ułożenie i wyjaśnienie. Swoją drogą, zauroczenie watahy Christy (byłą żoną Adama) jest dla mnie skrajnie niezrozumiałe i nielogiczne.

Mimo tego, że to już jedenasta część serii Mercedes Thompson, przyznaję, że dobrze się bawiłam, choć tak naprawdę akcja nabiera impetu dopiero po przekroczeniu połowy lektury. Jednak dzięki różnorodnym wątkom, stylowi pisania Patricii Briggs i towarzystwu ulubionych, charyzmatycznych bohaterów nie było miejsca na znużenie czy nudę. Choć muszę przyznać, że towarzyszy mi lekki niepokój i chyba pragnienie, aby już zakończyć tę serię. Z bardzo prozaicznego powodu – żeby się nie rozczarować.