Data premiery: 23 czerwca 2021

Wydawnictwo: Papierowy Księżyc

23 czerwca Papierowy Księżyc planuje wydanie debiutu Kamili Szczubełek, pt. Droga do Wyraju. Będzie to słowiańska fantastyka, typowa powieść drogi z odrobiną humoru i szczyptą tajemnicy.

Wąpierz Elgan wiódł w miarę spokojne życie, do czasu, gdy na jego drodze stanął Smęt. Pokraczny, śmierdzący demon, sprowadzony przez samozwańczego szamana, powoli popada w obłęd, który mogą ujarzmić tylko bogowie. Aby zapobiec katastrofie, jaką zwiastuje coraz gorszy stan niesfornego demona, wąpierz Elgan wyrusza na poszukiwanie lasu Czarnoboga, by oddać mu w opiekę istotę odrzuconą przez innych bogów.

Do wyprawy rychło dołącza piękna szamanka Dorada, dla której podróż okaże się prawdziwą lekcją życia, a nieco później rudowłosy Mirosław, skrywający niejedną tajemnicę. Elgan wraz z towarzyszami przemierza ziemie, na których ludzie wyprawiają uczty zaduszne, by przywołać dziady, a wiejskie baby i chłopi stoją w kolejkach po wróżby.
Podczas wędrówki Elgan i Dorada próbują rozwikłać zagadkę znikających z wiosek dzieci. Wszystko wskazuje na to, że w zbrodnie zamieszane są potężne siły z zaświatów. Im bliżej rozwiązania znajduje się Elgan, tym większe niebezpieczeństwo grozi Doradzie.

Czy Elgan zdąży odprowadzić Smęta do Czarnoboga, zanim demon oszaleje? Czy odkryje, kto stoi za porwaniami? Czy przy okazji uda mu się dowiedzieć czegoś o sobie? Aby znaleźć odpowiedzi na te pytania, wystarczy wyruszyć w drogę do Wyraju!

tytuł: Droga do Wyraju
autorka: Kamila Szczubełek
cykl: Demony Welesa (tom 1)
wydawnictwo: Papierowy Księżyc
data wydania: 23 czerwca 2021
liczba stron: 320

FRAGMENT

ROZDZIAŁ I

Kły same wysunęły się spod górnej wargi, gotowe do ataku. Gdy tylko zobaczył mężczyznę skradającego się do chałupy Lidy, wąpierz podszedł bliżej i skrył się za skalnym posągiem Świętowita. Nie było go w wiosce tylko kilka miesięcy, a już pierwszej nocy po powrocie nadarzyła się okazja, by przypomnieć ludziom o swoim istnieniu.

Przez chwilę obserwował, jak złodziej bada drzwi wejściowe i czai się, jakby niepewny, czy w ogóle chce się włamać. Ostatecznie chciał. Wąpierz nie zastanawiał się długo. Dopadł złoczyńcy i zanurzył kły w jego szyi, gdy tylko włamywacz przekroczył próg domu. Zatopił zęby głębiej i skrzywił się, czując kwaśny posmak alkoholu we krwi mężczyzny. Nie obawiał się skutków ubocznych. Mocny trunek działał na wąpierza nie bardziej niż na ludzi krowie mleko, ale smak gorzałki wywoływał w nim mdłości. Elgan nie zamierzał całkiem osuszyć złodzieja, chciał go tylko nastraszyć, dać mu nauczkę, którą zapamięta do końca życia.

Ze stanu euforycznego upojenia wyrwały go dwie rzeczy. Najpierw przeraźliwy krzyk Lidy, a po chwili ból głowy, kiedy oberwał czymś okrutnie ciężkim, czym kobieta zamachnęła się z impetem godnym Peruna. Później w ciemnym kącie izby zakwiliło dziecko. Płacz był słaby, łagodny. Musiało mieć najwyżej tydzień, może dwa.

Jak mogłem nie wyczuć dziecka? – pomyślał wąpierz.

Oszołomiony obecnością niemowlaka, rozwarł szczęki. Trysnęła krew. I rozpętał się chaos.

– Na wszystkich bogów, Elgan, coś ty zrobił?! – załkała Lida, po czym rzuciła w niego rondelkiem i uklękła przy mężczyźnie.

 Niedoszły oprawca, cały blady, błądził wzrokiem i jąkał coś pod nosem, dygocząc z przerażenia. Niemowlę rozwrzeszczało się na dobre i w całej tej kakofonii dźwięków wąpierz najgłośniej słyszał tylko jedno dudniące w jego głowie pytanie.

Jak mogłem nie wyczuć dziecka?

Chciał podejść do niemowlaka, dowiedzieć się, co takiego jest w malcu, co stłumiło niezwykle silny zapach początku ludzkiego życia, ale na widok wściekłych oczu Lidy wycofał się do wyjścia. Już miał zamiar zapytać, dlaczego nie wyczuł dziecka, powstrzymała go jednak lawina wyzwisk tocząca się z ust kobiety. I dobrze. Lidzie raczej by nie ulżyło, gdyby dowiedziała się, że istoty ciemności wyczuwają niemowlęta z odległości dwóch stajań. Z pewnością taka wiadomość wywołałoby panikę w całej wiosce.

– Jak mogłeś?! Elgan! To mój mąż! – krzyczała, szukając w panice czystej ścierki, którą mogłaby zatamować płynącą po szyi krew swego wybranka.

– Lida… Wybacz, nie wiedziałem… Gdy opuszczałem wioskę, byłaś jeszcze panną – tłumaczył się wąpierz, rozcierając pulsującą bólem skroń. Unikał patrzenia na krew, której zapach szumiał jeszcze w jego głowie. – Skradał się. Gdyby jeszcze wchodził zwyczajnie… Ale on się skradał!

– Bo jest niewidomy, ty ciemny demonie!

Wąpierz przyjrzał się mężczyźnie i zamarł. Miała rację. Dopiero teraz, gdy Lida postawiła obok męża świecę, Elgan zauważył, że oczy mężczyzny były nienaturalnie blade i nie skupiały się w jednym punkcie.

– Niechby cię licho kołkiem przekłuło, durniu z zaświatów! Wynoś się!

– Lido…

– Ale już!

Elgan wyszedł z izby i spojrzał na koszulę. Była chłodna jesienna noc i w słabym świetle księżyca można było nie poznać, że materiał jest zmoczony świeżą krwią.

– Ratowanie świata wybitnie mi dzisiaj nie wyszło – westchnął. – Jak mogłem nie wyczuć dziecka?

To dziecko… – Odwrócił się i oparł dłoń na drzwiach do chałupy. Wahał się przez chwilę. Jeśli teraz tam wejdę, Lida znów zacznie wrzeszczeć. Ktoś prędzej czy później ją usłyszy i pobiegnie po starą, a ta, jak tylko zwęszy okazję, to przegna mnie z wioski, zanim zdążę się przebrać. Westchnął zrezygnowany i pokręcił głową. Zbadam to, jak sprawa ucichnie.

Chciał pomóc, a tymczasem zamiast nazwać go bohaterem, jutro okrzykną go diabelskim pomiotem ciemności lub czarnym wysłannikiem Welesa z zaświatów. Stara zielarka, która i tak nie pałała do niego sympatią, nie zapłaci mu i nie podziękuje za czuwanie nad bezpieczeństwem mieszkańców wioski. Wypędzi go jutro z szerokim uśmiechem na pomarszczonej twarzy. Elgan nie mógł liczyć na to, że i tym razem ludzie się za nim wstawią. A wydawało mu się, że znalazł już swoje miejsce.

Spojrzał na posąg Świętowita, którego cztery twarze ogarniały spojrzeniem cały świat. Oblicza boga starannie wyrzeźbione w skale kryły się przed gwiazdami w cieniu drewnianego dachu, wspartego na czterech kolumnach.

– Niełatwy jest ten świat dla wąpierza – powiedział Elgan, patrząc bogu w kamienne oczy, niewzruszone jego problemem.

Minął karczmę Pod Wysokim Dębem, niedaleko której znajdował się jego dom. Już z daleka mógł bezbłędnie wyrecytować jadłospis. Skrzywił się i zakrył wrażliwy na zapachy nos. O ile powszechne wyobrażenia, jakoby wąpierze chodziły w pelerynach i unikały słońca, były wierutną bzdurą, o tyle zapach czosnku był dla większości nie do wytrzymania. Tej nocy w Pod Wysokim Dębem królowały kasza jaglana ze skwarkami i napój jęczmienny suto doprawiony chmielem, którego gorzki aromat nikł pod kwaśnym zapachem kapusty z grochem i… czosnkiem.

Wąpierzów było wśród żywych niewielu, a jeśli już decydowali się wyjść z Nawii, królestwa Welesa, to raczej nie w celu bratania się z ludźmi, lecz aby ich zabijać. Próbowali oczywiście nie rzucać się w oczy, więc ubierali się jak wszyscy. Elgan, ku uciesze mieszkańców wioski, którzy kochali legendy i zabobony, nosił długą pelerynę, a za dnia skrywał się w cieniu, narzekając na bladą karnację wrażliwą na podrażnienia. Prawda była jednak zgoła inna. Unikał słońca, by nie straszyć ludzi błękitnymi oczami, które za dnia stawały się jeszcze jaśniejsze, niemal bezbarwne. Ludzie mieli problem z akceptowaniem tak nagłych zmian i nie byli odporni na działanie magii ciemności, kłębiącej się w wąpierzych źrenicach.

Elgan wolał mieszkać wśród żywych, a niełatwo było wąpierzowi zyskać ich przychylność. Dlatego właśnie, by zadowolić i udobruchać wieśniaków, nosił ciemną pelerynę, długą do kostek, podkreślającą jego czarne włosy i nadającą należny księciu ciemności wizerunek osoby, której należało się bać. Ludzie lękali się go, ale tolerowali w wiosce, gdyż mogli się chwalić wędrowcom i handlarzom własnym wąpierzem. Strasznym i groźnym wąpierzem, który mieszkańcom Wioski za Bukowym Lasem krzywdy nie zrobi, za to będzie ich bronić przed obcymi lub swoimi. Ostatni argument Elgan zamierzał wykorzystać w rozmowie ze starą zielarką, od której zależało czy zostanie w wiosce. Nie łudził się jednak, że stara tak po prostu przyjmie do wiadomości, że zamierzał wyssać życie z ojca noworodka, męża szanowanej i lubianej Lidy.

Zatrzymał się, gdy usłyszał za plecami piskliwy chłopięcy głos.

– Panie! Niech pan wąpierz poczeka.

– Ja? – Elgan odwrócił się i uniósł brwi na widok pędzącego w jego stronę chłopaka.

Zdziwiło go to z dwóch powodów. Po pierwsze, był wąpierzem i dzieci się go bały. Po drugie, zrobiło się już późno i chłopiec powinien trzymać się blisko domu. Do głowy przychodziły mu różne myśli. Stało się coś złego, z czym nawet stara zielarka sobie nie poradziła, albo ktoś ma do niego interes i hojnie zapłacił za wezwanie go w nocy.

– Dobrodziejka nasza, pani Jana, żona miłego pana Blizbora, wzywa pana wąpierza. Mówi, że pilnie trzeba jej pomóc – wyrecytował zdyszany chłopak.

– Jana?

To nie wróży nic dobrego − pomyślał.

– Na pewno o mnie chodzi?

Chłopak wpatrywał się w Elgana z głupim wyrazem twarzy.

– Jeden wąpierz, panie, we wiosce jest. To mówię do pana wąpierza. Jeden jest, prawda? – Rozejrzał się, jakby sam zaczął wątpić w swoje słowa.

– Jeden, jeden – potwierdził Elgan. – Pójdę się przebrać i przyjdę.

– Nie. Nie może pan wąpierz. – Chłopiec skłonił się, przepraszając. Trochę przez dobre wychowanie, które Jana i Blizbor zapewniali dzieciom swoich pracowników, trochę pewnie z obawy przed złością i zemstą wąpierza. – Pani Jana wyraźnie nakazała. Natychmiast pan wąpierz musi się zjawić w domu na wzgórzu.

Zapewne to moja ostatnia noc w wiosce − pomyślał Elgan. Jak już znajdę, o ile w ogóle znajdę, nowe miejsce, dużo czasu minie, nim ktoś żywy zechce ze mną rozmawiać. Nawet z pobudek egoistycznych.

– Nie zwlekajmy więc. Prowadź, chłopcze.

Dom Jany i Blizbora wznosił się na niewielkim wzgórzu. Pod ich włościami wiły się liczne tunele prowadzące do podziemnych komnat, w których najemnicy Blizbora wydobywali drogocenne kruszce. Sprzedaż kamieni, w większości przeznaczonych do wyrobu amuletów, zapewniła im pozycję najbogatszych ludzi w okolicy.

Chłopiec otworzył drzwi i wycofał się, robiąc mu miejsce.

– Elgan! – zawołała wysoka kobieta z końca korytarza. – Chodź tutaj, proszę.

Bez zbędnej wymiany uprzejmości Jana zaprowadziła go do przestronnej komnaty z kominkiem. Zaczynała się jesień i noce bywały chłodne. Gdyby Elgan odczuwał różnice temperatur, z pewnością próbę zaimponowania ilością palonego drewna uznałby za trafioną.

– Po co mnie wezwałaś? – zapytał, stając przy ścianie, do której docierało najmniej światła.

– Obiecaj, że mi pomożesz.

– Jak się dowiem, o co chodzi…

– Nie – przerwała mu i oddaliła się w stronę kominka. – Wybacz. To bardzo ważne. Musisz obiecać, a ja zapłacę tyle, ile sobie zażyczysz.

– Jano, czy ja wyglądam na utopca, któremu woda zalała rozum?

− Elganie, skądże znowu, jesteś najinteligentniejszym… – urwała, przez chwilę się wahając – …najinteligentniejszą istotą, jaką znam.

– Dlaczego więc zakładasz, że wezmę na siebie robotę, nie wiedząc, o co chodzi?

Na twarzy Jany pojawił się perfidny uśmieszek. Stała w bogato zdobionej sukni, pewna siebie i bawiła się perłowym naszyjnikiem, jakby od niechcenia.

– Chodzą słuchy, że cierpisz ostatnimi czasy niedostatek.

Wąpierza zirytowała bezczelna satysfakcja, która biła z jej oczu.

− Wróciłem do wioski dziś rano, a ty już zdążyłaś się zorientować, jak się ma moja sakiewka? Jeśli dowiem się, że któryś z twoich ludzi był u mnie w domu…

− O co ty mnie podejrzewasz? – spytała z wyuczonym do perfekcji oburzeniem zamożnej kobiety. − Nie muszę wysyłać ludzi, by wiedzieć, że potrzebujesz srebra. Każdy go potrzebuje.

– Jestem wąpierzem. Nie muszę jeść. Nawet jeśli nie mam zbyt wiele grosza, z głodu nie umrę.

– Ale musisz, a może należałoby raczej powiedzieć, że lubisz mieszkać wygodnie. Nieprawdaż?

Znowu się uśmiechnęła, lecz tym razem ośmieliła się nawet zachichotać. Wyprostowała się jeszcze bardziej i zadarła brodę, pokazując, że jest tak pewna siebie, że nie boi się narażać wąpierzowi. Elgan jednak widział niezauważalne dla ludzkiego oka drgania jej policzków i kącików oczu.

Sprytna i wygadana, ale przerażona − pomyślał. Co takiego mogła nabroić, że nie boi się igrać z wąpierzem? Mógłbym w mgnieniu oka doskoczyć do niej i wyssać z niej życie, a zwłoki wrzucić do tego ogromnego kominka. Tylko po co?

– Na pewno jest cena, która cię przekona. – Usiadła w fotelu z wysokim oparciem i wsparła podbródek na dłoni.

– Wstawiennictwo.

– Słucham?

Elgan usiadł po przeciwnej stronie stołu.

– Wstawisz się za mną u starej – powiedział, odgarniając leżące przed nim płatki kwiatów.

– U zielarki?

– Tak. Opowiesz się za mną, jeśli zechce mnie wygnać z wioski.

– Ale… – zaczęła, marszcząc nos – …stara zielarka ma swoje zdanie i nie zwykła się mnie radzić.

– Ciebie nie zignoruje – stwierdził i rzucił w jej stonę zgniociony płatek róży.

– Nawet jeśli… Dlaczego miałabym się za tobą wstawiać? Co zrobiłeś?

Wąpierz spojrzał na trzaskające w kominku płomienie.

– Elganie?

– Dowiesz się po zawarciu umowy.

– Sprytnie. – Jana uśmiechnęła się, mrużąc powieki.

Elgan nachylił się ku niej i jego oczy zalśniły błękitem w świetle ognia. Zauważył, że włoski na ramionach Jany uniosły się, kobieta oddychała szybciej niż przed chwilą. Nie był pewien, czy ze strachu, czy z podniecenia.

Jana odchrząknęła i chwyciła za pióro.

– Czas więc podpisać umowę.

Podsunęła mu przygotowany pergamin. Elgan przeczytał go uważnie i dopisał postanowienie o wstawiennictwie u starej zielarki.

– Gotowe – oznajmił, stawiając ostatnią kropkę.

– Jeszcze podpis.

Elgan wysunął kły i nakłuł kciuk. Odcisnął czerwoną plamę na dole dokumentu, po czym podsunął go Janie.

– Ty też podpiszesz krwią – zarządził, gdy zbliżyła pióro.

– Będziesz tak miły?

Wyciągnęła dłoń, która zawisła przed jego ustami.

– Jesteś pewna? Nie masz jakiegoś ostrza?

– Ufam ci, Elganie – wyszeptała i zamknęła oczy.

Wąpierz nie wiedział, czego się spodziewała, ale po rozczarowaniu na jej twarzy, poznał, że nie spełnił oczekiwań. Nakłuł opuszek szybko i precyzyjnie, zanim magia ciemności zdążyła ją choćby połaskotać.

– No dobrze – powiedziała, zwijając pergamin. – Chodź za mną.

Zaprowadziła go do komnaty sypialnej. Już przed wejściem czuł magię ciemności, która miała wyjątkowo intensywny i nieprzyjemny zapach. Pomieszczenie było przestronne i mroczne. Elgan zatrzymał wzrok na pokaźnym drzeworycie, na którym artysta uwiecznił wizerunek Welesa, zdaniem wąpierza nietrafiony. Oblicze władcy Nawii i podwodnego świata okazało się zbiorem wszystkich strasznych cech boga, o jakich opowiadali sobie przesądni ludzie przy ogniskach. Wielkie, spiczaste rogi przebijały się przez czoło, a czerwone oczy i czarna, pomarszczona skóra błyszczały w blasku nielicznych świec zawieszonych na ścianach.

Weles nie byłby zadowolony − pomyślał wąpierz. Ale może to lepiej, że ludzie tak go widzą? Strach powinien wybić im z głowy chęć na igranie z magią ciemności.

Przeniósł wzrok na łóżko, które stało pod wielkim obliczem Welesa i nabrał pewnych wątpliwości co do ludzkiego rozsądku. Kto jak kto, ale Blizbor z całą pewnością nie zniechęcił się groźnym obliczem boga. Na czerwonej pościeli unosiła się bezbarwna mgła w kształcie gospodarza.

– Co to ma być? – Wąpierz wskazał na widmo.

– Blizbor zniknął dziś wieczorem. Tutaj, w tym łóżku.

– Zniknęło jego ciało. Dusza leży tu w najlepsze i z tego, co widzę, nigdzie się nie wybiera.

– Dusza? – Jana zakryła usta dłońmi.

No tak, śmiertelni ich nie widzą.

– Opowiadaj – nakazał Elgan, a kły wysunęły się same. I choć nie chciał wywołać dodatkowej paniki, w chwilach złości trudno mu było w pełni nad sobą panować. – Dokładnie i ze szczegółami. Jeśli mam odnaleźć jego ciało, muszę wiedzieć, co Blizbor zamierzał osiągnąć.

– Wiesz, jak bardzo chciał zostać szamanem…

– Mówiłem mu setki razy, że się do tego nie nadaje.

– Tak, ja też mu powtarzałam – zapewniała Jana, choć z tonu jej głosu Elgan wnioskował, że było wręcz przeciwnie. – Powtarzałam mu. I to ile razy ja mu powtarzałam, ale on się uparł.

– Pięknie… No i…?

– Trzy dni temu przyjechał do nas szaman.

– Kto? Skąd?

– Nie wiem.

Wąpierz pokiwał głową i westchnął.

– Był niski – ciągnęła Jana − i miał długie jasne włosy. I brodę. Zwykły szaman. – Wzruszyła ramionami. – Długo rozmawiali. Szaman szeptał, a Blizbor miał tak piskliwy głos, jakby mieli go ogłosić samym królem. Podsłuchałam trochę. – Policzki kobiety zarumieniły się lekko. – Mówili o nieśmiertelności.

– Tego sam się domyśliłem. Co dokładnie?

– Gdy szaman wyszedł, Blizbor wygrzebał ze skrzyni czarny amulet i chodził z nim po całym domu, mrucząc coś nieustannie pod nosem.

– Korzystał z jakiejś księgi?

– Nie, ale… – zza wstążki, którą się przepasała, wyjęła zwinięty pergamin – …szaman dał mu to.

Elgan wyrwał jej świstek, powąchał, a gdy upewnił się, że ze środka nie wystrzeli w niego żadne zaklęcie, rozwinął zwój.

– Co za bzdury! – prychnął i zaniósł się śmiechem. – Właśnie dlatego Blizbor nie nadaje się na szamana. Bo szaman nie może być tępakiem, który uwierzy w pierwszą lepszą bajkę.

– Da się go odnaleźć? – spytała Jana, wyraźnie urażona.

Elgan doceniał wysiłek, z jakim starała się powstrzymać przed kłótnią. Na nic zdałaby się radość z wygrania słownej potyczki z wąpierzem, skoro ten odmówiłby spełnienia jej prośby.

− Da się? – powtórzyła zniecierpliwiona.

– Tak, ale… – Wąpierz zmarszczył brwi – To daleko.

– Zapłacę, ile chcesz.

– Jego ciało jest u Welesa.

– Na potężnego Peruna! – Kobieta zbladła i ukryła twarz w dłoniach. – To niemożliwe. Niemożliwe. Czy on już nie żyje?

– To zależy, jak na to spojrzysz. Czy ja żyję?

– Och, Elganie, wiesz, o co mi chodzi.

– Jego dusza jest tu, na ziemi, żaden bóg jej do siebie jeszcze nie przyjął. Blizbor, wypowiadając te bzdury, zgodził się dobrowolnie na przekazanie swego ciała Welesowi. Błąka się pewnie gdzieś w podziemiach Wyraju. – Wąpierz zachichotał, gdy wyobraził sobie przerażoną twarz Blizbora. Widział tego nieudacznika, błądzącego we mgle po rozległym lesie prowadzącym do Nawii. Z jednej strony było mu go trochę żal, z drugiej zaś – cieszył się, że dostał nauczkę. Może to go przekona, że nie nadaje się na szamana.

– Dobrze – powiedział, gdy przestał się śmiać. – Pójdę po niego. Potrzebuję tego czarnego amuletu na wymianę. Ja dam go Welesowi, a on zwróci mi ciało.

– Och, Elganie! – Jana podbiegła do niego z wyciągniętymi ramionami, ale w porę powstrzymała się przed uściskaniem wąpierza. – Sowicie ci to wynagrodzę.

– I wstawisz się za mną u starej – przypomniał, na co z twarzy Jany uleciało zadowolenie.

Nagle coś trzasnęło. Zza ściany dochodziły odgłosy tłuczenia, jakby kilkanaście szklanych fiolek spadło i rozbiło się o kamienną posadzkę. Elgan spojrzał na Janę, która cofnęła się kilka kroków i spurpurowiała na twarzy.

– Chodźmy już. Przed tobą długa droga, Elganie.

– Zaraz. – Podszedł do półki z księgami. – Co tam jest?

– Księgi. O historii, tradycjach, magii…

– Daruj sobie, Jano. Zapach magii ciemności wyczułem jeszcze przed drzwiami. Ofiarowanie ciała Welesowi tak nie śmierdzi. Zgaduję, że to tajemne przejście, które zaprowadzi mnie do źródła tego aromatu. Otworzysz, czy sam mam to zrobić?

Spuściła głowę i podeszła do ściany. Oparła ręce na półce, napięła wątłe mięśnie i zacisnęła usta, ale szafa ani drgnęła.

– Może jednak sam to zrobię.

Przesunął półkę jednym pchnięciem i od razu zasłonił nos.

– O bogowie, co on tu sprowadził?!

Smród, jaki wdarł się do sypialni, można było zrównać z tym unoszącym się za murami Villperuny, gdzie urządzono wielką latrynę, do której wrzucano wszystko, co godziło w wyperfumowane nosy mieszkańców królewskiego miasta.

– Wywołał to miesiąc temu – wyznała, unikając wzroku rozmówcy, i zakryła nos różaną chusteczką.

– Czy on do reszty postradał rozum?! Wywoływać demona? Mógł sprowadzić licho nie tylko na wasz dom, lecz także na całą wioskę.

– Demon? Na bogów! Demon?!

– Ciesz się, że go nie widzisz… Jak mogłaś pozwolić Blizborowi na coś takiego?

– Próbowałam wybić mu to z głowy, ale się uparł.

– Słabo ci idzie wybijanie mu głupot z głowy – skomentował zirytowany. − Mam nadzieję, że nie jest za późno.

Wszedł do pomieszczenia, w którym walały się skrzynie, księgi i fiolki wypełnione podejrzanymi płynami. W rogu kulił się skarlały demon. Wyglądem przypominał zmiętego człowieka, któremu powyciągano uszy i nos, tak że sterczały pokracznie z pomarszczonej skóry. Ostrożnie podszedł do niego i wysunął kły.

– Spokojnie, jestem wąpierzem. Zaprowadzę cię do domu.

Demon skulił się i pisnął żałośnie.

– Słyszę go – szepnęła za jego plecami Jana. – O Perunie, tu naprawdę jest demon!

– Nie wchodź – warknął Elgan i podszedł bliżej, z trudem powstrzymując mdłości.

Po latach obcowania z istotami ciemności przywykł do widoku obślizgłych czy zgniłych ciał demonów. Pamiętał doskonale pierwsze spotkanie z topielicą. Miała zaropiałą, szarą skórę, a w oczach smutek i zawiść. Jakby tego było mało, z uszu i nosa zwisały wodorosty i próżno było szukać na jej ciele kawałka skóry nieporośniętego pleśnią. Raz nawet, mimo odrazy, której nie sposób było się wyzbyć, pomógł jednej zmorze wydostać się z jaskini, a ta z wdzięczności chciała wydłubać mu oczy. Widział już wiele, ale takiego śmierdzącego pokurcza jeszcze nigdy.

– Nie możesz tu zostać – oznajmił. – Jeśli zostaniesz zbyt długo, oszalejesz i zaczniesz robić ludziom krzywdę. Chcesz robić im krzywdę?

Demon zaprzeczył energicznie i zawył tak żałośnie, że Elgan zastanowił się, co musiało się wydarzyć, że stał się tak brzydki i cuchnący.

– Zaprowadzę cię do Wyraju.

Demon znów potrząsnął głową.

– Nie chcesz tam wracać?

Karzeł wybuchnął płaczem i skulił się jeszcze bardziej.

– Ty nie pochodzisz z Wyraju… – wyszeptał Elgan, czując kiełkujące gdzieś w trzewiach złe przeczucie. – Nie jesteś pod opieką Welesa?

Stwór jęknął, kilkakrotnie uderzył pięściami w skronie i pociągnął nosem.

– No pięknie… Dokąd więc mam cię zaprowadzić?

Demon schował głowę między wystającymi kolanami i zamilkł.

– Nie mogę cię tu zostawić. Musisz mi powiedzieć.

Przywołaniec milczał, a w Elganie narastały zmęczenie i złość. Zaczynało być tego zbyt wiele. Stara zielarka, która nawet ze wstawiennictwem Jany będzie robiła wszystko, by wygnać go z wioski, wędrówka do Wyraju po ciało Blizbora, a teraz jeszcze zamknięty w sobie cuchnący łajnem demon, który płacze na myśl o powrocie do domu.

Czy coś może jeszcze bardziej zrujnować mi dzisiejszą noc?

– Chodź ze mną, demonie. Przecież cię tu nie zostawię…

 

About Sophie

Z zawodu finansista, z pasji czytelnik. Redaktorka serwisu oraz moderator forum Gavran, okazjonalnie recenzentka.

View all posts by Sophie