Premiera “Raz wiedźmie śmierć” Adama Fabera zbliża się wielkimi krokami, a żeby uprzyjemnić Wam oczekiwanie zapraszamy do zapoznania się z fragmentem książki.

Los rodziny Bies został przypieczętowany. Bum! Doszło do morderstwa Maximiliana de Gousse’a, popularnego w kręgach magicznych czarownika. Czy za tę zbrodnię odpowiedzialne są czary babki Agrei, jego byłej żony? A może to inna, przedwieczna moc zbudziła się ze snu i próbuje namieszać w świecie żywych? Co za licho szpieguje nieświadomych niczego członków wiedźmowego rodu?

Saturnin właśnie przygotowuje się do czarodzielnicy, rytuału, który pozwoli mu osiągnąć pełnię mocy i dumnie reprezentować rodzinę. Dragomira, jego siostra, zostaje postawiona przed nie lada wyzwaniem – musi stoczyć bój z własnymi snami, a przy okazji nie dać się spalić na stosie. Rodzeństwo wkracza na drogę odkrycia prawdy o swoich korzeniach i o sobie samych, podejrzliwie zerkając na ojca, matkę, no i babkę, którzy zachowują się bardzo dziwnie, gdy nagle do całego ich grona dołącza zmarła ciotka. Czekajcie, ale dlaczego ona wraca z tych zaświatów?

Adam Faber zaprasza na ucztę wyobraźni: do kotła, w którym gotują się sekrety, przekręty, miłość i szczypta… magii!

FRAGMENT

1

CZAROWNICA

Pies jeszcze tylko raz zaskomlał u jej stóp, demon uspokoił się. W jednej chwili sprzęty w kuchni zastygły, odstręczające od- głosy ucichły, ostatnia z wysuniętych szuflad powoli zasunęła się z powrotem – delikatnie, jakby nie chcąc zwrócić na siebie uwagi czujnej wiedźmy.
Demon czekał. Czarownica zmrużyła oczy i przejechała językiem po wardze.
– Już nie żyjesz – mruknęła i naraz wypuściła blask ze słoja. Rozgorzała walka. Srebrne płomienie zalały kuchnię światłem, roztańczone iskry rozsypały się po wszystkich kątach w po- goni za ofiarą. Demon ryknął głosem słyszalnym znów jedynie dla psa, który przylgnął do czarownicy, trzęsąc się na całym ciele.
– Nie bój się, Domowik. – Podrapała go za oklapniętym uchem.
W kuchni znów wszystko tańczyło. Noże fruwały wokół głowy wiedźmy jak żywa korona. Odpychała je od siebie magią płynącą z jednego palca, śmiejąc się cicho z nieudolności wroga. Blask skumulował się wreszcie nad sufitem. Zaklęte w nim istoty wytropiły demona i jak rój srebrzystych pszczół pokryły jego niewidzialne ciało, ujawniając jego kształty. Nie mógł się wyrwać. Uderzał jeszcze o półki, próbował rozerwać świetliste więzienie, w którym go zamknęły, ale z każdą chwilą tracił moc.
Wiedźma na nowo przygotowała słój.
– Mam cię, ty mała cholero. – Trzymając naczynie oburącz, wyciągnęła je przed siebie.
Ogarnięty blaskiem demon wpadł do środka, gwałtownie obijając się o ścianki. Srebrzyste istoty otuliły szkło niezwykłą aurą, jednocześnie ciepłą i przyjemnie chłodną. Wiedźma, zaciskając dłoń na otworze słoja tak mocno, że pobielały jej palce, szybko zaczęła rozglądać się za wiekiem. Przygotowała je wczoraj wieczorem, ale po tej demolce nie miała szans go znaleźć. Wreszcie z brzękiem postawiła słój na stole i wciąż blokując otwór jedną
ręką, drugą wyciągnęła w powietrze. Wieko samo poderwało się spośród rozrzuconych na podłodze naczyń i na wezwanie czarow nicy spoczęło w jej dłoni.
– No – westchnęła z zadowoleniem, zatykając naczynie i wycierając pot z czoła.
Zapaliła światło i skrzywiła się na widok bałaganu. Nie zno- siła sprzątać, nawet jeśli w jej wypadku polegało to jedynie na machnięciu różdżką albo athame.
– Chodź, Domowik – zwróciła się znów do psa. – Zajmiemy się tym jutro. Teraz dostaniesz ciastko.

Sat zerwał się ze snu, zbudzony dochodzącym z dołu trzaskiem. Przez kilka chwil ciężko oddychał w ciemności, próbując sobie przypomnieć, dlaczego czuje się, jakby żołądek miażdżyła mu stalowa dłoń.
Czarodzielnica. Słowo, które tak długo próbował oswoić, szybko zaświtało mu w głowie, uderzając w aż za dobrze znaną nutę niepokoju. Wiedział, że teraz już nie zaśnie.
Czarodzielnica – czas inicjacji, rytuał przejścia, a przede wszystkim czas, by udowodnić, że nadaje się do bycia czarownikiem. Udowodnić to bardziej innym niż sobie. Chociaż właści- wie sobie trochę też. A może, gdyby się nad tym zastanowić, tak naprawdę chodziło tu głównie o niego? Sam już nie wiedział, bo choć przez ostatni rok dręczył się tym bez przerwy – bez prze- rwy – to jego myśli ściągały jedynie więcej wątpliwości.
Wstał i na palcach, jakby nie chcąc zakłócać panującej te- raz w pokoju ciszy, podszedł do okna. Uchylił zasłony, by rzucić okiem na miasto. Mieszkali na obrzeżach Krakowa. Widział
jego odległe światła tak, jakby dochodziły do niego przez gęstą mgłę. Po części tak zresztą było, bo magiczna aura oddzielała świat chłopaka od tego, w którym żyli zwykli ludzie. Choć mieszkał wśród nieprzynależących, nigdy nie był częścią ich świata. Chciałby za to bardziej należeć do swoich, do wiedźm i czarowników. O ile oni faktycznie byli jego światem. Czasem nie był tego pewien.
Matko Duchów, byłoby super, gdyby był choć trochę bar- dziej podobny do pozostałych członków rodziny. Gdyby był jak Draga, miałby to wszystko gdzieś. Ona po swojej czarodzielnicy wzruszyła tylko ramionami, mruknęła coś od niechcenia i poszła jeść tort. Gdyby był jak Agrea, śmiałby się demonom w twarz i odganiał je pilnikiem do paznokci. Nie żeby wiedział, jak się używa czegoś takiego, zwłaszcza do walki z namhajdem. No, ale babcia była potężna. Sama zawsze powtarzała, że za jej czasów, kiedy czarodzielnicę przechodziło się już w wieku dziewięciu lat, wszystko było o wiele bardziej skomplikowane.
– Jak raz zobaczysz demona jako dziecko – mówiła – to może i zostanie ci trauma na całe życie, ale przynajmniej nieszybko cię potem ukatrupią.
A rodzice? Powinni jakoś bardziej tu dla niego być, tak po prostu. Skoro Draga to wszystko olewała, babcia śmiała się z dzieciaków walczących z wilkołakami, to chociaż oni mogli podejść do sprawy poważnie. Tyle że ojciec był zajęty swoim magicznym sklepem, a na każdą wzmiankę o czarodzielnicy wypinał tylko dumnie pierś, zachowując się tak, jakby Sat miał już rytuał za sobą. Mama za to głaskała go tylko po głowie i przytulała. Nie tego oczekiwał. Nie był małym chłopcem.
Tylko niby czym oni mieli się przejmować? Wszyscy „mieli tę moc”. A on? Czy on miał tę moc?
Boże, daj już sobie spokój – skarcił się w myślach. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczęła go prześladować ta głupia piosenka.

  • Autor: Adam Faber
  • Tytuł: Raz wiedźmie śmierć
  • Seria: Saga Rodu Bies, tom 1
  • ISBN: 9788366657458
  • Format: 15 x 21 cm
  • Wydawnictwo: We need YA
  • Data wydania: 1 września 2021