Zapraszamy do zapoznania się z fragmentem książki „Magia triumfuje” Ilony Andrews.

Kate przebyła długą drogę od samotniczki do strażniczki magicznej Atlanty. Poznała przyjaciół i wrogów. Znalazła miłość i założyła rodzinę z Curranem Lennartem, byłym Władcą Bestii.

Ale jej magia jest zbyt potężna, by nadnaturalni rywale pozwolili Kate żyć w spokoju.

Kate i Roland zawarli rozejm, ale kiedy ojciec znów łamie warunki paktu, najemniczka pojmuje, że konfrontacja jest nieunikniona.

Wyrocznia Wiedźm ma wizję krwi, ognia i ludzkich kości, a pod drzwi Kate trafia tajemnicza przesyłka zwiastująca wojnę ze starożytnym wrogiem, który prawie zniszczył jej rodzinę.

Kate wie, że czas spokoju minął i nie widzi innego wyjścia, jak tylko połączyć siły z najmniej oczywistymi sojusznikami. Wie, że zdrada jest nieunikniona. Wie, że może nie przeżyć nadchodzącej bitwy. Ale musi spróbować.

Dla syna.

Dla Atlanty.

Dla świata.

FRAGMENT

Prolog

Ból z bioder rozszedł się po całym ciele, rozrywając mnie od środka. Zacisnęłam zęby. Wygiął mnie tak, że prawie się złamałam, a potem odpuścił. Osunęłam się do wody.
Andrea otarła mi twarz zimną szmatką.
– Już prawie.
Curran ścisnął moją dłoń. Odwzajemniłam gest.
Na suficie jaskini odbijały się lśniące wodne wzory. Jakie ładne…
– Zostań z nami – poprosił Doolittle.
Chciałam zamknąć oczy na moment. Tylko na moment. Byłam taka zmęczona.
– Czy to zawsze tyle trwa? – zdenerwowała się ciotka.
– Czasami – odparła Jewdokia z ręką na moim brzuchu.
– Mnie to nigdy nie zajmowało tak długo.
– Każda kobieta jest inna – rzuciła Andrea.
Nadszedł skurcz. Miałam wrażenie, jakby rozsadzało mi kości. Kiedy minął, znowu opadłam.
– To trwa już szesnaście godzin – warknęła Erra. – Kate cierpi i jest wykończona. Zrób coś. Daj jej jedne z tych tabletek, które wasza cywilizacja tak uwielbia.
– Nie mogę dać jej tabletek – wyjaśniła spokojnie Jewdokia. – Już za późno. Dziecko idzie.
– Daj jej tabletki albo cię zabiję, wiedźmo.
– Jeśli damy jej cokolwiek, ucierpi dziecko – zaprotestowała Andrea.
Dziecko. Otrząsnęłam się z letargu i wróciłam do rzeczywistości. Znajdowaliśmy się w lesie czarownic, w jaskini z magicznym źródłem. Czułam, jak na zewnątrz czarują sabaty. Okryły jaskinię płaszczem nieprzeniknionej magii. Dopóki zaklęcie się utrzymywało, mój ojciec nie mógł nas znaleźć, przynajmniej w teorii. Woda wokół mnie chlupotała. Leżałam na gładko wydrążonym kamieniu, z podniesioną głową i stopami zwróconymi w stronę źródła. Jewdokia stała między moimi nogami, zanurzona do pasa. Doolittle czekał po mojej prawej. Otaczało mnie za dużo ludzi.
Kolejny skurcz. Ból mnie rozrywał.
– Przyj – powiedział Doolittle. – Przyj. O tak, dobrze… Dobrze.
– Dasz radę, kochanie – dodał Curran. – Jeszcze trochę.
Ścisnęłam jego dłoń i naparłam. Przeszyła mnie oślepiająca agonia, a po chwili zrobiło się łatwiej.
– Ostatni raz – mobilizował mnie Doolittle.
– Przyj – zaleciła Jewdokia. – Dasz radę.
– Przyj. Ostatni raz.
Nie miałam już siły, lecz jakimś cudem znalazłam ją w sobie, naparłam i nagle stałam się lżejsza. Ból rozlał się po całym ciele, gorący i niemal krzepiący. Zamrugałam.
– Gratulacje! – Jewdokia wyłowiła coś z wody i ujrzałam mojego synka. Czerwony i pomarszczony, z burzą ciemnych włosów, był najpiękniejszym, co w życiu widziałam. Wziął głęboki wdech i zapłakał.
Curran posłał mi szeroki uśmiech.
– Udało ci się, kochanie.
Erra, przezroczysta zjawa, wśliznęła się do wody. Jewdokia przecięła pępowinę i podała jej dziecko. Ciotka trzymała je w upiornych ramionach dzięki czystej magii. Impuls mocy przemknął przez Errę i uderzył w mojego synka. Przez sekundę mały świecił.
– Ma czystą krew. – Głos Erry dźwięczał z dumy. – Patrzcie na księcia Szinearu i wiedzcie, że jest idealny!
Usłyszeliśmy grzmotnięcie magii. Poczułam ją nawet przez barierę, mierzyła w tarczę wiedźm niczym igła. Mój ojciec nadchodził.
Ciotka rozproszyła się w migoczącą chmurę i otoczyła małego. Dryfował w kokonie magii Erry, chroniony przez jej esencję.
Igła mocy mojego ojca uderzyła w barierę. Zatrzymała się na jedną dręczącą sekundę, jednak napierała dalej, coraz mocniej i mocniej. Jeszcze moment, a przebije tarczę.
Nie dostanie naszego syna.
Magia wyrwała się ze mnie strumieniem bólu. Wlałam w niego całą swoją siłę. Strumień zderzył się z wrogą magią, woda w bajorze uniosła się i rozciągnęła w długie nitki, po czym zawisła w powietrzu nad suchym dnem.
Z moich ust dobyły się słowa mocy.
– NIE DZIŚ. NIGDY.
Walczyliśmy, magia między nami drżała, jej prądy przepływały i wiły się jak żywe.
Igła brnęła dalej, pchana całą mocą Rolanda.
Krzyknęłam – w moim głosie nie było bólu, tylko gniew. Wypełniła mnie magia mojej ziemi. Dodała mi siły, której potrzebowałam, i zaatakowałam wrogą moc.
Igła zadrżała.
Woda lunęła z powrotem do bajora.
Osunęłam się. Mój ojciec przegrał.
Miałam dosyć. Tak bardzo dosyć.
Curran wskoczył do wody. Erra puściła naszego synka i Curran go złapał. Ciotka zmieniła postać. Między nimi zaszło coś dziwnego – spojrzeli na siebie, ale byłam zbyt wycieńczona, żeby się tym przejąć.
Curran położył małego na mojej piersi, a ja go przytuliłam. Był taki maleńki. To Curran i ja go stworzyliśmy.
Curran mnie objął i przyciągnął nas oboje do siebie.
– Nazwij dziecko – przykazała Erra.
– Conlan Dilmun Lennart – oznajmiłam. Pierwsze imię nosił ojciec Currana. Drugie wybrała nam Erra. To nazwa starożytnego królestwa – nazwa, która miała go chronić.
Conlan Dilmun Lennart powiercił się w moich ramionach i zakwilił. Nigdy w życiu nie słyszałam piękniejszego dźwięku.

Rozdział 1
Trzynaście miesięcy później

Obudził mnie łomot. Zerwałam się i ruszyłam z miejsca z mieczem w dłoni, zanim mózg zarejestrował, że wstałam.
Zatrzymałam się, unosząc Królową.
Cienka strużka rozmytego, przedświtowego światła wpadała do pomieszczenia przez przerwę między zasłonami. Magia była w wyżu. Po mojej lewej, w części naszej sypialni przeznaczonej dla dziecka, Conlan stał w kołysce, całkowicie rozbudzony.
W pokoju znajdowaliśmy się tylko ja i on.
Łup, łup, łup.
Ktoś walił do drzwi frontowych. Zegar na ścianie wskazywał szóstą pięćdziesiąt. Funkcjonowaliśmy według zwyczajów zmiennokształtnych – późno się kładliśmy, późno wstawaliśmy. Wszyscy nasi znajomi o tym wiedzieli.
– O-o! – powiedział Conlan.
Właśnie tak, o-o.
– Zaczekaj chwilę – szepnęłam. – Mamusia musi się czymś zająć.
Wyszłam z sypialni szybko i cicho. Zamknęłam za sobą drzwi.
Łup, łup, łup.
Wyluzuj, już idę. A wtedy mi się wytłumaczysz.
Zbiegłam po długich schodach z drugiego piętra w dwie sekundy. Dopadłam do wzmacnianych drzwi, przesunęłam dźwignię i opuściłam metalową klapkę na przezierniku. Patrzyły na mnie oczy Teddy’ego Jo.
– Co ty tu robisz? Wiesz, która godzina?
– Otwórz, Kate – wysapał Teddy Jo. – To nagły wypadek.
Jak zawsze. Całe moje życie to pasmo nagłych wypadków. Podniosłam rygiel i otworzyłam drzwi. Teddy Jo wparował do środka. Miał rozwiane włosy, bladą twarz i dzikie spojrzenie. Przyleciał tutaj jak szybko mógł.
Poczułam kamień w żołądku. Teddy Jo jest Tanatosem, greckim aniołem śmierci. Niełatwo go przestraszyć. Tak myślałam, że ostatnio było zbyt spokojnie.
Przekręciłam klucz w zamku.
– Potrzebuję pomocy – oznajmił Teddy Jo.
– Czy ktoś jest w niebezpieczeństwie?
– Nie żyją. Wszyscy nie żyją.
Cokolwiek się działo, już się stało.
– Musisz iść ze mną i to zobaczyć.
– Wyjaśnisz mi, czym jest „to”?
– Nie. – Złapał mnie za rękę. – Musisz iść ze mną, teraz.
Spojrzałam na jego dłoń. Puścił mnie.
Weszłam do kuchni, wyjęłam dzbanek mrożonej herbaty z lodówki i nalałam napój do wysokiej szklanki.
– Wypij to i spróbuj się uspokoić. Ubiorę się, znajdę opiekunkę dla Conlana i wyruszymy.
Podniósł szklankę. Herbata wewnątrz zadrżała.
Popędziłam na górę, otworzyłam drzwi sypialni i niemal zderzyłam się z synem. Conlan wyszczerzył zęby. Odziedziczył moje ciemne włosy i szare oczy Currana. A także jego poczucie humoru, co doprowadzało mnie do szaleństwa. Zaczął chodzić wcześnie, w wieku dziesięciu miesięcy – jak typowe zmiennokształtne dziecko – a teraz biegał na pełnych obrotach. Do jego ulubionych zabaw należało uciekanie przede mną, chowanie się pod meblami i zrzucanie różnych rzeczy z powierzchni poziomych. Stłuczony przedmiot oznaczał dodatkowe punkty.
– Mamusia musi iść do pracy. – Ściągnęłam długi T-shirt, który służył mi za piżamę, i włożyłam sportowy stanik.
– Bada-tata!
– Mhm. Też chciałabym wiedzieć, gdzie jest twój tata. Na jednej z tych swoich wypraw.
– Tata? – ucieszył się Conlan.
– Jeszcze nie – wyjaśniłam, sięgając po dżinsy. – Wróci jutro albo pojutrze.
Conlan zaczął tupać. Oprócz wczesnego chodzenia i poważnie niepokojących zdolności wspinaczkowych nie wykazywał żadnych cech zmiennokształtności. Nie przeobraził się po narodzinach i jeszcze ani razu nie transformował w lwa. W wieku trzynastu miesięcy powinien regularnie zamieniać się w małe lwiątko. Doolittle znalazł dużo komórek Lyc-V w jego krwi, ale wirus pozostawał uśpiony. Zawsze wiedzieliśmy, że istniała taka możliwość, bo moja krew zjadała patogen Immortuus i wirus Lyc-V na śniadanie i prosiła o dokładkę. Mimo to zdawałam sobie sprawę, że Curran pragnął, by nasz syn był zmiennokształtny. Doolittle również. Przez jakiś czas magomedyk Gromady próbował różnych metod, by obudzić bestię. Nadal by to robił, gdybym nie zaprotestowała.
Pół roku temu wraz z Curranem odwiedziliśmy Twierdzę i zostawiliśmy Conlana z Doolittle’em na jakieś dwadzieścia minut. Gdy wróciliśmy, mały płakał na podłodze, otoczony przez trzech warczących zmiennokształtnych w formie bojowej, a Doolittle się temu przyglądał. Zdążyłam wykopać jednego przez okno i złamać rękę drugiemu, zanim Curran mnie spacyfikował. Doolittle zapewnił mnie, że naszemu synowi nic nie groziło, a ja poinformowałam go, że nie będzie torturował mojego dziecka dla zabawy. Możliwe, że przedstawiłam swój punkt widzenia, jedną ręką trzymając Conlana, a drugą machając Królową całą w mojej krwi. Podobno oczy mi świeciły, a Twierdza drżała. Zgodnie postanowiono, że dalsze testy nie są konieczne.
Wciąż zabierałam Conlana do Doolittle’a na rutynowe kontrole, a także kiedy mały upadł, kichnął lub zrobił cokolwiek innego, co robią dzieci, a co kazało mi bać się o jego życie. Jednak podczas tych wizyt obserwowałam wszystkich z nieufnością.
Zapięłam pasek, wsunęłam Królową do pochwy na plecach i związałam włosy w kucyk.
– Sprawdźmy, czy ciocia może cię popilnować.
Podniosłam Conlana i ruszyłam na dół.
Teddy Jo miotał się po sieni jak tygrys w klatce. Wzięłam kluczyki do dżipa i wyszłam z domu.
– Polecimy razem – powiedział.
– Nie. – Pomaszerowałam na drugą stronę ulicy, do domu George i Eduarda. Ostatnio George tyle zajmowała się małym, że powinnam kupić jej tort.
– Kate!
– Powiedziałeś, że nie ma bezpośredniego zagrożenia. Lot z tobą oznacza wiszenie tysiące metrów nad ziemią na huśtawce niesionej przez rozhisteryzowanego anioła śmierci.
– Nie jestem rozhisteryzowany.
– Dobrze, w takim razie bardzo poruszonego anioła śmierci. Polecisz nade mną i mnie poprowadzisz.
– Lecąc, szybciej dotrzemy na miejsce.
Zapukałam do drzwi George.
– Chcesz mojej pomocy czy nie?
Stęknął z frustracji i odszedł.
George otworzyła. Jej brązowe loki otaczały głowę niczym aureola.
– Strasznie cię przepraszam – zaczęłam.
Wyciągnęła ramiona i przejęła Conlana.
– Kto jest moim ulubionym siostrzeńcem?
– Twoim jedynym siostrzeńcem. – Po śmierci rodziny Currana Mahon i Martha, alfy klanu wielkich, wychowali go jak syna. George była ich córką i siostrą Currana.
– Szczegóły. – Niedźwiedziołaczka wzięła go na sprawną rękę. Niesprawną zastępował jej kikut, który kończył się dwa centymetry nad łokciem. Urósł już dziesięć centymetrów. Doolittle oszacował, że za trzy lata całkowicie się zregeneruje. George nigdy nie pozwalała, żeby brak ręki ją powstrzymywał. Pocałowała Conlana w czoło, a on zmarszczył nos i kichnął.
– Jeszcze raz przepraszam. Nagły wypadek.
– Idź, idź – zbyła mnie.
Skręciłam w prawo, do domu Dereka.
– A teraz co? – warknął Teddy Jo.
– Teraz idę po wsparcie. – Miałam przeczucie, że się przyda.

Zjechałam na zarośniętą drogę.
– Wygląda, jakby ktoś wsadził mu gniazdo os w tyłek – zauważył Derek.
Teddy Jo miotał się nad naszymi głowami. Miał skrzydła utkane z nocy, tak czarne, że pochłaniały światło. Zazwyczaj w locie prezentował się fantastycznie. Dzisiaj sprawiał wrażenie, jakby uciekał przed niewidzialnymi strzałami.
– Coś bardzo go poruszyło.
Derek skrzywił się i dotknął noża przy biodrze. Gdy należał do Gromady, zawsze nosił szary dres, ale odkąd formalnie odseparował się od atlanckich zmiennokształtnych, przywykł do miejskiego życia. Dżinsy, ciemne T-shirty i ciężkie buty stały się jego uniformem. Jego kiedyś piękna twarz zmieniła się bezpowrotnie, a on ciężko pracował nad utrzymaniem wizerunku wiecznie naburmuszonego, stoickiego, samotnego wilka, jednak coraz częściej spod tej maski prześwitywał stary Derek. Czasami nawet żartował na głos i wszystkich rozśmieszał.
Teraz nie miałam ochoty się śmiać. Cokolwiek zdenerwowało Tanatosa, było poważne. Znałam go od prawie dziesięciu lat. Kilka razy stracił zimną krew – na przykład kiedy przywalił czarnemu wołchwowi w twarz za kradzież miecza – ale tym razem wszedł na zupełnie inny poziom. Panikował.
– Nie podoba mi się to – stwierdził beznamiętnym tonem Derek.
– Myślisz, że wszechświat się tym przejmie?
– Nie, ale i tak mi się nie podoba. Mówił, że dokąd jedziemy?
– Do Serenbe. – Ominęłam wybój.
– Pierwsze słyszę.
– To mała osada na południowy zachód od Atlanty. Kiedyś była bogatą, pretensjonalną dzielnicą i nazywała się „miejską wioską”.
Derek zamrugał.
– Co to jest „miejska wioska”, do cholery?
– To urocze zurbanizowane osiedle w jakimś malowniczym lesie dla ludzi, którzy mają za dużo pieniędzy. Takich, co stawiają domy za milion dolarów, nazywają je „chatkami”, spacerują po łąkach, żeby zjednoczyć się z naturą, a potem jadą kilometr do miasta po specjalną kawę za dziesięć dolarów.
Przewrócił oczami. A ja kontynuowałam:
– Przez ostatnie kilkadziesiąt lat wszyscy bogacze sprowadzili się z powrotem do miasta ze względów bezpieczeństwa, więc teraz okolicę zamieszkuje społeczność rolnicza. Posiadłości zajmują tylko dwa hektary, cała reszta to ogrody i sady. Jest ładnie. W czerwcu pojechaliśmy tam na festyn brzoskwiń.
– Beze mnie.
Zmroziłam go wzrokiem.
– Zostałeś zaproszony. Z tego, co pamiętam, miałeś „coś do roboty” i postanowiłeś się tym zająć.
– To musiało być ważne.
– Myślałeś kiedyś, żeby zainwestować w pelerynę? Spędzasz tyle czasu, biegając po mieście i walcząc ze złem, że mogłaby ci się przydać.
– Nie noszę peleryn.
Dżip przetoczył się po grubych korzeniach, pewnie należących do jednego z wysokich dębów przy drodze. Przed Przesunięciem ta wycieczka trwałaby trzydzieści minut. W tej chwili siedzieliśmy w aucie od dwóch godzin. Przejechaliśmy autostradą I-85, co przez korek i inne problemy zajęło nam półtorej godziny, a teraz brnęliśmy na zachód przez Południową Aleję w Fulton.
– Ląduje – oznajmił Derek.
– O nie.
Przed nami Teddy Jo poszybował w dół. Na moment zawisł na tle jasnego nieba z rozpostartymi skrzydłami i stopami kilka metrów nad ziemią – mroczny anioł urodzony w czasach, gdy ludzie ofiarowali krew, by zapewnić ukochanym zmarłym bezpieczne przejście do życia po śmierci.
– Szpaner – mruknął Derek.
– Z zazdrością ci nie do twarzy.
Teddy Jo opadł na drogę. Złożył skrzydła, a one zniknęły w kłębie czarnego dymu.
– Wiesz, czym jest podczas lotu? – spytał Derek.
– Nie, oświeć mnie.
Uśmiechnął się leciuteńko, ledwie błyskając kłem.
– Wielkim celem. Można zestrzelić go z nieba. Gdzie się ukryje? Ma dwa metry wzrostu i rozpiętość skrzydeł małego samolotu. – Zachichotał z własnego żartu.
Można wyciągnąć wilka z lasu, ale i tak pozostanie wilkiem.
Zaparkowałam obok Teddy’ego Jo i otworzyłam drzwi. Ryk silnika na zaczarowaną wodę na moment mnie ogłuszył.
– Zostaw włączony! – krzyknął Teddy Jo.
Wzięłam plecak i wygramoliłam się z auta. Derek wysiadł z drugiej strony, jak zwykle z gracją. Odbiliśmy w boczną drogę za Teddym Jo, zostawiając warczącego dżipa.
Drzewa rzucały cień na ścieżkę. Zazwyczaj w lesie było cicho, ale tego lata przypadał lęg cykady. Co siedemnaście lat cykady wykluwały się masowo i śpiewały. Cykały tak głośno, że zagłuszały wszystkie inne odgłosy, zniekształcając śpiew ptaków i popiskiwanie wiewiórek w niepokojące dźwięki.
Dostrzegłam pospiesznie postawiony znak, który głosił: ZAKAZ WSTĘPU NA MOCY SZERYFA HRABSTWA FULTON, a pod spodem dopisek: COY PARKER, JEŚLI JESZCZE RAZ PRZEKROCZYSZ TĘ GRANICĘ, SAM CIĘ ZASTRZELĘ. SZERYF WATKINS.
– Kim jest Coy Parker?
– Miejscowym nicponiem. Rozmawiałem z nim, nic nie widział.
Coś w tonie Teddy’ego Jo zdradziło mi, że Coy Parker już nigdy nie wściubi nosa w to bagno.
– Czemu nie postawili strażników? – zapytał Derek.
– Mają za mało ludzi – wyjaśnił Teddy Jo. – Pięciu policjantów na całe hrabstwo. I właściwie nie ma czego strzec.
– Więc o co chodzi? – chciałam wiedzieć.
– Zobaczysz – obiecał Teddy Jo.
Droga skręciła w prawo i zaprowadziła nas na długą ulicę. Zobaczyłam podjazdy, z których każdy prowadził do domu stojącego na dwuhektarowej działce. Wokół budynków ciągnęły się wysokie płoty, niektóre z drewna, inne z metalu, wszystkie zwieńczone drutem kolczastym. Tu i ówdzie przez metalowe ogrodzenie prześwitywały ogrody. Ponieważ Przesunięcie przerwało łańcuchy transportowe, dużo ludzi zajęło się ogrodnictwem. W całej Atlancie wyrosły małe gospodarstwa, część w mieście, ale większość na obrzeżach.
Panowała cisza. Podejrzana cisza. O tej porze dnia powinno się słyszeć zgiełk życia: śmiech i krzyk dzieciaków, szczekanie psów, warkot silników na zaczarowaną wodę. Głuszę zakłócały jedynie brzęczące w najlepsze cykady. Miałam ciarki.
Derek pociągnął nosem i przykucnął.
– Co czujesz? – spytałam.
Zadrżała mu warga.
– Nie wiem.
– Wybierz dom – rzekł Teddy Jo bez emocji.
Ruszyłam w kierunku najbliższego podjazdu. Derek pobiegł na koniec ulicy w tempie, które dla niego oznaczało łatwą przebieżkę, a dla większości ludzi niemożliwy sprint. Wilk wyczuwa swoją ofiarę z odległości trzech kilometrów. Przez całe życie zmiennokształtny kataloguje tysiące zapachów. Jeśli Derek chciał coś wytropić, nie zamierzałam stawać mu na drodze.
Zlustrowałam dom. Kraty w oknach, solidne ściany. Porządny postprzesunięciowy budynek: bezpieczny, obronny, prosty. Wąskie pęknięcie oddzielało futrynę od masywnych niebieskich drzwi. Nie zamknięto ich na klucz. Lekko pchnęłam i otwarły się na dobrze naoliwionych zawiasach. Uderzył mnie smród gnijącego jedzenia. Weszłam do środka, Teddy Jo podążył za mną.
Wewnątrz zastałam otwarty plan. Salon znajdował się po prawej, kuchnia po lewej. Za kuchnią i wyspą kuchenną stał stół, a na nim resztki czyjegoś śniadania. Zbliżyłam się. Dostrzegłam szklaną butelkę syropu klonowego i talerze z goframi pokrytymi czymś na kształt meszku.
Żadnych przysłowiowych oznak walki. Żadnych plam krwi, dziur po kulach, śladów pazurów. Tylko pusty dom. Cała ulica pustych domów. Mój żołądek zrobił fikołka.
– Wszystkie tak wyglądają?
Teddy Jo skinął głową. Zatrzymał się na wejściu do pomieszczenia, jakby nie chciał iść dalej. W środku panowała niepokojąca atmosfera, powietrze wisiało zbite i nieruchome. Ten dom był martwy. Nie wiem, skąd to wiedziałam, ale tak czułam. Jego mieszkańcy umarli, a serce domu razem z nimi.
– Ile?
– Całe osiedle. Pięćdziesiąt domów. Dwieście trzy osoby. Rodziny.
Szlag.
Co tu się wydarzyło? Coś zmusiło ich, żeby tak po prostu opuścili swoje posiadłości? Wiele istot potrafi narzucać ludziom swoją wolę, szczególnie te wodne. Brazylijski boto pewnie mógłby zaczarować całą rodzinę. Potężny mag-telepata dałby radę podporządkować sobie cztery osoby. Załóżmy, że ktoś wyprowadził tych ludzi na zewnątrz. Co potem?
Wyszłam na podjazd i wzięłam głęboki wdech. Derek przydreptał z powrotem.
– Jaki masz związek z tą sprawą? – zapytałam Teddy’ego Jo.
– Zostałem wezwany – odparł.
Ach. Jakaś grecka rodzina pomodliła się do niego i obiecała ofiarę. W dawnych czasach składano niewolnika. Dzisiaj pewnie jelenia albo krowę.
– Wypiłem krew – dodał.
Zawarł pakt. Przyjął ofiarę i musiał spełnić ich prośbę.
– Czego chcą?
– Spytali, czy ich syn przeżył – zaczął pustym głosem. – Miał wziąć ślub w sobotę. On i jego narzeczona się nie pojawili. Zmartwieni rodzice w niedzielę przyjechali sprawdzić, co się stało. Znaleźli to. Zadzwonili do szeryfa, dzisiaj przyjdą przeszukać dom. Dlatego musieliśmy zjawić się tu przed nimi.
– Co z ich synem? – odezwał się Derek.
– Alek Katsaros nie żyje – oznajmił Teddy Jo. – Ale nie mogę zwrócić szczątków rodzinie.
– Dlaczego? – To jego zadanie. Gdy jego wierny lub Grek z pochodzenia umiera, Tanatos wie dokładnie, gdzie upada ciało.
– Wyjaśnię po drodze.
– Zanim pojedziemy, muszę ci coś pokazać – poprosił Derek.
Poszłam za nim na tył budynku. Za metalowym płotem leżał martwy pies. Z oka brązowego futrzaka wystawała strzała.

Fragment książki pochodzi ze strony księgarni Świat książki.

  • Autor: Ilona Andrews
  • Tytuł: Magia triumfuje
  • Tytuł oryginału: Magic Triumphs
  • Tłumaczenie: Kaja Makowska
  • Cykl: Kate Daniels, tom 10
  • ISBN: 978-83-7964-644-9
  • Oprawa: miękka
  • Data wydania: 14 maj 2021