Mamy dla Was fragment „Żniwiarza” Pawła Kornewa.

Sebastian Mart – samozwańczy egzorcysta, człowiek posiadający władzę nad demonami – powraca w kolejnej odsłonie cyklu „Egzorcysta”.

Bogactwo i władza potrafią zawrócić ludziom w głowach, z kolei biesy pożądają ognia ludzkich dusz. Lecz zarówno stwory ciemności, jak i ludzie są jedynie marionetkami, za sznurki pociąga zaś ukryty w cieniu lalkarz. To gracz, dla którego wojna obracająca w perzynę Święte Ziemie nie jest niczym więcej, niż sposobem osiągania własnych celów.

Ale nawet przezroczyste nici pozostawiają ślady, a to oznacza, że prędzej czy później wojownicy spod znaku płaszcza i szpady postarają się odpowiedzieć mocnym ciosem. I chociaż zwykła stal jest bezsilna w starciu z pomiotami Otchłani, istnieją przecież pewne brudne sztuczki, które potrafią przynieść pożądany efekt.

Agent tajnej służby, Sebastian Mart, otrzymał jeszcze jedną szansę, nie wiadomo jednak, czy będzie w stanie przechytrzyć tajemniczego Żniwiarza. Ale najgorsze, że gra, którą podjął może go zaprowadzić na szafot…

Autor: Paweł Kornew
Tytuł: Żniwiarz
Cykl: Egzorcysta tom 2
Liczba stron: 470
Data wydania: 21 kwietnia 2021
Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

FRAGMENT

Rozdział 1
Egzorcysta. Jeszcze jedna szansa?
Rok 973 po Wielkim Soborze

Miesiąc Świętego Augusta Budowniczego
Przesłuchanie zawsze jest nieprzyjemne, szczególnie jeśli aresztowanego przenicowuje na lewą stronę nie zmordowa- ny rutyną strażnik, lecz fachowiec, chcący uzyskać rezultat za wszelką cenę. Jak by człowiek nie kręcił, i tak wreszcie wyprowadzi go na czyste wody i należycie dociśnie. Oczy-
wiście zawsze można po prostu nie odpowiadać na pytania,
ale to nie jest dobry pomysł. Wówczas przychodzi bowiem kolej na mistrza nieco innego rodzaju, a kleszcze i rozpalone żelazo zmuszą do wyjawienia nawet tego, czego nigdy by się nie dogrzebał zwykły śledczy.
Właśnie dlatego nie zamierzałem milczeć, a na szczęście tym razem sumienie miałem wręcz kryształowe. Jednak nie umiałem jakoś do tego przekonać przesłuchującego mnie człowieka. Ale też i pracę miał taką, że nie powinien nikomu wierzyć. Sam nieraz znajdowałem się na jego miejscu, więc doskonale wiedziałem, ile trzeba opanowania, żeby nie za- cząć wrzeszczeć albo nie trzasnąć delikwenta w głupi łeb. Co by nie mówić, na pewno nie każdy jest w stanie przez prawie całą dobę trzymać nerwy na wodzy, otrzymując na te same pytania te same odpowiedzi.
Nie, chociaż to nie tak. Sposób sformułowania zagadnień i ich kolejność ulegały zmianom. Gdybym miał coś do ukry- cia, dawno musiałbym zaplątać się w zeznaniach. I tak parę śliskich kwestii udało mi się obejść z największym trudem.
– Ile grotów przywieźliście z wyspy? – zapytał po raz kolej- ny śledczy, robiąc jakieś notatki na leżącej przed nim karcie.
– Dwadzieścia siedem. – Spojrzałem przelotnie na nie- pozornego mężczyznę, zmrużyłem powieki i potarłem zmę- czone oczy.
– Są tam jeszcze jakieś?
– Nie. – Przed odpłynięciem uległem namowom Raula i przeszedłem się po lesie, szukając w pniach drzew kawał- ków przeklętego metalu. – Ale wyspiarze obiecali przygoto- wać po zimie jeszcze dwa.
– Jak dokładnie wyglądały groty? – Śledczy puścił moją ostatnią uwagę mimo uszu.
– Ciemny metal, bez śladu rdzy, dość topornie odkute…
– Czyli do Admiralicji przywiózł pan zupełnie inne?
– Nie ja je dostarczyłem do Admiralicji.
– Tym niemniej?
– Inne.
– Dlaczego w takim razie oświadczył pan, że ciemność jest zbyt mocna i zatrzasnął wieko skrzyni? – Śledczy wpatrywał się we mnie podkrążonymi oczami. – Jak pan to wytłumaczy?
– W tamtej chwili nie wydawało mi się rozsądne oznajmiać wszem i wobec, że groty znikły. – Wzruszyłem ramionami.
Malkolm Parre mało mnie nie zabił, a jak zareagowaliby na niespodziankę pozostali wielmoże, aż strach pomyśleć. Kazaliby mnie poćwiartować jak nic. Bez sądu i śledztwa, na miejscu.
– Natychmiast rozpoznał pan, że ktoś podmienił zawar- tość kufra?
– Tak.
– W jaki sposób?
– Zobaczyłem rdzę, groty były innych rozmiarów, no i nie wyczułem klątwy.
– Czy ktoś inny mógł to równie łatwo dostrzec?
– Po pierwszych dwóch oznakach na pewno hrabia Lurin- ga i William Chasmarti. Tylko że nie zdążyli zajrzeć do środka.
– Ktoś jeszcze?
– Brak klątwy wyczuje każdy z braci egzorcystów. Oczy- wiście gdyby ktoś im powiedział, na co mają zwrócić uwagę.
– Kiedy widział pan prawdziwe groty po raz ostatni? – Śledczy znów ujął pióro.
– Na pokładzie, przed zamknięciem kufra.
– Kto jeszcze był z panem w tamtej chwili?
– Hrabia Luringa i William Chasmarti.
Miałem tych wszystkich dociekań już po czubek głowy, ale nie mogłem okazywać zniecierpliwienia, żeby nie na- pytać sobie biedy. Gdzieś tam czekały na mnie dyby albo mistrz małodobry z igłami do wbijania pod paznokcie.
– Czy później którykolwiek z was zostawał sam z kufrem?
– Nie, od razu wyładowaliśmy go na pirs.
– Czyli utrzymuje pan, że możliwość podmiany mieli tylko Joel Jung i Grey Foks, zaufani ludzie szefa kolegium spraw wewnętrznych, Jacoba Lanye?
– Niczego podobnego nie twierdzę. Mówię tylko, że do ich karety zostały załadowane prawdziwe groty, a do Admi- ralicji dotarły fałszywe. Nie mam pojęcia, w jaki sposób do- konano zamiany.
– Dobrze… – Śledczy wlepił wzrok w sufit i zamyślił się. – Rozważając sprawę najzupełniej teoretycznie, to czy Jung i Foks mogli otworzyć kufer, żeby schować groty pod ubraniem albo w karecie?
– Nie. – Oskarżać tych dwóch byłoby bardzo nieroz- sądnie i krótkowzrocznie. Bo to oznaczało splunąć w twarz samemu Lanye. – Znajdowałem się niedaleko, więc wyczuł- bym bijące od metalu emanacje ciemności.
– A jednak brak grotów odkrył pan dopiero po otwarciu wieka! – śledczy spróbował mnie złapać na niekonsekwencji.
– Na kufrze wyrysowano odpowiednie znaki, które za- trzymywały mrok wewnątrz.
– Rozumiem… – Mężczyzna potarł nos piórem i nagle zmienił temat. – Kto zorganizował napaść na brata egzorcy- stę w czasie rejsu?
– Nie wiem – odpowiedziałem z całkowitą szczerością.
– Ale może ma pan jakieś podejrzenia w tej sprawie?
– Nie widzę wielkiego wyboru: albo Lens, albo Dragarn.
– Dlaczego nie ujął pan żywcem wrogiego agenta?
– Po zamachu stan mojego zdrowia pozostawiał wiele do życzenia. – Skrzywiłem się mimowolnie, kiedy poczułem ukłucie w głowie, przypominające o kontuzji. – A na wyspie zatrzymanie wykonawcy bez rozlewu krwi mogło zagrozić powodzeniu misji.
– Oczywiście. – Śledczy znów coś zanotował. – Ale uwa- ża pan, że to Dragarn lub Lens?
– Prześladujący nas okręt szedł pod banderą Dragarnu, ale sposób utrzymywania łączności przypominał metody heretyków…
W tej chwili skrzypnęły drzwi i do pomieszczenia zajrzał Malkolm Parre.
– Jeszcze nie skończyliście? – zapytał.
– W zasadzie nie mam więcej pytań, wasza jasność – od- parł śledczy.
– Sebastianie…
– Tak? – spiąłem się odruchowo.
– Idziemy…
Wstałem i na sztywnych nogach podążyłem do wyjścia. Oczywiście nie przypuszczałem, żeby Parre prowadził mnie osobiście do katowni albo na szafot, ale i tak miałem złe przeczucia. Za to, co się zdarzyło, po główce mnie nie po- głaszczą. I wcale nie było mi lepiej na myśl, że nie tylko ja znalazłem się w tak paskudnym położeniu. Po prostu mogę się stać kozłem ofiarnym. Chociaż Malkolm Parre wyglądał na całkiem zadowolonego z życia, nie wolno mi było stracić czujności. On i tak wyjdzie z tego zupełnie suchy i czysty, bez względu na wszystko. A ponieważ utrata grotów stoi kością w gardle kolegium spraw wewnętrznych, gad jeszcze na tym wygra.
– Mam nadzieję, że nie idziemy do katowni, wasza ja- sność? – zażartowałem ponuro.
– Nie, ona jest nieco dalej w tym korytarzu – odpo- wiedział Parre ni to żartem, ni z pełną powagą. Zaczęliśmy wchodzić na piętro. – Oczywiście, nie mogę niczego zagwa- rantować, ale jeśli nie będziesz udawał głupka, nie grozi ci wizyta w tamtym miejscu.
– Wielkie dzięki – mruknąłem. – No to zostałem tak uspokojony, że hej…
Hrabia tylko chrząknął i nie odpowiedział na sarkazm. Wprowadził mnie do przestronnego gabinetu, wskazał przy- kryty białym obrusem stół z ustawionymi wokół plecionymi fotelami.
– Usiądź sobie – zaproponował.
– Czyżbym miał dostać wreszcie obiad? – uśmiechną- łem się i podszedłem do okna, które zajmowało prawie całą ścianę.
Przywieźli mnie tu nocą, nie mogłem nic dokładniej zo- baczyć. A jak by nie patrzeć, dobrze wiedzieć, gdzie się czło- wiek właśnie znalazł.
Za oknem zobaczyłem ogród. Liście zaczynały żółknąć, trawniki były pięknie utrzymane, ścieżki wysypano drobny- mi otoczakami.
Gdzie ja byłem?!
– Zdawałoby się, że człowiek w twojej sytuacji nie powi- nien przełknąć nawet kęsa – Parre przypomniał mi, że nie powinienem czuć się bezpiecznie.
– Święta prawda! – uśmiechnąłem się i zacząłem oglądać wiszące na ścianach obrazy. Nic z tych chaotycznych maź- gów nie rozumiałem, ale jedno mogłem powiedzieć na pew- no: ramy były cenne. Na podłodze leżały dywany, portiery ozdabiały złote przeszycia. – A wie pan, dlaczego? Bo mi już język przysechł do podniebienia!
– Na herbatę możesz liczyć.
– Pańska dobroć nie zna granic. – Odwróciłem się w stro- nę okna. – Gdzie jesteśmy?
Ale odpowiedział mi już nie Malkolm. Mężczyzna w średnim wieku pojawił się nie wiadomo skąd i uścisnął rękę hrabiemu.
– To mój domek myśliwski – wyjaśnił z uśmiechem.
– Wasza jasność… – Skłoniłem się. Byłem zupełnie zaskoczony.
Gdyby wczoraj ktoś mi powiedział, że będę pił herba- tę z doradcą jego wysokości, nawet bym się nie uśmiechnął z politowaniem. A przecież bez herbaty na pewno się nie obejdzie, jako że służący nakryli stół dla trzech osób. Domek myśliwski? No proszę…
– Proszę siadać do stołu – powiedział książę Morre. – Czeka nas długa rozmowa.
– W południe powinienem być już w pałacu – przypo- mniał mu Parre.
– Nie będzie aż tak długa.
Kiedy usiadłem, od razu pojawił się sługa, żeby napełnić filiżanki.
– Myślę, Sebastianie, że domyśla się pan celu naszego małego zebrania? – Książę zlustrował mnie uważnie spod przymrużonych powiek. Służący opuścili gabinet.
– Nie – pokręciłem głową. – Ale to, co sprawiło, że się tutaj znalazłem, rzeczywiście jest niezmiernie interesujące, wasza jasność.
– Raul wyrażał się o panu jak najlepiej…
– To jednak nie wyjaśnia, dlaczego piję herbatę zamiast składać zeznania.
– Miałeś dość rozumu, żeby zatrzasnąć wieko, zanim ktoś inny zauważy zamianę grotów – uśmiechnął się Malkolm. Ujął szczypczykami kawałek cukru, wrzucił go do naparu.
– Ich zniknięcie nie zostało podane do wiadomości?
– Właśnie.
– A zatem wychodzi na to, że trzeba je odnaleźć, zanim wieść się jednak rozejdzie? – mówiłem dalej. To było oczy- wiste. – Nie byłoby rozsądnie dopuszczać do tajemnicy zbyt wielu ludzi, dlatego znów potrzebujecie moich usług.
– Prawda.
– Chodzi głównie o czas. Bo jak długo da się utrzymać sekret?
– Powiadomiliśmy o zdarzeniu kogo trzeba – oznajmił książę. – Pozostali… pozostali nie powinni się o tym nigdy dowiedzieć.
– Obawiam się, że nic nie rozumiem – przyznałem i żeby zamaskować zmieszanie, napiłem się herbaty.
– Czyj okręt próbował was przejąć na morzu? – spytał nagle Malkolm. – Z kogo składała się grupa zwerbowanych przez wroga żołnierzy wysłanych na ekspedycję?
– Robota Dragarnu, tak?
– Właśnie.
– Marszałka nie było na tamtym posiedzeniu – przypo- mniałem sobie. Zwykły przypadek czy działanie kolegium?
– Hrabia Ilme został zdymisjonowany ze względu na stan zdrowia – wyjaśnił książę.
– Wiadomo, kto z jego ludzi szpiegował dla Dragarnu?
– Jeden z zastępców – oświecił mnie Parre. – W Liranie dowiedzieli się o grotach i postanowili położyć na nich łapę, ale na szczęście nie dali rady.
– Czyli są przekonani, że to my je mamy! – zaśmia- łem się.
– A ponieważ mogłoby to przeważyć losy wojny, Dragarn powinien stać się skłonny do ustępstw. Wzmocnienie Lensu jest im na rękę tylko do pewnych granic – hrabia potwierdził moje przypuszczenia.
– Zawarcie sojuszu sporo nas kosztowało, bo oprócz zwrotu części Protektoratu, zostaliśmy zobowiązani oddać Dragarnowi połowę grotów – wyjaśnił książę. – Do tej pory wszystko wisi na włosku i należy to brać pod uwagę.
– Są już jakieś tropy? – przeszedłem do sedna sprawy.
– Jeśli nie brać pod uwagę możliwości waszego spisku – postanowił mnie przy okazji nastraszyć doradca królewski – to groty mogli przejąć jedynie ludzie Jacoba Lanye.
– Zatem mamy tylko ich słowo przeciwko naszemu…
– Lanye został czasowo odsunięty od pracy i przebywa w areszcie domowym – oświadczył Malkom Parre, zupełnie jakby to było coś najzwyczajniejszego w świecie. – Nie może wywierać wpływu na rezultaty śledztwa.
– A na jakiej podstawie został tak potraktowany?
– Oficjalnie? Fatalnie prowadził operację przeciwko agenturze Dragarnu.
– Naprawdę uważacie, że Lanye osobiście zorganizował przejęcie grotów? – Nie mieściło mi się to w głowie. – Albo… albo może pojawiła się okazja, aby go pozbawić wpływów?
– Jakkolwiek bardzo chcielibyśmy utopić Jacoba – po- wiedział powoli książę – to w pierwszym rzędzie musimy odzyskać groty.
– Do tego wszystkiego pewne niuanse sprawy świadczą o tym, że pan Lanye nie uczestniczył w tym incydencie. – Malkolm wstał.
– A jakież są te niuanse?
– Joel i Grey nie żyją.
– To jeszcze o niczym nie świadczy. – Potrząsnąłem głową. Nawet jeśli owe dwa brytany były oddane bez reszty zarządzają- cemu kolegium spraw wewnętrznych, to mógł tych ludzi w ra- zie konieczności poświęcić bez wahania. Szło o zbyt wysoką stawkę, żeby kierować się sentymentami. – Wręcz przeciwnie.
– Medycy oglądający ciała są przekonani, że zmarli, za- nim przybył pan do Akrai.
– Tak? – Z trudem powstrzymałem się, by nie zakląć. – Niesamowicie skomplikowana sprawa.
– Proszę znaleźć groty. – Książę Morre puścił mimo uszu moją uwagę, po czym wyszedł z gabinetu. Nie ostrzegł mnie nawet przed konsekwencjami. Po co zresztą? Przecież i tak wszystko wiadomo.
– Jak rozumiem, to ja mam być kozłem ofiarnym? – upewniłem się.
– Nie kozłem ofiarnym – sprostował Parre – lecz dowód- cą grupy poszukiwawczej. Chociaż w zasadzie to na jedno wychodzi.
– Dziękuję za okazane mi zaufanie, wasza jasność.
– Nie pajacuj! – warknął Malkolm. – Będzie cię prowa- dził Raul Luringa, on też wybierze ludzi.
– Oczywiście. Od czego zaczniemy?
– Powinieneś to wiedzieć najlepiej.
– Trzeba obejrzeć ten kufer – zamyśliłem się. – Tak, to konieczne.
– A po kiego licha? – Parre wstał.
– Jeżeli to ta sama skrzynia, rzeczywiście nie ma znacze- nia. Ale jeśli została podmieniona, to zmienia postać rzeczy.
Razem z Malkolmem zszedłem na dół i zatrzymałem się niepewnie przed schodami do piwnicy.
– A tam po co?
– Musimy iść do składu – uspokoił mnie hrabia. – No już.
Kufer okazał się tym samym, co do tego nie miałem wąt- pliwości. Zachowały się nawet ślady mojej koślawej pisaniny na bocznych ściankach. O czym to świadczyło? Tylko o tym, że jedną z wersji wydarzeń można wsadzić psu pod ogon, zanim w ogóle zdołałem ją w pełni sformułować.
– Coś jeszcze? – Malkolm zerknął na kieszonkowy zega- rek. – Powinienem jechać do pałacu.
– Kareta. Muszę sprawdzić również karetę – odparłem.
– To jasne – zgodził się Parre. – Erich cię odwiezie. Radzę podejść do tej sprawy z powagą. Jeżeli znów zawiedziesz…
– Nie zawiodę. – Starałem się mówić z pewnością siebie, jakiej wcale nie odczuwałem. – Nie zawiodę…
Niestety, gdy obejrzałem karetę, musiałem się pogodzić z faktem, że nikła nadzieja na szybkie rozwiązanie sprawy stała się już wręcz iluzoryczna.
– Dokąd mnie przywiozłeś? – osłupiałem, kiedy Erich za- trzymał powóz na poboczu drogi, niedaleko wjazdu do Akrai.
– Chciał pan zobaczyć karetę? – upewnił się ten sam nie- pozorny jegomość, który poprzednim razem woził mnie po mieście.
– Chciałem.
– Tam jest. – Wskazał mi kierunek.
Zakląłem pod nosem i pobrnąłem przez wysoką trawę w stronę krzaków nad brzegiem rzeki. Buty z miejsca prze- mokły, ale nie zwracałem na to uwagi. Przy zaroślach do- strzegłem kilku strażników, dolatywał stamtąd zapach spa- lenizny. Czyżby Joel i Grey właśnie tutaj zakończyli żywot? Chociaż to było mało prawdopodobne.
– On jest ze mną! – krzyknął do warty Erich, nie scho- dząc nawet z kozła. Zbrojne zuchy zaraz się uspokoiły.
Skinąłem głową stróżom prawa, obszedłem krzaki i po- nuro wpatrzyłem się w wypalony szkielet pojazdu. No pro- szę! Nie miałem co liczyć na jakieś ślady. Łajdaki.
– Nic nie ruszaliście? – Starając się nie pobrudzić sadzą, zajrzałem do wnętrza karety. Na szczęście nie było aż tak źle. Deszczowa pogoda odegrała swoją rolę.
– Ależ skąd, wasza miłość – zameldował dowódca warty.
– Do wnętrza nikt nie właził? – Dziura w podłodze skło- niła mnie do pewnych refleksji. Może deski po prostu się przepaliły i kufer wypadł? Lecz to też mogło nie mieć związ- ku z pożarem. Szkoda tylko, że trudno było ocenić rozmiary otworu. Ale też nie było to aż tak ważne.
– Nikt nie właził, wasza miłość.
– Dobrze.
Dla pozoru pokiwałem poważnie głową i poszedłem z po- wrotem do czekającego na mnie Ericha. Co by nie mówić, mokasyny to bardzo marne obuwie przy takiej pogodzie, jaką mieliśmy ostatnio. Przy pierwszej okazji trzeba będzie je zamienić na coś bardziej odpowiedniego.
– Zobaczył pan? – zapytał Erich.
– Zobaczyłem. – Wszedłem do powozu.
– Teraz do pałacu?
– Do pałacu. Tylko trzeba jeszcze pojechać na Farbiarzy.
– Jak trzeba, to trzeba.
Kazałem zatrzymać się na skrzyżowaniu Farbiarzy z Po- gorzelców i udałem się w stronę budynku Admiralicji. Nie musiałem daleko chodzić, bo po dotarciu do miejsca, w któ- rym zatrzymała się kareta, kiedy jakiejś furmance przed nią rzekomo oberwało się koło, zobaczyłem ciemną szczelinę, prowadzącą do kanalizacji deszczowej. Cóż, teraz stało się jasne, w jaki sposób złodzieje pozbyli się przeklętego metalu. Pozostawało tylko wyjaśnić, kto odpowiadał za cały ten wy- stęp, skoro Joel i Grey wyzionęli przedtem ducha. No i trze- ba groty jeszcze odzyskać.
– Coś pan znalazł? – zaciekawił się Erich, kiedy wróciłem do powozu i zacząłem otrząsać błoto z butów.
– Tak jakby… – mruknąłem. Nie zamierzałem się wy- wnętrzać z oczywistych przyczyn. – Jedziemy!

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments