Ostatnio wyczytałam, że francuska armia zatrudnia pisarzy fantastyki (co prawda tej bardziej science), żeby się przygotować na nieprzewidywalne okoliczności i zagrożenia. No proszę Was, a magiczna apokalipsa? Spróbujcie przygotować się na to.

Przeczytałam przedostatni tom serii o Kate Daniels – „Magia łączy”. A potem sięgnęłam po poprzednie części, ponownie. To moja ulubiona seria urban fantasy i nie zmienia się to mimo upływu lat. Zdawać by się mogło, że taki tasiemiec (to już dziewiąta księga cyklu) powinien wytracić swój potencjał i impet, że może się znudzić… Nic z tych rzeczy, choć przyznaję, że cieszy mnie wizja wielkiego finału. Tym bardziej, że na 12 stycznia 2021 roku zapowiedziana jest premiera “Blood Heir” – historii o Julie Olsen-Lennart, niepokornej “córki” Sharrim i byłego już Władcy Bestii.

Ten tom opowiada o kolejnym przełomie w życiu głównej bohaterki. Po przejęciu Atlanty dziedzictwo krwi coraz bardziej daje się Kate we znaki. Bezustanna wojna podjazdowa, którą toczy z nią własny ojciec, szarga jej nerwy i powoduje ustawiczne napięcie, a to sprawia, że coraz trudniej jej zapanować nad wrodzonymi instynktami, temperamentem i zachowaniem. Tatuś naciska zbyt mocno i dochodzi do wielkiej rodzinnej awantury. Niestety skutki mogą dotknąć całą Atlantę.

Jakby tego było mało, z wizji Wyroczni wynika, że jeśli Kate poślubi Currana, nastąpi apokalipsa, a jeśli go nie poślubi – będzie jeszcze gorzej. Tak czy siak zginą osoby najważniejsze w życiu głównej bohaterki. Brak wizji alternatywnych. Brak pomysłu na wyjście z impasu. Brak nadziei. Idealny nastrój do planowania ślubu, za który, nomen omen, odpowiedzialny jest sam Czarny Wołchw – dla przyjaciół Roman.

To pierwsze zaślubiny, które będzie celebrował kapłan Czarnoboha, i jest tym nieziemsko wręcz podekscytowany. Jego zaangażowanie w organizację uroczystości (przy braku jakiejkolwiek inicjatywy po stronie przyszłej panny młodej) prowadzi do przekomicznych wręcz sytuacji. Uwielbiam Romana, za to coraz mniej lubię Jima. Wcześniej nie wyobrażałam sobie Currana bez Gromady, teraz uważam, że to Gromada ma realny problem, albo wkrótce będzie go miała. Albo po prostu jestem uprzedzona…

Głównym wątkiem pozostają jednak wydarzenia oscylujące wokół nieszczęsnej przepowiedni Wyroczni. W dodatku wiedźmy są zupełnie bezużyteczne, jeśli chodzi o poszukiwanie alternatywnych rozwiązań. Kate sama musi znaleźć wyjście z sytuacji, pomiędzy przymiarkami sukni ślubnej, wyborem wzoru zaproszeń, polowaniami na dziwne stwory, atakami Sahanu i innymi równie budującymi okolicznościami. Pomysł, na który wpada, jest nie tylko szalenie ryzykowny i skrajnie niebezpieczny. W rzeczywistości bardziej zakrawa na misję samobójczą. Ale cóż, krew nie woda, może istnieje jeszcze nadzieja? O ile uda się przeżyć…

To niesamowita opowieść, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, grozy, napięcia i poczucia humoru. To wciąż niezwykła rozrywka. Pisarzom udało się (jak zwykle) uniknąć wtórności i oczywistości. Świetnie poprowadzone wątki główne i poboczne, rewelacyjne kreacje postaci, zarówno tych pierwszo-, jak i dalszoplanowych. Żywe dialogi, wielokrotnie wzbudzające uśmiech na twarzy, a także odzwierciedlające dynamikę wydarzeń. Nie każdy jest tym, za kogo go braliśmy, choć mawiają, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. W dodatku pojawiają się rozwiązania, o których wcześniej nawet nie pomyślałam.

W sumie mam wrażenie, że się powtarzam. To nudne tak pisać w samych superlatywach. Pewnie mogłabym na coś ponarzekać, tyle że po co wymyślać coś na siłę? Najciekawsze w tej historii jest to, o czym napisać nie mogę, ale to również standard. Z pewnością nie zawiedziecie się, czytając tę historię.