Swoją przygodę z twórczością Marcina Mortki zacząłem niedawno, raptem w ubiegłym roku, od lektury świetnych „Żółtych ślepi” – powieści łączącej klasyczne fantasy ze słowiańską mitologią. Poznawanie tej książki było świetną zabawą, która rozbudziła mój apetyt na czytanie większej ilości tego typu historii. Na szczęście pod koniec lutego za sprawą wydawnictwa SQN światło dzienne ujrzało „Nie ma tego złego”. Pytanie tylko, czy ten tytuł dorówna wychwalanym przeze mnie „Żółtym ślepiom”?

Choć wykreowana przez autora kraina, nazywana Doliną, jest mocno typowym miejscem dla literatury fantasy, to nie mogę powiedzieć, abym z tego powodu poczuł jakikolwiek zawód. Wręcz przeciwnie, dzięki tej swojskości i klasycznej wizji od pierwszych stron poczułem się, jakbym był w domu. Wszystko za sprawą przedstawienia klasyki w nowy i atrakcyjny sposób. Bez niespodzianek jest to, że ten świat zamieszkują istoty doskonale znane każdemu miłośnikowi gatunku. Mamy tutaj: ludzi, a także elfy, krasnoludy, gnomy oraz smoki. A gdzieś za Gwiżdżącymi Górami ponoć czai się legendarne Złe.

„Nie ma tego złego” nie opowiada o bohaterach ratujących świat przed demonami czy innymi potworami. Zamiast tego jest o zwyczajnym, byłym wojskowym kucharzu Edmundzie zwanym Kociołkiem, prowadzącym odziedziczoną po rodzicach karczmę. Aby zapewnić kochanej żonie oraz dzieciom godną przyszłość dorabia on, najmując się wraz z grupą przyjaciół (tajemniczym guślarzem imieniem Żychłoń, goblińskim zwiadowcą Zwierzakiem, psychopatycznym elfim mordercą Eliahem, dzielnym krasnoludem Grammem oraz jednym z ostatnich prawdziwych rycerzy Doli, Urgo),  do ochrony karawan, odbijania z rąk oprawców córek zamożnych ludzi czy  przenoszenia ważnych listów. Miłość również sprawiła, że w trosce o zapewnienie dobrobytu rodzinie, prowadzona przez niego „drużyna do zadań specjalnych” wpada w ogromne tarapaty, z których mogą nie wyjść cało.

Kiedyś bym powiedział, że brak patosu oraz herosów stających w szranki z zagrażającymi istnieniu świata mocami jest wadą, sprawiającą, że dana historia staje się nijaka, nudna i w ogóle nie budząca mojego zainteresowania. A jednak, jak udowadnia Mortka, taki obrót spraw może być największą zaletą danego tytułu. W końcu ile można czytać o śmiałkach ratujących całe krainy ze szponów potworów. Z czasem nawet najlepsze tego typu opowieści zaczną się nudzić, a „Nie ma tego złego” oferuje świeże spojrzenie na gatunek, poprzez zaprezentowanie historii człowieka, który ma gdzieś los świata. Zależy mu tylko na zapewnieniu bezpieczeństwa oraz dobrobytu najbliższym i właśnie to mi się tutaj podoba.

Może to dziwne, ale właśnie przez brak bohaterskiego patosu wykreowane przez Mortkę postacie zdobyły moją sympatię. Na czele z protagonistą w postaci Kociołka – prostego człowieka robiącego wszystko co może, aby zarobić i wrócić do domu w jednym kawałku ze zlecenia. W czym bardzo pomagają mu nabyte w czasie służby wojskowej przedsiębiorczość i kreatywność oraz towarzysząca mu na każdym kroku zgrana drużyna, o której mógłbym napisać wiele, ale wolę zostawić Wam przyjemność poznawania tych indywiduów.

Po raz kolejny muszę wychwalać Mortkę za stylizację językową. W „Żółtych ślepiach” spisał się na medal, a w „Nie ma tego złego” ten aspekt wypada równie fenomenalnie, albo kto wie, może nawet lepiej. Trudno jednoznacznie to ocenić. Chyba zwyczajnie lubię ten swojski, przyjemny i lekko dwuznaczny sposób opowiadania historii przez autora. Język jest prosty, nie ma w nim słów, które mogą wywoływać trudności w zrozumieniu konkretnego zdania opisu bądź dialogu. Za to często goszczą tutaj archaizmy, dzięki czemu tekst nabiera charakteru i realności względem czasów, w jakich została umiejscowiona akcja, jednocześnie nie powodując komplikacji w zrozumieniu opowieści. W ogóle, gdyby nie sporadyczna obecność aluzji czy opisywania wprost elfiego święta przypominającego bardziej kadry z filmów dla dorosłych niż jakąś uroczystość, można by pokusić się o stwierdzenie, że książka kierowana jest do młodszego odbiorcy.

Od pierwszych stron lektury recenzowanego tytułu towarzyszyło mi dziwnie znajome wrażenie czytania tekstu, który poza byciem bardzo przyjemną powieścią dość mocno przypomina scenariusz gry RPG. Co z mojego punktu widzenia, byłego, wieloletniego gracza Warhammer Fantasy Roleplay, stanowi dodatkowy atut książki, gdyż pozwala lepiej wczuć się w realia, świat oraz samą historię.

Poznawanie „Nie ma tego złego” Marcina Mortki było dla mnie świetną przygodą, która dostarczyła mi wiele frajdy. Szkoda tylko, że to koniec, bo chciałbym więcej. Ale może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja sprawdzenia, co słychać u Kociołka i w Dolinie. Cenię ten tytuł również za to, że dzięki niemu mogłem choć na chwilę powrócić do swoich młodzieńczych lat, gdy jako nastolatek spędzałem całe weekendy na graniu z kumplami w papierowe gry fabularne. To były świetne czasy. Także jeśli lubicie powieści Marcina Mortki, klasyczne historie fantasy, albo jesteście zapaleńcami gier RPG, to obowiązkowo musicie przeczytać „Nie ma tego złego”. Na pewno nie pożałujecie tego wyboru. ;)

  • Autor: Marcin Mortka
  • Tytuł: Nie ma tego złego
  • Wydawnictwo: SQN
  • Wydanie: I
  • ISBN: 9788382101782
  • Format: 140 x 205 mm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 400
  • Data wydania: 24 lutego 2021
  • Cena detaliczna: 38,99 zł