Z cyklami często bywa taki problem, że nigdy tak do końca nie wiadomo, czy w kolejnych częściach autorowi uda się utrzymać ten sam poziom. Poza tym, gdy zacznie się z przytupem, zauroczy Czytelnika od samego początku, jak zrobił to ze mną Marcin Mortka w „Mroźnym szlaku”, oczekiwania względem dalszego ciągu historii zaczynają osiągać niebotyczne rozmiary. Dalej może nastąpić jedno z dwóch: lekkie rozczarowanie albo zachwyt. Nigdy nie wiadomo, co to będzie, ale i tak warto podejmować ryzyko. Ja zostałem tak mocno zauroczony pierwszym tomem cyklu dark fantasy „Straceńcy Madsa Voortena”, że czekałem na jego kontynuację pod tytułem „Utracona godzina” – niczym dziecko na gwiazdkę. W końcu to powieść, która wyszła spod pióra Mortki i nie może być inna niż wybitnie dobra – tylko czy taka jest rzeczywiście?

Mój powrót do Rozkrzyczanych Królestw okazał się mniej ekscytujący, niż się tego spodziewałem. Nie zrozumcie mnie źle, to nadal to samo miejsce oraz ci sami bohaterowie, których zdążyłem polubić. Tylko zamiast tego, na co miałem największą ochotę – obserwowania ich kolejnych zmagań z liczniejszymi wrogami i własnymi słabościami w walce o lepsze jutro – otrzymałem coś zupełnie innego. „Utracona godzina” jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń z finału „Mroźnego szlaku”, co za tym idzie, miejsce epickich przygód z pierwszego tomu zajęła szara codzienność. Tuistanie odeszli, nastała pora na ocenianie strat, zajęcie się rannymi i tłumnie zmierzającymi do Brzasku uchodźcami szukającymi bezpiecznego schronienia i kromki chleba. Choć poboczni bohaterowie pełnią tu ważniejsze role niż wcześniej, ich codziennością zamiast walki stała się polityka, między innymi podział wpływów w powojennym świecie.

Gdyby tak miała wyglądać cała historia, byłbym strasznie rozczarowany, ponieważ jest to bardziej materiał na jakąś nowelkę bądź dłuższe opowiadanie mające uzupełnić wydarzenia pomiędzy jednym a drugim tomem niż na pełnoprawną książkę. Na szczęście Mortka nie ogranicza się w „Utraconej godzinie” do tych kilku wspomnianych przed chwilą kwestii. Tak naprawdę stanowią one zaledwie wstęp do głównego wątku – odkrycia powodów, dla których Smoczoszczury opuściły miasta i udały się tylko w sobie znanym kierunku. Co ich skłoniło do podjęcia takiej radykalnej decyzji? Chyba nie zipiąca na ostatnich oparach rebelia? Jedno jest pewne,  od odpowiedzi na to trywialne pytanie zależą losy świata. Ponadto znowu chodzą słuchy o śmierci Madsa, może tym razem prawdziwe? Kto wie, póki nie ma ciała lepiej nie zakładać niczego z góry.

Jak już wcześniej wspomniałem w recenzowanym tytule dochodzą do głosu inne postacie niż protagonista. Zwłaszcza była Smocza Strażniczka imieniem Elinaare – przyjaciółka, w pewnym sensie powierniczka trosk Voortena i jego doradczyni, a obecnie namiestnicza Brzasku starająca się ze wszystkich sił ogarnąć cały ten chaos. Poza nią jest jeszcze jej syn Bielik, który po uwolnieniu ze smoczej woli wraz z Wiatrem, legendarną lekką kawalerią Madsa, nęka i jednocześnie próbuje wyciągnąć od uciekających Smoczoszczurów informacje, o co tutaj chodzi.

Może pierwsze rozdziały trochę wieją nudą, a polityka wręcz się z nich wylewa, ale w dłuższej perspektywie czasu te drobnostki tracą na znaczeniu. Z każdym kolejnym rozdziałem akcja tylko coraz bardziej się rozkręca. Nabierając charakteru, smaku oraz uroku. A gdy do tego wszystkiego dodamy jeszcze intrygi, bitwy i więcej smoków, niż było ich w „Mroźnym szlaku”, otrzymujemy połączenie, przy którym możecie zapomnieć o nudzie. Dodatkowym plusem wynikającym z rozpoczęcia historii w tym, a nie innym miejscu, oraz przeniesienia ciężaru narracji na mniej istotne postacie z pierwszego tomu cyklu, jest szersze spojrzenie na przedstawiane wydarzenia. Przy okazji możemy lepiej ich poznać.

W „Mroźnym szlaku” nie pałałem sympatią do Elinaare. Wydawała mi się przykładem sztampowego bohatera, który w pewnym momencie zaczyna mieć dość całego zła wyrządzonego przez jej naród bądź mocodawców. Prawda wygląda tak, że gdy tylko zacząłem poznawać jej historię, to, w jaki sposób z nią postąpiono, do czego została zmuszona w imię „wyższego dobra”, kompletnie odmieniło się moje spojrzenie na nią. Podobnie z Bielikiem. Wychowany przez obcych chłopak, który w końcu został opętany przez jedno ze smocząt (w dodatku szalone i pragnące przejąć władzę nad światem), a teraz naprawia dawne grzechy i świetnie sobie radzi w nowej roli. Dochodzą również kolejni bohaterowie, na razie nie zdziałali zbyt wiele, ale mogą mocno namieszać w następnym tomie cyklu. Przynajmniej mam na to nadzieję.

„Utracona godzina” okazała się zaskakującą kontynuacją. Pełną niespodzianek, tajemnic, bitew, smocząt, a w szczególności możliwości. Dla mnie recenzowany tytuł jest raptem prologiem do większej historii. Wszystko co epickie i zjawiskowe dopiero przede mną. Już nie mogę się doczekać trzeciej części, ponieważ na tym nie może zakończyć się ta opowieść. Jeśli jesteście fanami pierwszego tomu, to koniecznie musicie przeczytać tę książkę.

Utracona godzina
  • Autor: Marcin Mortka
  • Tytuł: Utracona godzina
  • Cykl: Straceńcy Madsa Voortena, tom 2
  • Wydawnictwo: SQN
  • ISBN: 9788382105704
  • Format: 140 x 205 mm
  • Oprawa: miękka ze skrzydełkami
  • Ilość stron: 344
  • Data wydania: 29 czerwca 2022
  • Cena detaliczna: 44,99
  • Dostępna wersja: papierowa / ebook / audiobook
Kolejność tomów w serii “Straceńcy Madsa Voortena”:
 
Subskrybuj
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
Zobacz wszystkie komentarze